Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Kreta. Retymnon od morza do morza

Joanna Woźniczko
01.05.2007 , aktualizacja: 03.03.2008 12:31
A A A Drukuj
Preveli, ujście rzeki Kourtaliotis Fot. Komitet Promocji Turystycznej Prefektury Retymnon Preveli, ujście rzeki Kourtaliotis
Na Krecie czuliśmy się tak, jakbyśmy wśród hektarów oliwek odkryli wspaniały skarb
Klasztor Moni Arkadi
Fot. Komitet Promocji Turystycznej Prefektury Retymnon
Klasztor Moni Arkadi
Agia Galini
Fot. Komitet Promocji Turystycznej Prefektury Retymnon
Agia Galini
Prowincja Retymnon, jedna z czterech na Krecie, liczy około 100 tys. mieszkańców. Jej stolicą jest średniowieczny port o tej samej nazwie, a specjalnością - oliwki i oliwa, no i (rzecz jasna) turystyka. Postanowiliśmy porzucić pełne hoteli północne wybrzeże Krety, by zapuścić się w głąb lądu - przez gaje oliwne i wioski z kamiennymi kościółkami - aż do rzadziej odwiedzanego południowego brzegu oblewanego przez Morze Libijskie.

***

Kreteński klasztor Moni Arkadi w Górach Idajskich, ok. 40 km na południe od miasta Retymnon, to wielka atrakcja turystyczna, codziennie staje przed nim sznur autokarów. Jednak nie możemy go pominąć - z uwagi na piękną architekturę i niezwykłą historię. Przekraczamy półkolistą bramę w kamiennym murze i stajemy przed renesansową fasadą kościoła Przemienienia Pańskiego z XVI w. Kapitele kolumn, gzymsy i subtelne ornamenty nad portalami wykuto w jasnomiodowym kamieniu (oświetlony słońcem, aż oślepia). Fasada jest doskonale symetryczna, a wieńczy ją płaska dzwonnica z trzema dzwonami. Wisiały tu nawet w czasie okupacji tureckiej (1669-1898) - to ewenement na skalę wyspy. Inne kościoły miały w tym czasie zakaz bicia w dzwony, wiele zamieniono na meczety (jak mówi przewodnik, jedyną szansą na przetrwanie były łapówki i znalezienie sobie tureckiego protektora).

Nie wnikam, jakimi środkami Moni Arkadi wywalczył sobie szczególną pozycję na Krecie. Między XVII a XVIII w. żyło tu do czterystu mnichów, klasztor rozbudowywał się i bogacił. Aż do roku 1866, gdy na Krecie wybuchło kolejne antytureckie powstanie. Otoczony solidnymi murami klasztor stał się fortecą powstańców i schronieniem okolicznych mieszkańców (w sumie około tysiąca osób). Turcy ostrzeliwali go z dział i mimo zaciętej walki musiał się poddać. Wchodzimy do refektarza. Oprowadzający nas mnich Gawril mówi, że tu właśnie Turcy rozpoczęli rzeź powstańców. By przerwać ten koszmar, jeden z nich strzałem w prochownię wysadził w powietrze cały arsenał (zwiedzamy jego pozostałości). Ponoć przeżyła tylko pięcioletnia dziewczynka, którą siła eksplozji wyrzuciła na pole. To ona według podania miała przekazać światu tragedię Moni Arkadi i jej zdjęcie (już jako siwej kobiety w żałobie) wisi w refektarzu. Według innych źródeł ocalało około stu osób...

Spotkany na dziedzińcu siwobrody mnich częstuje nas miętówkami i zaprasza do celi. W środku palenisko, przedpotopowy kran, polowe łóżko i półki, na których tłoczą się książki, zdjęcia, pamiątki i słoiczki.

***

Wąskimi serpentynami jedziemy na południowy wschód Krety przez malownicze wioski. Na podwórkach piramidy glinianych naczyń, donic i wazonów. Warto coś kupić na pamiątkę - region słynie z ceramiki. Jednak naszym celem jest Jaskinia Zoniana, ok. 40 km na wschód od Moni Arkadi. Wapienne góry Krety kryją ponad trzy tysiące jaskiń. Nic dziwnego, że zainspirowały tak wiele legend i mitów. W jednej z nich mędrzec Epimenides miał przespać (przemedytować?) 57 lat, w innej urodził się Zeus Gromowładny - nie wiadomo tylko, w której: Ideon Andron czy może Diketon Andron?

Zoniana też pobudza wyobraźnię. Na zewnątrz typowy dla Krety upał, a my wchodzimy do bajecznego tunelu, którego ściany oświetlają na złoto i pomarańczowo niewidoczne lampki. Jaskinia ciągnie się przez 300 m (można zwiedzać połowę), rozszerzając się w komnaty i odnogi. Wokół tysiące stalaktytów i stalagmitów. - Tylko proszę nie dotykać, centymetr rośnie sto lat! - ostrzega młody przewodnik Dimitrus i opowiada, że miejsce to można zwiedzać dopiero od kilku sezonów, przez pokolenia "eksplorowała" je głównie okoliczna dzieciarnia.

Jedziemy dalej przez Góry Idajskie - łagodne, zielone, poprzedzielane malowniczymi dolinami. Na Krecie wszędzie rosną oliwki. Właśnie z nich żyje miasteczko Spili, w którym chcemy zobaczyć XVII-wieczną fontannę z głowami 25 lwów (stanęła na cześć Republiki Weneckiej, która w latach 1204-1669 panowała na Krecie). Tutejsza oliwa ma sławę jednej z najlepszych w Europie, chlubi się medalami. Gościmy w Spili przez moment: spacer po malowniczych zaułkach, rzut oka na potężne tutaj Góry Idajskie z najwyższym w okolicy Kedrosem (1777 m n.p.m.), frappe w knajpce przy fontannie (mrożona kawa to wyspiarska specjalność, świetnie sprawdza się w upały) i pora ruszać dalej.

Przy bocznych drogach zwracają uwagę zapomniane wioski. Zatrzymujemy się w mikroskopijnej Meronas: parę kamiennych domków, ujęcie źródlanej wody i romański kościółek z 1250 r. ufundowany przez potężną wówczas rodzinę Kallergis. Przed nim na murku dwie staruszki w czerni z naręczami ziół.

Klucz do kościółka trzeba odebrać w jednym z domów. Wchodzimy i... nie wierzymy własnym oczom. Bizantyjską świątynię pokrywają wspaniałe freski. Na ścianach i na suficie sceny biblijne: Archanioł Michał, zaśnięcie Maryi Panny, św. Jerzy walczący ze smokiem Farby są ciemne i zatarte, ale kolory widać wyraźnie - bordowy, złoty, niebieski. Każda nawa ma innego patrona, jakby były trzema złączonymi kościołami - lewa jest pod wezwaniem św. Jerzego, prawa - św. Piotra i Pawła, a środkowa - Maryi Dziewicy (po grecku Panayia, dała nazwę całej świątyni).

***

Południowe wybrzeże prowincji Retymnon w przeciwieństwie do północnego jest bardziej skaliste, mniej szykowne i... tańsze. Co nie znaczy, że południe Krety ignoruje turystów - niektóre miejscowości mają kilka razy więcej miejsc noclegowych niż mieszkańców. Jak choćby Agia Galini. Na skale tuż nad morzem stoi pomnik Dedala i Ikara - mityczny budowniczy labiryntu Minotaura mocuje sobie i synowi woskowe skrzydła, na których chcieli uciec z Krety. Na sąsiednim wzgórzu znajduje się jaskinia, w której mieli się ukrywać (król Minos, ojciec potwora, zabronił im opuszczać Kretę, by nie zdradzili tajemnicy labiryntu).

Agia Galini oznacza "święty spokój". Ponoć dawniej miejscowość nazywała się Sulia - do czasu, gdy podczas ogromnego sztormu zawitała tu cesarzowa bizantyjska (być może była to matka Konstantyna św. Helena). Obiecała Bogu, że ufunduje kościół, jeśli burza się uspokoi i pozwoli jej bezpiecznie zacumować. Tak się też stało, a Sulia zyskała nową nazwę i kościółek (mikroskopijny, pomalowany na biało, wewnątrz parę nowych ikon i świeczki).

W Agia Galini wpadamy jeszcze do portowej tawerny. Miasteczko słynie z ryb, w menu jest kilkanaście gatunków.

***

Przed nami Preveli. Wszyscy je zachwalali: piękniejszego miejsca na kreteńskim brzegu Morza Libijskiego nie znajdziecie! I rzeczywiście, plażę z dwóch stron otaczają wysokie skały (schodzi się do niej dobry kwadrans stromą, malowniczą ścieżką), znajduje się tu ujście szmaragdowej rzeki Kourtaliotis, a i morze ma niezwykły, turkusowy kolor. Wokół mnóstwo palm (prócz nich występuje w okolicy aż 700 gatunków roślin - jedna trzecia wszystkich rosnących na Krecie, władze prowincji chcą tu utworzyć ogród botaniczny). Do idyllicznego krajobrazu nie pasują tylko rowerki wodne, które wożą turystów po cudownej rzece w cieniu palm (sześć euro za godzinę).

Preveli to także monastyr z XVII w. na wzgórzu z widokiem na morze. Jak większość klasztorów na wyspie zapisał się w walce o niepodległość. Przez wieki okupacji tureckiej był schronieniem dla partyzantów (mnisi zasilali ich szeregi). Wierzono, że Kreteńczyków wspomagał cudowną mocą krzyż z relikwią - drzazgą z krzyża Chrystusa - przywieziony do Preveli w 1769 r. z Konstantynopola. Obwieszony klejnotami krzyż stoi na środku dwunawowego kościoła o beczkowym sklepieniu i kamiennych ścianach. Niezwykły jest ikonostas - cały w misternych ornamentach powycinanych w drzewie cedrowym i pomalowanych (złoto, zieleń, karmin). Podobnie ozdobiono długie świeczniki, ramy obrazów i boczne ławy. Drewniane, ażurowe kwiaty, liście, ptaki i owoce oplatają całą świątynię. Piękne są też ikony z połowy XVIII w., kiedy opiekę nad klasztorem objęła bogata rodzina Prevelich. Do zakonu wstąpił jeden z jej synów Michaił Preveli, malarz, i to za jego sprawą kościół tak wypiękniał.

Na dziedzińcu uwagę przyciągają trzy drewniane belki zawieszone na kamiennej konstrukcji przypominającej studnię. Uderzano w nie kijem w czasach, gdy nie wolno było bić w dzwony. Jest tu jeszcze małe (ale bardzo ciekawe) muzeum sztuki sakralnej z kolekcją ikon, mszałów i srebrnych kadzielnic.

W drodze powrotnej na północne wybrzeże Retymnonu odwiedzamy jeszcze Argyroupolis, które zaopatruje w wodę pitną cały region. Powietrze od razu inne: chłód i rześka wilgoć, zewsząd słychać szmer strumieni. Z zielonego wzgórza spływa kilkanaście wodospadzików. W miejscu, gdzie źródło bije ze skały, ustawiono kapliczkę z małymi ikonami i świecami.

W cieniu tuż obok rozłożyły się liczne knajpki. W jednej z nich zostajemy na kolację. Tym razem już nie ryby i klasyczna sałatka grecka (zwana tu wiejską), lecz ślimaki, jagnięcina i - największy rarytas - koza. W Argyroupolis jadłam ją po raz pierwszy w życiu. I, o zgrozo, była pyszna.

Wyspę zwiedzałam ze świetnym przewodnikiem "Kreta", który napisał Peter Zralek, a wydała Agencja TD, Warszawa 2003, 32 zł

W sieci

http://www.rethymnon.gr - dobry przewodnik po regionie

http://www.preveli.org/files/moni/en30.htm - klasztor Preveli

http://www.agia-galini.com/home - Agia Galini i okolice

http://www.thegreektravel.com/crete/rethymno.html - atrakcje regionu, hotele

http://www.culture.gr/2/21/maps/crete/rethimno/rethimno.html - archeologia i zabytki

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • noclegi
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL
  • Oferty Meteor

Podróże.gazeta.pl na Facebooku