Anglicy znad Wisły

Co łączy angielskiego ministra spraw zagranicznych, dyrektora największego muzeum miejskiego na świecie i burmistrza jednej z londyńskich dzielnic? Wszyscy dorastali w domach, w których mówiono po polsku. Co zatem, z perspektywy Anglii, dają korzenie sięgające 40-milionowego kraju nad Wisłą?

Nie wiadomo, kto dzisiaj stałby na czele angielskiej dyplomacji, gdyby w 1949 r. tutejsze władze wydaliły z kraju Samuela Milibanda, emigranta z Polski. Niewiele brakowało, bo dziadek obecnego ministra spraw zagranicznych Anglii dostał od tutejszych służb emigracyjnych żółtą kartkę za podanie nieprawdziwych informacji dotyczących pobytu rodziny Milibandów w Wielkiej Brytanii. Los rodziców i dziadka Davida Milibanda zawisł na włosku. Ostatecznie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie wyciągnęło żadnych konsekwencji i w 1965 r. w Londynie na świat przyszedł mały David. Oprócz wspomnianego dziadka Samuela polskie korzenie ma także mama polityka, Marion Kozak.

Jak podkreśla obecny minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, losy przodków wywarły duży wpływ na całe jego życie. - Tego, co osiągnąłem w trakcie swojej politycznej kariery, nie da się zmierzyć bez głębszego sięgnięcia do moich korzeni - wyznaje David Miliband. - Po rodzicach odziedziczyłem wiele ważnych życiowych postaw, takich jak przywiązanie do równości i społecznej sprawiedliwości oraz wolność i solidarność - dodaje.

Jeszcze bardziej skomplikowane były losy rodziców Nicy Gavron, byłej zastępczyni burmistrza Londynu. Jej babcia pochodziła z Poznania. Z kolei matka Nicky w 1936 r. tańczyła przed Adolfem Hitlerem w trakcie uroczystego otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Berlinie. Kiedy faszystowskie władze odkryły jej żydowskie korzenie, kilkunastoletnia dziewczynka musiała wyemigrować na Wyspy. Tutaj, w 1945 r., na świat przyszła Felicia Nicolette "Nicky" Gavron. - Tuż przed śmiercią mama opowiedziała mi historię jednego z krewnych, który przetrwał Holocaust, ale straciła z nim kontakt - wspomina Nicky Gavron. - Rozpoczęłam więc poszukiwania i niedawno udało mi się go odnaleźć, nawet spotkałam się z nim. Jest znanym amerykańskim historykiem. To spotkanie naprawdę dużo mi dało - wyznała.

Polski król w angielskiej koronie

Polacy od wieków odgrywali ważną rolę w życiu Brytyjczyków. Szlaki na Wyspach przecierał już wnuk Mieszka I, Knut zwany Wielkim. Był on synem króla Danii i księżniczki Świętosławy, rodzonej siostry Bolesława Chrobrego. Działo się to prawie tysiąc lat temu. Mający więc polskie korzenie Knut Wielki był królem Anglii, Danii, Szwecji i Norwegii. W angielskich podręcznikach do historii figuruje jako władca, który stworzył jedno wielkie państwo wokół Morza Północnego.

Kilkaset lat później na Wyspy trafił również niejaki Konrad Korzeniowski, polski marynarz służący pod francuską banderą. W Anglii porzucił swój dotychczasowy zawód i całkowicie poświęcił się pisaniu. Tworzył pod pseudonimem Joseph Conrad, który stworzył z dwóch polskich imion: Józef i Konrad. Choć stał się jednym z największych stylistów w angielskiej literaturze, do końca życia mówił z silnym polskim akcentem. Nosił się nawet z zamiarem powrotu do ojczyzny. Chociaż na całym świecie znany jest jako pisarz angielski, Joseph Conrad nigdy nie ukrywał, gdzie są jego korzenie. Podobnie jak wielu innych Polaków, których los rzucił na Wyspy.

Zawsze chwalę się moją polskością

Dyrektor London Museum, profesor Jack Lohman mówi biegle w dziewięciu językach. Najlepiej wychodzi mu to jednak po angielsku i po polsku. Szef największego miejskiego muzeum na świecie wychował się w Londynie, ale jego rodzice pochodzą z Warszawy. - W Polsce mieszkałem tylko przez dwa lata, od 1979 do 1981 roku - wspomina Jack Lohman. - Wyjechałem zaraz po tym, jak ogłoszono stan wojenny. Czas ten wspominam bardzo ciekawie. Byłem na stażu na Uniwersytecie Warszawskim. Pisałem wtedy doktorat. Przez mieszkanie, które dzieliłem z kolegami ze studiów, przewinęli się chyba wszyscy działacze "Solidarności", na czele z Lechem Wałęsą. Przechowywaliśmy tam tzw. bibułę i zakazane książki, np. "Folwark zwierzęcy", "Rok 1984" Orwella. To z mojego mieszkania rozpoczynała się dystrybucja zakazanej literatury na całą Polskę. Niesamowita sprawa - dodaje.

Lohman należy do ścisłej światowej czołówki, jeśli chodzi o specjalistów w dziedzinie muzealnictwa. Prócz dyrektorowania London Museum, profesor jest też przewodniczącym Międzynarodowej Rady Muzeów Wielkiej Brytanii, wykładowcą Muzeum Wzornictwa i Komunikacji w Narodowej Akademii Sztuk w Bergen oraz współpracownikiem UNESCO.

Związki Lohmana z Polską zacieśniły się szczególnie w ostatnich kilku tygodniach, od kiedy to profesor zaangażował się społecznie w reformowanie Muzeum Narodowego w Warszawie. Od końca kwietnia stoi na czele Rady Powierniczej tej placówki. Na pytanie, skąd taka decyzja, Lohman szczerze odpowiada: - Zawsze chwalę się moją polskością, więc zaskoczenia nie było. Reformowałem muzea, które były w gorszym stanie niż polskie - m.in. w RPA, gdzie moi pracownicy nie mówili po angielsku, zdarzały się kradzieże. Pomagam Muzeum Narodowemu w Rwandzie, Addis Abebie, Kosowie. Dlaczego miałbym nie pomóc temu w Warszawie?

Profesor zapewnia, że jego przywiązanie do Polski nigdy nie osłabło.

- Urodziłem się w Anglii, ale mam polskie korzenie, moi rodzice są z Warszawy, ojciec jest pochowany na Powązkach - mówi Lohman i dodaje: - Neil McGregor, dyrektor British Museum, powiedział, że w Polsce mogę dokonać większych zmian niż gdziekolwiek na świecie. A ja lubię wyzwania. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy.

Lata wymazują złe wspomnienia

O Anglikach polskiego pochodzenia w ostatnim czasie dużo piszą na Wyspach gazety. Mało kto wie, że przodkowie bohaterów artykułów i telewizyjnych wywiadów przyjechali na Wyspy z Polski. By Anglicy o tym pamiętali, dbają sami potomkowie nadwiślańskich emigrantów.

- Przyznawanie się do swoich korzeni, czyli do tego, skąd pochodzą rodzice czy dziadkowie polskich emigrantów mieszkających gdziekolwiek na świecie, to sprawa bardzo osobista i każdy taki przypadek należy rozpatrywać osobno - mówi psycholog Marta Góralewicz. - Ludzie, których rodzice albo dziadkowie wyemigrowali z Polski w czasach pierwszej lub drugiej wojny światowej, podchodzą do wielu spraw sentymentalnie i zdarza się, że nawet w którymś pokoleniu na przykład wnuki kultywują tradycje kraju, z którego wywodzą się ich przodkowie - dodaje. Zdaniem Góralewicz, lata spędzone na obczyźnie zamazują wiele negatywnych wspomnień związanych z ojczyzną. - Dotyczy to szczególnie starszych pokoleń, które do wyjazdu zmusiły niekoniecznie względy ekonomiczne, lecz sytuacja polityczna, w której znalazła się Polska - tłumaczy Góralewicz. - Ludzie ci wychowywali więc swoje dzieci na obczyźnie w duchu obywatelskim, bo niby dlaczego mieliby tego nie robić. Oni opuścili swoją ojczyznę nie z wyboru, lecz z przymusu, dlatego nawet jeśli nie wszystko podobało im się w ówczesnej Polsce, to i tak przekazywali swoim dzieciom tylko te najlepsze zwyczaje i tradycje - dodaje. Tak właśnie było w przypadku Stefana Kasprzyka, nowego burmistrza londyńskiej dzielnicy Islington. Jego rodzice przyjechali do Wielkiej Brytanii po wojnie. Pochodząca spod Wilna mama trafiła do Anglii z polską armią przez Monte Cassino. Ojciec chodził do szkoły we Lwowie, na studia przeniósł się do Krakowa. W Anglii pracował jako radiotechnik w RAF, poźniej jako listonosz. Mały Stefan dorastał w jednej z londyńskich dzielnic - Islington. W soboty chodził do polskiej szkoły. Należał też do harcerstwa przy parafii na Devonii, gdzie był drużynowym. Dwa tygodnie temu został burmistrzem dzielnicy, w której się wychował. Kasprzyk do swojego nowego gabinetu wprowadził się wraz z biało-czerwoną banderą. Zawisła na ścianie, tuż nad biurkiem. - Dostałem ją, jak miałem 14 lat, nie pamiętam już nawet od kogo - mówi Stefan Kasprzyk. - Po prostu jakiś meżczyzna przekazał mi ją, mówiąc, że pochodzi chyba z ORP "Błyskawica", ale to trzeba sprawdzić. Bandera sporo przeszła, jest trochę sfatygowana, ale jest. I będzie tu wisieć. Zresztą ja sam nie muszę się specjalnie starać. Anglicy już się wystarczająco do Polaków przekonali i naprawdę witają nas z otwartymi rękoma - dodaje.

Cas-pshick, czyli Kasprzyk

Anglicy z polskimi korzeniami podkreślają, że pochodzenie i wartości, w duchu których się wychowali, nierzadko kształtowały ich kariery i życie zawodowe. - Jako młody chłopak byłem przez jakiś czas drużynowym polskich harcerzy na Devonia Road - opowiada Kasprzyk. - Dlatego takie postawy jak zaangażowanie młodych ludzi w pełne przygód zajęcia, nauczenie ich odpowiedzialności i pokazanie im, jak mogą się rozwijać, bardzo mi się podobają - dodaje. Chociaż Anglicy polskiego pochodzenia doskonale zasymilowali się z tutejszym społeczeństwem, nie oznacza to jednak, że ich ścieżki na szczyt kariery usłane były różami. W komunikacie prasowym dotyczącym wyboru nowego burmistrza Islington obok nazwiska Kasprzyk w nawiasie podano, jak prawidłowo wymawiać godność Anglika z polskimi korzeniami. Wyszło z tego cas-pshick. - Będą się musieli przyzwyczaić do mojego nazwiska - mówi Kasprzyk. - Wybrali mnie Anglicy, dlatego ja cały czas powtarzam: z takim nazwiskiem, kto by się tego spodziewał? - pyta.

Tekst z serwisu

Przeczytaj też: Co ciągnie Anglików do Polski?