Angielska kuchnia - tłusta, znienawidzona, kochana

Pisarz George Mikes napisał kiedyś, że nic dziwnego, że kierowcy francuskich tirów pędzą na łeb na szyję, by wydostać się z Anglii i płacą z tego powodu wysokie mandaty- uciekają oni przed angielską kuchnią. Czy słusznie Angielskie kulinaria cieszą się aż tak złą sławą?

Wśród Polaków w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza płci męskiej, zdania na ten temat są mocno podzielone, ponieważ angielskie śniadanie uważane jest powszechnie za wyjątkowo kaloryczne i sycące, a tym, którzy pracują fizycznie takie właśnie poranne danie pozwala funkcjonować przez resztę dnia na najwyższych obrotach. Ci Polacy, którzy nie pracują fizycznie, też mają jakiś intrygujący sentyment do angielskich śniadań.

Imperialna tłusta frytka

W każdej dzielnicy, zwłaszcza przy dworcach czy stacjach metra, można zobaczyć zaparowane od rana małe restauracyjki, wypełnione głównie ogorzałymi wielkimi mężczyznami. Serwuje się tam: frytki (grube, uważane przez Brytyjczyków za archetyp frytki w odróżnieniu od cienkich, amerykańskich, które są tylko marną oszczędnościową imitacją imperialnych), grillowane pieczarki, paćkę pomidorowego sosu z fasolką, plastry piekielnie słonego grillowanego bekonu, czasem pomidora (też z grilla, żadnych tam świeżości), tosty , bywa, że i kaszankopodobny produkt, zwany "black puddingiem". Do tego wypija się hektolitry kawy lub mlecznej herbaty.

Dania przygotowywane są niemal zawsze na oczach wygłodniałych klientów - i niemal zawsze kucharzem jest jowialny, gadatliwy i uśmiechnięty grubas, który kocha swoją prace miłością szczerą i pełna oddania.

W pubach w porze lunchu serwuje się zwykle różnego rodzaju burgery (z maleńkim dodatkiem sałatkowym i wielkim zestawem sosów) oraz inne oficjalnie uznawane za narodowe dania, na przykład chicken tikka masala, czyli kurczaka w wersji indyjskiej (w sosie pomidorowo-jogurtowym, serwowanego z chlebem nan lub ryżem- danie to znajduje się w menu każdego pubu. Należy więc wierzyć, że niedługo w menu każdego pubu znajdzie się tez bigos).

Przeklinający mistrz kuchni - Gordon

Są też jednak tacy, którzy zajmują się kuchnią wykwintną (w tym i angielską, jak podkreślają) i są bożyszczami tłumów. Jednym z takich celebrytów jest Gordon Ramsay, uwielbiany za swoją chropowatość, ciskane publicznie wulgaryzmy, absolutny brak poczucia humoru i bezwzględność. To szef kuchni, którego restauracje przyciągają tłumy. By się do nich dostać, trzeba rezerwować miejsce pół roku wczesnej.

Ramsay, syn wiecznie pijanego kobieciarza i zastraszonej pielęgniarki, który w wielu szesnastu lat musiał zamieszkać w mieszkaniu spółdzielczym (w Wielkiej Brytanii mieszkania spółdzielcze zarezerwowane są dla rodzin z udowodnionymi poważnymi problemami bytowymi), który ledwie zdał maturę i całkiem przypadkowo znalazł się w szkole hotelarskiej, zrewolucjonizował kuchnię brytyjską i brytyjskich restauratorów. Doprowadził do tego, że nie można już jednoznacznie ocenić kuchni brytyjskiej jako tragicznej.

Jednym z jego pomysłów, chętnie wykorzystanych przez brytyjską telewizje, było stworzenie programu, w którym odwiedza podupadające restauracje i pomaga ich szefom dźwignąć lokale z dołu finansowego, a im samym z dołu rozpaczy. Metody Ramsaya są następujące: upokarzanie, wyzywanie, wyśmiewanie i jednoczesne świecenie kulinarnym przykładem. Czyli vademecum po tym, co należy zrobić, by klienci nie omijali przybytku szerokim łukiem. Szefowie płaczą po kątach i do kamer, pomstują i nienawidzą Ramsaya do końca swoich dni, ale dzięki jego ingerencji dożywają tych dni we względnym dobrobycie.

Nie krytykować Ramsaya

Ramsay nie znosi krytyki i swoimi kontrami elektryzuje media. Kiedy jeden z czołowych krytyków restauracyjnych nieprzychylnie wypowiedział się o jakimś jego modelowym daniu. Ramsay odpowiedział w jednej z brytyjskich gazet (i to nie tabloidzie): - Nie znam faceta. Nie jest wart mojego wyciągniętego środkowego palca. Nie jestem nim w ogóle zainteresowany.

Określony przez innego krytyka jako wspaniały szef, ale poślednia istota ludzka Ramsay, zerwał z nim wszelkie kontakty, powiedziawszy, że "szefowie kuchni to bardzo delikatne istoty, które bardzo źle znoszą krytykę". Taka wypowiedź wydaje się ponurym żartem, gdy ogląda się program telewizyjny, w którym inni szefowie kuchni są przez Ramsaya wcale nie finezyjnie niszczeni psychicznie. Niemniej Ramsay jest wart miliony i jako jedyny szef brytyjski ma trzy restauracje z trzema gwiazdkami Michelin.

Walka ze szkolnym fast-foodem

Drugą gwiazdą na rynku kulinariów brytyjskich jest chłopczykowaty Jamie Oliver, który w szkołach brytyjskich rozpoczął kampanię przeciwko tam serwowanym fast foodom. Nawet Tony Blair pochwalił tę akcję, a rząd brytyjski przeznaczył na nią 280 milionów funtów (na trzy lata). Oliver, który gotuje od zarania swoich dziejów (jego rodzice też są restauratorami) sam przez rok prowadził, na własne życzenie, jedną z takich szkolnych kuchni. Ale nie obyło się bez skandali. Okazało się, że istnieją rodzice, którzy nie mogą żyć ze świadomością, że ich latorośle tak po prostu nie jedzą codziennie porcji tłustych imperialnych frytek i potajemnie przemycali je dla dzieci do szkoły lub podawali przez płot, by biedactwa nie musiały jeść potwornej, nietuczącej zieleniny, która wszak nic w sobie konkretnego nie ma.

Ale rewolucja żywieniowa zapoczątkowana przez Jamiego nadal trwa. Jego książki kucharskie są rozchwytywane, co z pewnością zmienia oblicze kuchni brytyjskiej i angielskiej, przynajmniej na razie w oczach samych zainteresowanych, czyli Brytyjczyków.

Czas teraz, by się o tym dowiedzieli Francuzi.

Przeczytaj: blog polskiego kucharza , który pracował m. in. dla Gordona Ramsaya