W Kenii zawsze hakuna matata!

Jambo - dzień dobry, mambo - jak się masz - wertuję słowniczek suahili, czyli kenijskiego języka urzędowego. Na szczęście szybko wpada w ucho. W razie czego i tak w tym kraju wszystko jest hakuna matata, czyli spoko, bez problemu


Powitanie Afryka gotuje nam chłodne - temperatura w Nairobi 12 stopni (jest sierpień). Bierzemy to za pomyłkę, ale miny nam rzedną, gdy za oknem samolotu widzimy czarnoskórych bagażowych w kurtkach, czapkach i rękawiczkach. Jesteśmy zaledwie 130 km od równika, przygotowaliśmy się na tropiki. A tu kenijskie gazety rozpisują się o anormalnym oziębieniu...

Nairobi trudno uznać za ładne miasto. Wielkie, rozległe, ruchliwe (2,5 mln mieszkańców). Jest nie tylko męczące, ale ma też opinię niebezpiecznego. Niektórzy nawet nazywają je "Nairoberry" (z ang. roberry - rabunek), nierzadko bandyci są tu uzbrojeni.

Jeden dzień wystarczy, by zobaczyć w miarę nowoczesne centrum z najwyższym w kraju Centrum Konferencyjnym im. Kenyatty (28 pięter), parlamentem i znajdującym się tuż obok, pilnie strzeżonym mauzoleum Jomo Kenyatty - pierwszego premiera i prezydenta wolnej Kenii (kraj ogłosił niepodległość w 1963 r.). Nas ciekawi przede wszystkim doskonałe Muzeum Narodowe, stanowiące świetny wstęp do poznawania kenijskich plemion i parków narodowych.

Wieczór najlepiej spędzić w restauracji Carnivore w dzielnicy Langata. Zapłaciwszy 25 dol. za wstęp, możemy jeść do woli. Weseli kelnerzy roznoszą narodowe danie nyama choma, czyli kawałki grillowanego mięsa, m.in. zebry, krokodyla, antylopy, strusia, do tego sałatki i ugali - kasza kukurydziana (powinno się ją jeść rękami, ale dla turystów są sztućce). W przerwie między kolejnymi porcjami oglądamy plemienne tańce.

Kenia - magia Afryki czytaj w serwisie kolumber.pl



***

Turyści odwiedzają Kenię zazwyczaj po to, by wypocząć na plażach wokół Mombasy i udać się na safari. Z ok. 50 rezerwatów i parków narodowych wybieramy na początek Aberdare obejmujący malownicze, poprzecinane dolinami wzgórza. - Jesteście tu więźniami - śmieje się właściciel naszego lodge'u Ark (Arka). Hotel przypomina łódź zatopioną w zielonym oceanie tropikalnego lasu i podobnie jak arka Noego przyciąga wszelkie stworzenia. - Wybierać się na spacer nie radzę, dokoła pełno dzikiej zwierzyny - słyszymy na powitanie.

Chwilę potem przekonujemy się, że nie musimy zwierząt szukać, to one przychodzą pod otaczające Ark tarasy. Personel opracował nawet system informowania gości: jeden dzwonek - nadciąga słoń, dwa - nosorożec, trzy - bawoły...

Prawdziwy spektakl mamy na five o'clock (bądź co bądź Kenia była brytyjską kolonią). Zasiadamy w wygodnych fotelach w salonie, popijamy herbatę z mlekiem i przez przeszkloną ścianę patrzymy na stojące kilka metrów od nas słonie. Zainteresowanie jest zresztą obustronne - mam wrażenie, że słoniowa mama przyprowadziła kilkutygodniową pociechę, by pokazać jej dziwne dwunożne stwory. W rzeczywistości zwierzęta przychodzą na podwieczorek - po drugiej stronie szyby jest bowiem słona lizawka.

Lodge Ark to wyjątkowo "klimatyczne" miejsce. Pokoje są skromne, ale nikomu to nie przeszkadza - i tak tylko się w nich śpi. Atmosfera rodzinna, a widok włożonych pod kołdry termoforów (ach, ta zimna Afryka!) wprost nas rozbraja. Nie ma internetu ani telewizji, spędzamy czas, przesiadując na tarasach i wypatrując zwierząt. Ciągle się coś dzieje - a to obsługa zaprasza na karmienie dzikich ptaków, a to specjaliści robią nam wykłady na temat lokalnej fauny. Wielu gości niemal wcale nie śpi, nawet o drugiej, trzeciej w nocy słyszę podekscytowane głosy: - Patrz, patrz! Lew! (chwilę potem okazuje się, że to guziec).

Zobacz zdjęcia z Kenii w serwisie kolumber.pl



***

Żal opuszczać Ark, ale w planach mamy jeszcze park narodowy Nakuru. Po drodze wypatrujemy Mt Kenia, choć ciężkie chmury zasłaniają ten najwyższy w kraju szczyt (5199 m n.p.m.), a drugi w Afryce po Kilimandżaro.

Odległości do pokonania nie są duże, ale drogi nie najlepsze, a w dodatku zatłoczone. Mijamy przeładowane matatu (wieloosobowe taksówki, najtańszy i najpopularniejszy środek transportu), przydrożne targowiska, wioski z ubogimi chatami. Wkrótce przecinamy równik, o czym informują stosowne tablice, przy nich sklepy z pamiątkami. Niektórzy kupują certyfikaty przekroczenia zerowego równoleżnika, z tej też okazji wypijamy wino z...
papai (całkiem niezłe!). Miejscowi, chcąc zarobić parę groszy, demonstrują ciekawe doświadczenie z drewienkiem rzuconym na wodę: kilkanaście metrów na północ od równika drewienko jednoznacznie wskazuje, że wir wody obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, na półkuli południowej przyjmuje przeciwny kierunek, a dokładnie na równiku nie ma żadnego zawirowania. Chodzi oczywiście o tzw. siłę Coriolisa (nieco podobna do siły odśrodkowej, występuje, gdy ciało porusza się względem wirującego układu odniesienia). Ma ona wpływ także na kierunek zawirowań w trąbach powietrznych, a nawet na pięcie się pnączy.

Kolejny przystanek to wodospady Thomsona, nazwane tak w 1883 r. przez Josepha Thomsona na cześć jego ojca, jednego ze słynnych badaczy Afryki. Wysokie na 75 m wodospady są rzeczywiście ładne, ale naszą uwagę zwraca chłopak z kameleonem. - One photo one dolar - szczerzy zęby. Po chwili zjawiają się wykonujący rytualne tańce Kikuju. Płacimy im za zdjęcia, bo to jedyna okazja, by uwiecznić ich w tradycyjnych strojach, z pomalowanymi twarzami, z dzidami i tarczami w dłoniach (na co dzień chodzą w zwykłych ubraniach). Prawie 6-milionowy lud Kikuju to największa grupa etniczna wśród ok. 40 głównych kenijskich plemion. Właśnie z nich wywodził się szanowany prezydent Kenyatta.

Ostatni postój przed parkiem narodowym Nakuru to punkt widokowy z panoramą Wielkiego Rowu Afrykańskiego (ciągnie się przez 9,6 tys. km, od Izraela do Mozambiku). Patrzymy nań z góry, a chwilę potem zjeżdżamy na dno. Jeszcze tylko formalności przy bramce do parku (opłaty) i wreszcie docieramy do słynnego słonego jeziora. Kiedy u nas panuje zima, tu spotkamy ok. 400 gatunków ptaków, zwykle przylatujących z Europy. Flamingi, symbol Nakuru, występują tysiącami (niegdyś ich liczbę szacowano na blisko 2 mln!). Z daleka wyglądają jak wielka biało-różowa plama.

Bez zatrzymywania jezioro można objechać w trzy godziny, ale przy wypatrywaniu dzikich zwierząt lepiej się nie spieszyć. My wyjeżdżamy w teren kilkakrotnie. Na safari popołudniowym oprócz flamingów i towarzyszących im pelikanów spotykamy pawiany, żyrafy, bawoły i zebry. Krajobraz jest tu zupełnie inny niż w Aberdare - otoczona wzgórzami równina (sawanna, gdzieniegdzie las).

- Safari można uznać za udane, jeśli zobaczycie afrykańską Wielką Piątkę - przypomina Omar, nasz kierowca i przewodnik. Tworzą ją: lew, bawół, nosorożec, słoń i najtrudniejszy do wytropienia lampart (słonie widzieliśmy już wcześniej, w Nakuru ich nie ma).

Zrywamy się o świcie (choć wcale nie mamy ochoty). Szybko się ożywiamy, bo na pełnej wertepów drodze i tak nie da się przysnąć, a poza tym - jakby wyczuwając nasze życzenia - wychodzi nam naprzeciw lampart. Zmierza do wodopoju, gdzie pewnie przyczai się na ofiarę. Trzaskają migawki aparatów.

Chwilę potem zjawia się stadko czarnych nosorożców. Mamy szczęście, bo w przeciwieństwie do białych, to gatunek nie tylko bardziej płochliwy, ale i rzadszy. Są też guźce, hieny i marabuty. Mam wrażenie, że safari to rajd po wielkim zoo - zwierzęta są niemal na wyciągnięcie ręki.

Do Wielkiej Piątki brakuje jeszcze lwa, ale oto i on! Kroczy dumnie, jak przystało na króla zwierząt, nie zwracając uwagi na towarzyszący mu wianuszek samochodów. - Wielka Piątka w Kenii, hakuna matata! - cieszy się Omar.

W sieci

http://www.magicalkenya.com

http://www.kenyaweb.com/tourism