Bądź IN: Tel Awiw

"Wiosenne Wzgórze" - tak w tłumaczeniu brzmi nazwa tego ściśle zabudowanego i wciąż kwitnącego miasta. "Miasto, które nigdy nie śpi". Choć jest małe, nigdy nie chodzi spać po dobranocce.

IN - 20 miast w nowej, wyjątkowej serii - kolejny tom co piątek! Zamówisz w Kulturalnym Sklepie>>

IN Tel Awiw: Intro

"Wiosenne Wzgórze" - tak w tłumaczeniu brzmi nazwa tego ściśle zabudowanego i wciąż kwitnącego miasta. "Miasto, które nigdy nie śpi". Choć jest małe, nigdy nie chodzi spać po dobranocce. "Jesteś z Tel Awiwu, co nie?" - pytają o moje rodzinne miasto z nieco drwiącym uśmieszkiem, zadowoleni ze swoich detektywistycznych talentów. Poszlaka może być aż zanadto widoczna w sposobie, w jaki się uśmiecham.

TLV = Dobre Życie

Zdaje się, że wszyscy noszą tu ten slogan na koszulkach; że puszczają go z dymem zawinięty w cienkie bibułki; rozlewają troszkę na bar przy serwowaniu kolejnego shota. Problemem jest tylko to, że Tel Awiwowi tak łatwo uwierzyć. Tu pojawia się prawdziwe niebezpieczeństwo: odrobina nieuwagi i można nawet uwierzyć, że wszystko gra. "Sababa" - jak mówią miejscowi. Tel Awiw cudownie poprawia nastrój, choćbyś był nie wiem jak zły. Czasem, nawet kiedy nie mamy ochoty. Zazwyczaj, kiedy chcę już tylko złożyć moje obolałe członki w pościeli, kończy się to spotkaniem jakiejś bratniej duszy, która cudem namawia mnie na "małego drinka", co najprawdopodobniej skończy się "piwem na śniadanie". Wstawanie "rano, gdy boli każdy ruch głową", jak śpiewał Johnny Cash, byłoby jednak kłopotliwe dla każdego, kto chciałby tu mieszkać na stałe. Pomyśl, jakie ty miałbyś poranki, "staczając się ze schodów na spotkanie dnia" codziennie aż do lotu powrotnego. Uważaj, to uzależnia.

Spacerując ulicami, można czasem odnieść wrażenie, że właściwie nikt w tym miniaturowym mieście nie pracuje. Lecz pozory mylą, to niedokładnie jest tak. Potrzeba licznej siły roboczej, by utrzymać tak wielu ludzi w stanie zadowolenia. Miejscowi sami wkładają wiele wysiłku w to, by fakty z pierwszych stron gazet nie przeszkadzały im w pracy, ale dobra obsługa jest zawsze mile widziana. Tak więc mieszkańcy Tel Awiwu oczywiście pracują, tyle że mają przyjemną tendencję do umawiania się w sprawach biznesowych w kawiarniach, restauracjach czy barach. Z nadzieją, że nie zapomną rachunku potrzebnego, by uzyskać zwrot podatku. Tel Awiw jest najstarszym hebrajskim miastem położonym w kraju ogarniętym być może jednym z najstarszych konfliktów. Jasne, że czasem trudno to znieść. Można się poczuć jak likier wewnątrz czekoladki. Ponieważ tak łatwo jest tu czuć się tak dobrze, od czasu do czasu możemy poczuć przypływ wstydu. Taka fala może na nas spaść, kiedy czekamy w niekończącej się kolejce do toalety, ale bądźcie pewni, że stłumiony odgłos spuszczanej wody zmyje ją z waszego sumienia, spłucze daleko stąd wyjącymi rurami. W naszych dłoniach mogą się pojawić wąskie skrawki faktów, ale zaraz znajdą się w śmietniku informacji, razem z ulotkami reklamującymi imprezy, na których już byliśmy. Ulotnią się niczym piwo, które nadało wczoraj blasku naszym butom na parkiecie.

Tel Awiw został poczęty jako purystyczna koncepcja stworzenia wspaniałego nowego miasta odkupienia na (rzekomo) dziewiczych białych piaskach. Egzotyczny miraż miał zaspokoić pewną potrzebę: Akiva Arieh Weiss, twórca tej wizji, zawołał trzy lata przed tym, jak nowo narodzone miasto wydało swój pierwszy krzyk: "Musimy się spieszyć i kupić porządny kawałek ziemi, na którym wzniesiemy pierwsze hebrajskie miasto, którego mieszkańcy będą mówić po hebrajsku, w którym zachowamy czystość i nie będziemy chodzić ścieżkami gojów" (słowo, które po raz pierwszy pojawiło się w Biblii w znaczeniu "narody", później zaś stało się terminem określającym kultury nieżydowskiej). "Podobnie jak Nowy Jork, który służy jako główne wrota Ameryki, nasze miasto stanie się pewnego dnia izraelskim Nowym Jorkiem". Jeśli już przy nim jesteśmy: w dawnym domu architekta mieści się teraz bar o nazwie Weiss. Całkiem spore plany jak na nienarodzone miasto, które nie ma nawet państwa, do którego miałoby należeć. Podobnie było w przypadku budynku opery wzniesionego w 1923 roku, aż 25 lat przed tym, nim ONZ postanowiła uwierzyć w ten mały projekt Theodora Herzla zwany Izraelem.

Herzl miał sen i postanowił go zrealizować. Austriacki dramaturg w 1897 roku zwołał w szwajcarskiej Bazylei pierwszy Kongres Syjonistyczny. By upewnić się, że świat odniesie właściwe wrażenie co do wagi tej grupki Żydów, zmusił wszystkich uczestników, by wypożyczyli fraki i cylindry, zaprojektował scenografię w sali koncertowej kasyna miejskiego w Bazylei, które było miejscem spotkania, i pewnie nawet dorzucił nieco swej wiedzy o oświetleniu scenicznym, by uzyskać dodatkowy efekt.

Muzeum Tel Awiwu otwarto we wczesnych latach 30. nie gdzie indziej, tylko w domu pierwszego burmistrza Meira Dizengoffa. Dziś sztukę w różnej ilości można znaleźć w Muzeum Tel Awiwu, licznych galeriach, a właściwie na każdym parkingu i rogu ulicy. Podobnie jak w dobrym dziele sztuki wszystko zdaje się tu dobrze poukładane, niekoniecznie w kwestii proporcji, kolorów czy materiałów, ale kompozycja zawsze jest istotna. Kilka przykładów, jeśli łaska: upał dochodzi do 34°C? W menu większości miejskich restauracji znajdziesz oficjalny letni odświeżacz: sałatkę z owoców morza ceviche. Na nocnym miejskim niebie nie widzisz gwiazd? W ramach rekompensaty sięgnij po kolejnego Goldstara (prawdopodobnie najlepsze izraelskie piwo). Czujesz się nieco samotny? Zaoferuj któremuś z pokładających się wokół pahtulim (pah - śmietnik + hatulim - koty) dobrą okazję do mruczenia, drapiąc go za uszkiem.

Zachowywanie proporcji nie jest specjalnością Tel Awiwu. I nic się w tej kwestii nie zamierza zmienić. Niektóre koty domowe nigdy nie opuszczają swoich apartamentów i ich królestwo ogranicza się do 20 metrów, tak więc każdy ruch między kuwetą na wschodzie a kanapą do polegiwania na zachodzie wydaje się im całym maratonem. Mieszkańcy Tel Awiwu odbierają swoją małą krainę w nieco podobny sposób. Niektórzy z nich nie chcą nawet wyjść z domu, gdyż albo jest zdecydowanie za daleko, by iść pieszo, albo, jeśli jadą samochodem, szukanie miejsca parkingowego zajmie im więcej czasu niż to, po co w ogóle wyszli.

Zdarza się, że znajomy z dalekiego kraju zdoła pojawić się w tej części świata. Włócząc się po mieście w momentach, gdy akurat nic nie konsumuję (innymi słowy, idąc z restauracji do baru, a potem od baru do baru i tak dalej), spotykam ludzi. Oni dokądś idą, ja dokądś idę. Często się zdarza, że ów zagraniczny znajomy nagle woła "Znasz wszystkich w tym mieście!". Choć mogłabym zacząć się chwalić, jaka to ja jestem popularna, prawda jest taka, że Tel Awiw jest po prostu bardzo mały. Co jest przyjemne. Zazwyczaj. Wiele jest stopni znajomości drugiej osoby. Kąt w geometrii jest figurą utworzoną przez dwie półproste o wspólnym początku. Miarą kąta jest "ilość rotacji" pomiędzy tymi półprostymi. Magnetyzm rogów ulicy działa w mniej matematyczny, choć bardzo podobny sposób. Stopnie zaczynają się od miejskiej miary rozwartości, jaką jest pozbawiony twarzy tłum, aż docierają do wierzchołka: prawdziwej przyjaźni. Dane w zadaniu geometrycznym zaczynają zmieniać wartość, kiedy nie umiesz już minąć pewnych twarzy bez uśmiechu i z biegiem czasu kąt, który was dzieli, staje się coraz mniejszy. Od uśmiechów plus pytań: "czym się zajmujesz?" do uprzejmych pocałunków na powitanie, aż w końcu możemy zostać swoimi wzajemnymi aniołami stróżami, przechodząc drogę od zapamiętywania naszych imion do poznania co, jak, gdzie lubimy robić i wreszcie - jak lubimy się bawić. Wszystko to razem tworzy odpowiedni kąt.

Po tej lekcji matematyki czas na kilka faktów historycznych: W 1919 roku tę zapiaszczoną imitację miasta zamieszkiwało 2084 osób, zaledwie sześć lat później, w 1925, jego ulice przemierzało już 34 200 mieszkańców, w 1933 ludność się podwoiła do 80 000, w 1934 wzrosła już do ponad 100 000, a w 1936 niemal eksplodowała, osiągając 150 000. Dziś około 404 400 dusz ma przyjemność mieszkać w tym gęsto zabudowanym mieście. Tak już musi być: dzieci rosną, tracą przewagę bycia "małymi i uroczymi", aby zmierzyć się ze swoją skomplikowaną osobowością.

Historia ma specyficzny związek z Tel Awiwem, gdyż często się powtarza. Tyle że te powtórki są nieco bardziej ekspresyjne niż wszędzie indziej - tutaj jest to szaleństwo prawie jak w piosence Shirley Bassey. Co prowadzi nas do kolejnego fenomenu: kolekcjonowanie cudzych pamiątek jest dla przechodnia w Tel Awiwie świetnym hobby. Wielu ludzi zdaje się mieć w nosie "graty" po swoich przodkach. Na szczęście jest mnóstwo osób takich jak my, które cenią każdy kawałek historii wpadający w nasze ręce. To innego rodzaju uczucie niż radość z wynajdywania tanich skarbów na pchlim targu w Jaffie: w Tel Awiwie ze zbieraniem "gratów" na rogu ulicy wiąże się pewien zaszczyt - zaszczyt, jakim jest ocalenie kawałka historii, wyciągnięcie go ze śmietnika, danie mu kolejnej szansy, drugiego życia. Wartość przedmiotu mierzy się inaczej, gdy unosi się nad nim majestat czyjejś śmierci. Wszystkie te rzeczy, ważne dla ich dawnych właścicieli, wyrzuca się potem do śmieci, ale tam, gdzie krowa staje się wołowiną, lis zmienia się w niezwykły szal.

Zrzędliwy starszy członek rodziny staje się mglistym zbiorem historyjek, które wspomina się, siedząc przy stole w eleganckich świątecznych strojach. Ale kto by nie chciał znaleźć rzeczy należących do pewnej damy, która na własne oczy widziała "kolekcję futer Stephana Browna zimą 1950"? Szczególnie gdy można je wygodnie obejrzeć na ulicy Allenby, gdzie mieściło się studio Browna przekształcone teraz w specjalizującą się w stekach restaurację, która zachowała nazwisko projektanta.

Pewnego wieczoru wyszłam z domu, zostawiając swoje dwa kółka przymocowane łańcuchem do latarni, okrutnie zdradzone na rzecz bardzo wysokich obcasów. Zastanawiając się, jak wrócę do domu, jak to często bywa, natrafiłam na wielką stertę wspomnień porozrzucanych na chodniku niczym czyjeś organy wewnętrzne w kałuży krwi. Takie miejsca tworzą utopijną szansę dla mieszkańców miasta. Szansę dla bezdomnego i hipsterki, aby ramię w ramię w ciszy połączyli się w poszukiwaniu skarbów. Kilka minut równości się kończy, gdy ten pierwszy wraca do swojego imperium z tektury, a ta druga, nie oglądając się na niego, wybija kupionymi w Oksfordzie butami żywy rytm, spiesząc do przyjaciół w ich zadymionej norze, bo jest co pokazać i o czym opowiedzieć. Oboje odeszli z przeszczepem, którego potrzebowali.

Każdy dzień jest niespodzianką. Możesz wiedzieć, gdzie się zacznie, ale nie masz pojęcia jak, kiedy i gdzie się zakończy. Wieczory falują jak łagodny morski przypływ.

Któregoś wieczoru siedzę z Tali i Tal przy barze w Cosa Nostra, wielkimi łykami upajając się śmiechem, z przerwami tylko na przechadzki do szafy grającej, aby wybrać kolejnego twista albo rock'n'rolla, co z każdą chwilą wzmacnia wrażenie bycia na potańcówce z lat 50. Jutrzejszego kaca z łatwością odegna lekarstwo, jakim jest ponadczasowy hummus Masabaha u Abu-Hassana. Ulga potrwa tylko do następnego wieczoru, który mogą wypełnić przygody w mrocznej wschodniej części miasta, gdzie trzeba będzie omijać pozbawione wdzięku dziewczyny pod latarniami po drodze do klubu Zimmer z jego eksperymentalnymi koncertami. Któryś z wieczorów mógłby się skończyć w Cafe Hadar, wehikule czasu przenoszącym nas do Grecji lat 70. Inny mógłby zacząć się wcześnie w restauracji Basta, wysoko nad morzem, gdzie ze skrzącymi się niczym woda w słońcu oczami będę wysysać ostrygi i popijać je kieliszkiem świeżej wspaniałości z białych winogron. Z każdym połkniętym mięczakiem czuję, jakbym nurkowała w potężnej fali, tonęła i znów wracała do życia. W idealnym momencie, żeby zamówić ostatnią whisky w klubie Milk, choć może z mlekiem powinnam mieć już do czynienia przy okazji porannej kawy.

Lawirując między zen a burżuazją, między robotniczymi potrzebami a towarami luksusowymi, aktywizmem a hedonizmem, egzystencja staje się ateistyczną religią bohemy.

Krążąc po ulicach na rowerze, stajesz się częścią gęstego miejskiego krwiobiegu. A poza tym wszystko jest tak blisko! Chyba że jesteś z Tel Awiwu. Bo ludzie do wszystkiego mogą się przyzwyczaić. To tylko kwestia skali. Mam nadzieję, że ta magiczna bańka mydlana nigdy nie pęknie. Wpadnij z wizytą, kiedy wciąż tak cudownie rośnie i mieni się psychodelicznymi barwami. Kto wie, może spotkamy się na którymś rogu ulicy.

*Weiss - klub taneczny przy ulicy Hertzel, róg ul. Ehad Haam

Cosa Nostra - bar z muzyką przy ul. Nahalat Binjamin 8

Abu Hassan - restauracja z hummusem przy ul. Hadolfin 1 oraz Shivtei Israel w Jaffie

Zimmer - mały klub z alternatywną muzyką, sztuką i seansami filmowymi przy ul. Hagdud Halvri 5, róg ul. Chlenov

Cafe Hadar - bar i tawerna w stylu greckim przy ul. Jaffa (na końcu pasażu)

Basta - bar/restauracja przy ul. Hashomer 4

Milk - klub taneczny na końcu bulwaru Rothschilda

Kolekcja przewodników IN

embed

IN Miasta - to seria nowoczesnych, dwujęzycznych (polsko-angielskich) poradników dla podróżnika, poszukującego oryginalnych i nietuzinkowych miejsc.

W 20 tomach prezentuje 20 miast świata i to, co najlepszego mają do zaoferowania. Oprowadza po najmodniejszych klubach. Otwiera drzwi lokali, które nie dla każdego są dostępne. Wie, które sklepy są na topie i radzi, jak i jakie robić w nich zakupy; które galerie są najbardziej ekstrawaganckie i kogo w nich można spotkać. Wskazuje najlepsze hotele, restauracje, kafejki i bary. Pokazuje prawdziwe życie wielkich miast, ich puls i rytm. Żadnych zabytków, historii, nudnego zwiedzania. Tylko praktyczne porady: ceny, godziny otwarcia, adresy, nazwy. Wszystko sprawdzone i z ostatniej chwili.

Kolekcja obejmuje następujące tomy. Co piątek ukazuje się nowy.

1. IN Barcelona

2. IN Praga

3. INMediolan

4. IN Paryż

5. IN Amsterdam

6. IN Bruksela

7. IN Antwerpia

8. IN Berlin

9. IN Marrakesz

10. IN Madryt

11. IN Tel Awiw

12. IN Stambuł

13. IN Budapeszt

14. IN Rzym

15. IN Lizbona

16. IN Wiedeń

17. IN Kopenhaga

18. IN Sztokholm

19. IN Nowy Jork

20. IN Londyn

Pojedyncze tomy lub całą kolekcję przewodników IN w promocyjnej cenie kupisz w Kulturalnym Sklepie

Więcej o: