Londyńskie targowiska próżności

Warto dać nura w gwarny, kolorowy i wieloetniczny labirynt ulic, które kilka razy w tygodniu zamieniają się w ogromne targowiska

Historia handlowania na terenach dzisiejszego Londynu ma co najmniej 2 tys. lat! Już na przełomie starej i nowej ery na wzgórzu Ludgate istniała celtycka osada handlowa Llyn-din, która z czasem zmieniła nazwę na łacińskie Londinium. Miejsce było wprost wymarzone do handlu - tuż przy morzu i w dodatku u ujścia Tamizy, co umożliwiało zapuszczanie się w głąb lądu drogą wodną. Z wyspy wywożono wtedy głównie cynę, żelazo, futra, skóry, a nawet niewolników, a przywożono wino, sukna, ozdoby ze srebra i naczynia z brązu. Kiedy po wielu najazdach i burzach dziejowych Anglia wyrosła na imperium, rozpoczęła się jej ekspansja na wiele kontynentów i kontakty handlowe z niemal całym światem.

I choć dzisiejsza Wielka Brytania prawie całkowicie zerwała z kolonialną przeszłością, to ślady historii są ciągle widoczne, choćby w niezwykłej mieszance narodowościowej. Warto więc, oprócz nieprzebranych zabytków i muzeów Londynu, poznać inną stronę tego miasta i dać nura w gwarny, kolorowy i wieloetniczny labirynt ulic, które kilka razy w tygodniu zamieniają się w ogromne targowiska.

***

Najbardziej znane jest chyba Portobello Road (metro Notting Hill Gate) - tak, to tę dzielnicę pełną przytulnych kamienic, księgarń, antykwariatów, kafejek rozsławił film z Julią Roberts i Hugh Grantem. Targowisko istniało tu już w pierwszej połowie XIX w., a w latach 60. ubiegłego stulecia za sprawą społeczności karaibskiej zaczęto tu organizować latem największy w Europie uliczny karnawał. Nie ogranicza się on do parad przebierańców - rozrósł się do prawdziwego festiwalu działań artystycznych, z kakofonią dźwięków wystukiwanych na bębnach, wydmuchiwanych z trąbek, wyszarpywanych ze strun gitar czy wydrapywanych z winylowych płyt.

Na targ najlepiej wybrać się w sobotę. Od strony południowej przywitają nas stragany pełne staroci, z wiktoriańskimi, ręcznie malowanymi nocnikami włącznie. Kiedy przeciśniemy się przez niezliczone świeczniki, lampy, krzesła, popiersia i obrazy, dotrzemy do części owocowo-warzywnej, gdzie swoje produkty zwiezione chyba z całego globu zachwalają (nierzadko wierszem) wesołe przekupki i przekupnie. Warto przysłuchać się ich akcentowi - żadną miarą nie przypomina tego, który poznaliśmy na lekcjach angielskiego. Im bardziej będziemy schodzili w dół wzgórza, tym bardziej miejsce to zacznie się nam wydawać podejrzane. Wreszcie, za pokrytym graffiti przejściem Westway pojawi się ubraniowa tandeta, wśród której da się wypatrzyć coś oryginalnego. Z tego m.in. powodu dość często zaglądają tu artyści (sam widziałem Nicka Cave'a). Na wielu rogach stoją tzw. buskerzy, czyli uliczni grajkowie i dla wielu z nich warto przystanąć, bo to często prawdziwi artyści u progu (być może) wielkiej kariery. Największą sympatię przechodniów wzbudzają ciągle aktywni staruszkowie, z których zapamiętałem saksofonistę: kłaniał się, zdejmując jedynie rondo, a resztę cylindra zostawiał na głowie.

***

Miejscem popularnym szczególnie wśród londyńskiej bohemy i turystów jest Camden Town (metro Camden Town). Przed ogromnym pożarem, który wybuchł tu w pierwszej połowie lutego, co weekend tę część miasta odwiedzało od 300 do 500 tys. osób. Londyńczyków i turystów przyciągały tu przede wszystkim sklepy pełne skórzanych kurtek, pasów, butów, salony tatuażu, "niszowe" księgarenki z półkami pełnymi tajemnej wiedzy, antykwariaty z kartonami wypchanymi czarnymi płytami oraz stragany z autentyczną lub podrabianą sztuką hinduską, afrykańską, latynoską.

Niestety, trzeba będzie poczekać zanim miejsce to odzyska dawną świetność. Rozprzestrzeniający się z ogromną szybkością ogień, który pojawił się na Camden w sobotni wieczór, zniszczył znaczną część klimatycznych sklepików oraz okolicznych pubów i klubów. Spłonął m.in. słynny pub Hawley Arms, położony przy Chalk Farm Road. Do stałych bywalców tego miejsca należeli artyści sceny londyńskiej m.in. Amy Winehouse. Na szczęście pożar nie pochłonął najbardziej znanej części targowiska, czyli Camden Lock Market, która znajduje się tuż nad kanałem.

***

Kolejnym krokiem naszej targowej inicjacji powinno być Brixton (metro Brixton). Choć ta południowa dzielnica Londynu cieszy się nie najlepszą sławą, to wiele opowieści na jej temat jest grubo przesadzonych. Targ czynny jest od poniedziałku do soboty. Warto skosztować tu dań kuchni afrokaraibskiej, odwiedzić arkady Granville i Market Row słynące ze sprzedaży egzotycznych ryb, a także zajrzeć na targ mięsny i owocowy. Liczni tu rastafarianie oferować nam będą zioła, czapki, książki, kupimy nowe i używane płyty (szeroka oferta reggae) i ubrania z drugiej ręki. Fani muzyki rockowej nie pominą słynnej Brixton Academy - sali kinowej, przerobionej z czasem na koncertową, którą otacza już prawdziwy kult.

Kiedy zaliczymy Brixton, niestraszna nam będzie Petticoat Lane ze swoim przedłużeniem Brick Lane (metro Aldgate East). Spragnieni wszelkiego typu konfekcji odzieżowej ("petticoat" to po angielsku "halka"), choć słowo "ciuchy" byłoby bardziej adekwatne, wybieramy się na Middlesex Street (ulica, przy której odbywa się targ) w niedzielne przedpołudnie. Oprócz ubrań będą tu na nas czekać setki nikomu niepotrzebnych, kiczowatych drobiazgów. Warto zajrzeć do jednego z barów z żydowskimi specjałami.

Brick Lane to z kolei królestwo Bengalczyków. Dostaniemy tu egzotyczne przyprawy, słodycze i potrawy z tamtej części świata, a także tkaniny i wielobarwne sari.

***

Innym miejscem, sławnym dzięki zamieszkującej go społeczności, jest China Town w Soho (metro Piccadily Circus). Chińczycy, obecni w Londynie od XIX w., przenieśli się tu w połowie ubiegłego stulecia i choć dzielnica jest dość mała i nie odbywa się tu żaden większy targ, z całą pewnością warto odwiedzić to egzotyczne miejsce, choćby dla wielu świetnych barów, restauracji czy sklepów z przyprawami. Pod koniec stycznia odbywa się tu barwny festiwal witania chińskiego Nowego Roku.

Soho zawdzięcza swoją nazwę czasom, kiedy było jeszcze zalesionym obszarem, popularnym wśród myśliwych, których zawołanie "so-ho!" (znaczy mniej więcej tyle co "goń za nim") przylgnęło z czasem do tego miejsca. Choć wielu kojarzy Soho głównie z uciechami erotycznymi, to czasy swej "różowej" świetności ma już za sobą i powoli przywraca się temu miejscu jego dawny klimat bohemy. Stąd też coraz więcej tu mniejszych i większych galerii, kafejek, barów oraz restauracji ze znakomitymi włoskimi czy greckimi daniami. A właściciele sex-shopów przyjmują zmiany z typowym dla wyspiarzy poczuciem humoru - w geście udawanej rozpaczy oferują na wystawach pompowane owieczki!

Targ czynny jest od poniedziałku do soboty i odbywa się głównie przy Berwick Street. Dostaniemy tu wszystko: ryby, mięsa, sery, owoce, pamiątki, kubki z aktualnymi bożyszczami tłumów, T-shirty. Powszechnie uważa się, że to najlepszy i najtańszy targ West Endu, szczególnie jeśli chodzi o owoce i warzywa.

***

Z miejsc bardziej wysublimowanych warto polecić Covent Garden (metro Covent Garden) i choć dziś najczęściej kojarzone jest ono z operą królewską, to nie należy zapominać, że znajdujący się tu targ owoców, warzyw i kwiatów przeniesiony został nad brzegi Tamizy dopiero w 1974 r. Centralny punkt dzielnicy to tzw. Piazza - projektujący go Indigo Jones wzorował się na placu we włoskim Livorno. Obecnie dominuje tu zabudowa wiktoriańska, z typową dla epoki halą ze szkła i stali, pełną butików, kawiarenek i ulicznych grajków. Latem na placu przed halą występują akrobaci, żonglerzy i uliczni aktorzy.

Podobny los spotkał Billinsgate. Ten targ rybny z 800-letnią tradycją zamknięty został 23 lata temu - z powodu uciążliwego zapachu przeniesiono go na przedmieścia, na Wyspę Psów.

Warto też zajrzeć na Carnaby Street (metro Oxford Circus), choćby ze względów sentymentalnych, bo to dziś jedynie relikt hippisowskiej przeszłości, a także (z tego samego powodu) na King's Road w Chelsea (metro Slone Square). Tu w latach 60. narodziła się mini, a w 70. - moda punk. I choć Londyn to nie Paryż czy Mediolan, to jednak ciągle słynie z awangardowej mody, której patronuje leciwa już, ale ciągle wzniecająca ferment Vivienne Westwood. Żeby być na czasie z tym, co proponują młodzi projektanci, można odwiedzić choćby Kensington Market (metro High Street Kensington). I choć jest to miejsce zadaszone, pomyszkujmy po labiryncie mniejszych i większych sklepików, bo stroje bywają rzeczywiście zwariowane, a ceny wcale nie tak wygórowane. Można tu również zrobić sobie na głowie prawdziwą awangardę, a skórę pokryć wymyślnymi wzorami.

Kogo nie stać na powyższe atrakcje, niech uda się na tzw. jumble sales - to miejsca, do których znosi się niepotrzebne ubrania, a kupujący biorą je za grosze całymi naręczami. Najczęściej takie "sprzedaże" organizują społeczności parafialne, które cały zysk przeznaczają na jakiś zbożny cel.

***

Londyn to oczywiście także Harrods, najsłynniejszy chyba sklep na świecie założony w 1849 r., albo - równie ekskluzywne - Fortnum and Mason czy Liberty. Emocji dostarczyć może dom aukcyjny Sotheby's przy eleganckiej Bond Street. Z dobrej jakości i znacznie niższych cen słynie dom handlowy Selfridges czy sieć Marks and Spencer.

Jednak w żadnym z tych miejsc nie poczujemy smaczku zakupów pod chmurką, z gwarem ulicy, jej kolorowym tłumem, nierzadko niszowym klimatem. Z całą pewnością nie będziemy mogli przysiąść z pintą piwa na chodniku przed pubem, żeby posłuchać ulicznego grajka. No i nie kupimy tylu oryginalnych, często zupełnie nam niepotrzebnych rzeczy, które z czasem staną się nieodzowne. Albo na odwrót!

Więcej o: