Na karuzeli rozczarowań

Są znakomicie wykształceni, często znacznie lepiej niż ich angielscy koledzy, a kondycja ich angielskiego jest na tyle dobra, że nie stoi na przeszkodzie do podjęcia odpowiedzialnej pracy. Mimo to polscy specjaliści często przegrywają w bezpośrednim starciu o dobre stanowisko.

Spory procent naszych rodaków w Wielkiej Brytanii pracuje znacznie poniżej swoich kwalifikacji. Magistrowie po pedagogice, wykształceni filolodzy, specjaliści od biznesu i marketingu często sprzątają czy stoją przy taśmach produkcyjnych.

Na Wyspach brakuje specjalistów z wyższym wykształceniem - biją na alarm brytyjscy statystycy. Coraz mniejszy odsetek Anglików podejmuje studia. Główna przyczyna to ich wysoki koszt. Nawet dla żyjących na przyzwoitym poziomie brytyjskich rodzin zapłata czesnego to wysoki wydatek, a ewentualna pożyczka studencka to wiele lat spłacania. Nic więc dziwnego, że sporo młodych ludzi kończy edukację w wieku 16 lat (ustawowo w tym wieku kończy się obowiązek nauki) i od razu podejmuje pracę. Z zajęć niewykwalifikowanych da się tu wyżyć na przyzwoitym poziomie, więc rodzice nie robią dramatu z tego, że ich dzieci przez całe życie będą pracować jako kelnerki, sprzątacze czy robotnicy.

Złudzenia z ogłoszenia

Specjaliści - począwszy od średniego, na wyższym szczeblu zakończywszy - są na Wyspach poszukiwani. Widać to wyraźnie, gdy się otworzy pierwszą z brzegu lokalną gazetę z ogłoszeniami. Wszelkiego rodzaju fachowcy od marketingu, pielęgniarki, nauczyciele i wychowawcy, terapeuci powinni czuć się tu jak w swoim żywiole. Niestety, tylko pozornie.

- Przez machinę rekrutacji przechodziłem już cztery razy - opowiada Andrzej, w Polsce absolwent historii z siedmioletnim doświadczeniem nauczyciela gimnazjalnego, sprzątacz z Southampton łączący dla opłacalności dwa zajęcia w półtora etatu.

- Za każdym razem zaczynało się od nieśmiałej nadziei po odnalezieniu ogłoszenia, która po dostaniu listu z kwestionariuszami aplikacji przeradzała się w euforię i wiarę, że teraz już się uda. Rozczarowanie było tym bardziej bolesne.

Swoje poszukiwania rozpoczął niemal przed rokiem, próbując dostać pracę w stowarzyszeniu zajmującym się bezdomną młodzieżą, które poszukiwało wychowawców do swojego domu dla młodych rekonwalescentów w wieku 16-20 lat. Było sześciu kandydatów na cztery miejsca.

- Miałem okazję poznać wszystkich, bo interviev zorganizowano w jednym dniu. Dwie osoby pracowały już wcześniej w podobnych projektach. Dwie kolejne pracowały dotąd w podobnych miejscach za pośrednictwem agencji. Jedna pani była w miarę doświadczonym wychowawcą pracującym w podobnym ośrodku konkurencyjnego stowarzyszenia. Poza nimi i mną - dwie przypadkowe osoby, w tym Chińczyk mówiący po angielsku tylko kilka słów. Byłem jedyna osobą z wykształceniem pedagogicznym i wieloletnim doświadczeniem z młodzieżą w tym wieku. Byłem niemal pewny, że dostanę tę pracę. Interviev wypadło doskonale, wypełniłem test z prostymi zadaniami pedagogicznymi, pokazano mi ośrodek. Pełen nadziei czekałem na pozytywną odpowiedź.

Zamiast niej przyszło rozczarowanie. List z krótka sentencją. "Dziękujemy za zainteresowanie naszym ogłoszeniem. Niestety, nasz panel zdecydował, że tym razem nie zaoferujemy panu zatrudnienia. Odzew na nasze ogłoszenie był ogromny, chętnych wielu i wszyscy przedstawiali sobą wysoki poziom. Bardzo nam przykro i jeszcze raz dziękujemy za zainteresowanie naszym postem."

Konkurs to fikcja.

.tak przynajmniej uważa Przemek. W Polsce ukończył pedagogikę specjalną. Przepracował kilka lat w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym, zajmował się także dziećmi z mniejszym stopniem upośledzenia. W Southampton od dwóch lat - pracuje na nocną zmianę, rozkłada towary na półkach w hipermarkecie. Mimo to niezmiennie próbuje dostać pracę w swoim zawodzie.

- Ale przypomina to pracę Syzyfa - mówi. - Rozczarowanie za rozczarowaniem. Jeden z moich kolegów, absolwent marketingu i zarządzania próbował przez półtora roku, uczestniczył w około dwudziestu interviev i pracował w tym czasie jako "carer" w domu starców. Teraz jest pracownikiem administracyjnym w szpitalu. Jego przykład podtrzymuje mnie na duchu. To namacalny dowód, że może się udać, ale trzeba próbować. Inna sprawa, że trzeba naprawdę twardego charakteru i samozaparcia, by po tylu porażkach nadal odpowiadać na posty.

Jego najbardziej spektakularna porażka miała miejsce trzy miesiące temu. Startował na stanowisko pomocnika nauczyciela w ośrodku zajmującym się dziećmi autystycznymi. Biorąc pod uwagę jego doświadczenie i wykształcenie, naprawdę trudno sobie wyobrazić lepszego kandydata.

- I tak samo do tego podchodziłem. Wydawało mi się, że jestem pewnikiem. Jak nie patrzeć - jestem wykształconym nauczycielem, doświadczonym w pracy z dziećmi, także autystycznymi. Mogę prowadzić zajęcia plastyczne, muzyczne. Kiedy przysłali mi do domu aplikację, jeszcze sobie nie robiłem nadziei. Kiedy jednak trzy razy do mnie dzwonili, by się upewnić, że przyjdę na spotkanie oraz zmienili termin interviev pod moim kątem, nabrałem pewności siebie. Całkiem niepotrzebnie.

Spotkanie wypadło bardzo budująco. Przemek był wypytywany przez dwie pracownice stowarzyszenia, które nie kryły wrażenia, jakie na nich zrobiła jego wiedza, przygotowanie i poziom języka angielskiego. Same zaznaczyły, ze wśród pracowników stowarzyszenia są obcokrajowcy mówiący po angielsku gorzej. Na koniec jeszcze zrobiły kserokopie przyniesionych przez kandydata dokumentów - paszportu, papierów z Home Office, listów potwierdzające zameldowanie.

- Poprosiły o wypełnienie wniosku i o potwierdzenie niekaralności. Odpowiedź miała nadejść w ciągu pięciu dni. I dosłownie skosiła mnie z nóg. Przeczytałem, że panel jest pod ogromnym wrażeniem mojej wiedzy i doświadczenia, jednak - niestety - trafił się kandydat bardziej zbliżony do charakteru oferowanej pracy. Pod takim wymijającym wyjaśnieniem może kryć się wszystko. W mojej ocenie ten kandydat był już wybrany na samym początku. Prawdopodobnie cały konkurs był przygotowany pod jego kątem. Stowarzyszenie zapewne sięga głęboko do kieszeni publicznej i w związku z tym ma obowiązek robienia całej tej komedii rekrutacyjnej. Musi udokumentować, że zebrała się komisja, która przesłuchała odpowiednią liczbę kandydatów. Oni nie potrzebowali mnie, jedynie mojego podpisu na liście obecności oraz ksero mojego paszportu na dowód, że mieli kandydatów.

Do pełnej równości jeszcze daleko

Tak uważa Bartek Marchlewski, polskojęzyczny konsultant w agencji pracy RFC z Fareham. - Niestety, na rynku pracy polscy pracownicy, chociaż lepiej przygotowani i często legitymujący się dyplomami wyższych uczelni oraz certyfikatami językowymi uzyskanymi już tu, na miejscu, przegrywają ze znacznie mniej oferującymi kandydatami rodzimymi. Przyczyny trudno wyjaśnić. Prawdopodobnie wchodzi w grę fałszywie rozumiana solidarność narodowa. Chociaż wszystko musimy rozpatrywać w kontekście historii. Są już branże, w których Polacy są przyjmowani z otwartymi ramionami i cenieni - takie jak budownictwo czy służba zdrowia. Czasy, gdy polskie lekarki i pielęgniarki brały w szpitalach bezpłatne urlopy, by na czarno pracować jako kelnerki i sprzątaczki w Anglii już się chyba skończyły. Do podboju lokalnej oświaty jednak nam jeszcze daleko.

Tekst z tygodnika

embed