Uzbekistan: Część II - jogurty będą jutro

Droga z Buchary do Khivy to pięćset kilometrów pustyni Kyzył-Kum, rozdzielającej dwie oazy, w których życie możliwe jest jedynie dzięki podziemnym wodom. Linii kolejowej na tym odcinku nie wytyczono, podróż autobusem bez klimatyzacji w sześćdziesięciostopniowym upale może skończyć się ugotowaniem na twardo, zatem jedynym rozsądnym rozwiązaniem jakie pozostaje, jest specjalna taksówka pod nazwą "shared taxi".

Uzbekistan - przeczytaj część I >>>

Jazda z adrenaliną

Przy tej okazji warto wspomnieć co nieco o uzbeckiej motoryzacji. Jej początki sięgają 1937 roku. Wówczas Stalin postanowił zebrać wszystkich Koreańczyków żyjących w Rosji i wysiedlić ich do Uzbekistanu oraz Kazachstanu. Koreańczycy to naród silny - przetrwali pierwsze lata, zakorzenili się, a w końcu po upadku ZSRR nawiązali stosunki gospodarcze z rządem i sprowadzili do Uzbekistanu markę Daewoo. Oprócz trzydziestoletnich żiguli, to właśnie Daewoo wraz z Chevroletem niepodzielnie rządzą na uzbeckich drogach. Nie wiedzieć dlaczego - wszystkie mają biały kolor, a pomimo wszędobylskiego kurzu pozostają czyste. Kierowcy dokonują w swoich samochodach tylko jednego usprawnienia - wszyscy mianowicie zakładają instalacje gazowe. Albo robią to sami, albo zlecają koledze, który choć trochę zna się na budowie silnika. Policji ten problem w ogóle nie interesuje. W rezultacie na ulicy powszechnym widokiem są nie tylko "zagazowane" osobówki, ale także minibusy (w nich butle umieszcza się na dachu), ciężarówki (mają założonych po 8 butli pod naczepą), a nawet autobusy. Ostatnio jedna z takich "bombek" wypełniona ludźmi wyleciała w powietrze. My też przeżyliśmy chwilę grozy, czując gaz w samochodzie po każdym mikrowybuchu po maską. Usprawiedliwieniem tego niebezpiecznego procederu nie są wcale wysokie ceny paliwa, tylko jego brak. Na ulicach można zobaczyć kilometrowe kolejki samochodów czekających choćby na kilka litrów etyliny. Oprócz gazowych pseudo-instalacjii dodatkową "atrakcją" podróżowania w tym kraju są drogi. Kto choć raz miał okazję z nich korzystać, już nigdy nie będzie narzekał na nasze - polskie. Półmetrowe dziury, wyboje, otwarte studzienki kanalizacyjne - to chleb powszedni uzbeckich kierowców. Ale kiedy wydaje się, że po kolejnej dziurze, na którą wpadamy z prędkością stu kilometrów na godzinę, powinniśmy już rozpaść się na kawałki, nasze daewoo sunie dalej, wydając z siebie jedynie ciąg pisków i zgrzytów.

Siesta obowiązkowa

Z pustynią kojarzy się oczywiście jeszcze jeden temat - upał. Po raz pierwszy przekonałem się, że może być niebezpieczny dla zdrowia. Pojęcie siesty, które w przypadku krajów południowej Europy wydawało mi się wykrętem od pracy, tutaj jest niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Po mieście chodzić można od wczesnego rana do trzynastej, a następnie od siedemnastej do późnego wieczora. I to wcale nie oznacza, że w tym czasie spacerowanie należy do przyjemności. Już po pięciu minutach od wyjścia z pokoju, obowiązkowo wyposażonego w błogosławioną klimatyzację, człowiek zaczyna się pocić jak w łaźni parowej i co za tym idzie - pochłania wszystkie zapasy wody. Bezwarunkowo trzeba mieć na głowie chustkę, kapelusz albo parasol w ręce, a najlepiej poruszać się jak szpieg z krainy dreszczowców, dotykając ciałem ściany, rzucającej chociażby kilka centymetrów cienia.

Piaskowa Khiva, krwawa historia

Do Khivy dotarliśmy wyczerpani wczesnym popołudniem. Wbrew podróżniczym zasadom, zdecydowaliśmy się na pierwszy hostel podsunięty przez taksówkarza. Był ogromny i prawie pusty. Brak sezonu zadziałał na naszą korzyść i zwyczajowe targowanie obniżyło cenę o jakieś czterdzieści procent. Po krótkiej drzemce i dwóch litrach wody na głowę byliśmy gotowi wynurzyć się z pokoju.

Khiva - niewielkie miasteczko zamknięte z trzech stron pustynią, a z czwartej - granicą z Turkmenistanem, ma piaskowy kolor i niewiele drzew, co potęguje dodatkowo wrażenie gorąca. Wszystko co interesujące dla turysty mieści się w wewnętrznym mieście, otoczonym obronnym murem. Jego stara część, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest zachowana lepiej niż w Bucharze. Honor należy oddać również Rosjanom, którzy w latach siedemdziesiątych przemienili Khivę w miasto-muzeum i przeprowadzili pierwsze prace restauracyjne. Obecnie większość medres jest w bardzo dobrym stanie lecz tylko kilka z nich spełnia swoje przeznaczenie. Reszta stanowi atrakcyjną lokalizację dla hoteli i sklepów z pamiątkami.Tym bardziej zadziwia krótkowzroczność ówczesnych khanów, przez których budowle te były wznoszone za pieniądze przeznaczone na szpital, drogę czy szkołę. Naiwnie wierzono, że o potędze państwa miały świadczyć bogactwa jego władców. Jeszcze w 1717 roku czuli się oni tak silni, że wymordowali cztery tysiące rosyjskich żołnierzy, którzy przybyli tutaj pomóc w walce z lokalnymi przeciwnikami. Sto pięćdziesiąt lat później Rosjanie zajęli miasto bez żadnego oporu, nie pozostając oczywiście dłużnymi za masakrę sprzed półtora wieku.

W drodze do Samarkandy

Po czterech dniach pobytu na północy Uzbekistanu z ulgą wsiedliśmy do klimatyzowanego wagonu coupe, który miał nas zawieźć do Samarkandy . Dotarliśmy tam nad ranem, kiedy miasto budziło się do życia. Świeże powietrze, jeszcze nie przesiąknięte kwaśnym zapachem potu i spalin zapraszało do przechadzki. Już po pierwszych minutach pobytu uznaliśmy zgodnie, że Samarkanda zdecydowanie wyróżnia się na tle całego kraju. Centrum miasta wokół Registanu zaskakuje czystością uliczek, nowoczesnością (jak na uzbeckie warunki) budynków oraz występowaniem supermarketów z czymś na kształt "zróżnicowanego asortymentu produktów spożywczych". Oczywiście dwie ulice dalej od Registanu powraca "normalny" Uzbekistan: ze swoimi dziurawymi drogami, ledwo skleconymi stoiskami z owocami i parującymi studzienkami kanalizacyjnymi.

Trzy medresy Registanu - głównego placu Samarkandy, rywalizują między sobą o miano najpiękniejszej: medresa Ulugbeka (największego uczonego w Uzbekistanie na przestrzeni wieków), przyozdobiona mozaikami w kształcie gwiazd; medresa "lwia" - z wizerunkami lwów, które w rzeczywistości bardziej przypominają tygrysy (Islam zabrania wiernego przedstawiania żywych stworzeń) oraz stojąca pośrodku, złota medresa, której kopuła od wewnątrz pokryta jest złotymi listkami. Wszystkie one swoim dostojnym wyglądem przywołują pamięć o królestwie Timura i jego potomnych. Za Registanem na końcu ulicy Taszkienckiej znajduje się święte miejsce - wzgórze Afrosiab. Na jego zboczach rozciąga się cmentarz, zamknięty z jednej strony aleją wspaniałych mauzoleów wystawionych przez Timura i jemu współczesnych dla swoich krewnych.

Zabytki wspaniałe, ale wokół nich rzeczywistość skrzeczy. Krążący po Registanie policjant, odpowiedzialny za pilnowanie porządku i bezpieczeństwa turystów, sprzedaje w sekrecie możliwość wejścia na jeden z remontowanych minaretów. Wejście prowadzi przez plac budowy i rusztowania a sam widok nie wynagradza konieczności późniejszego odkurzenia się z pozostałości po starej budowli. Jeżeli natomiast zechcecie odwiedzić Muzeum Sztuki i Historii Samarkandy (zaznaczone wielkim "M" na nowym wydaniu mapki turystycznej) okaże się, że zostało ono zburzone, a jego zbiory przeniesione na drugi koniec miasta, do innego muzeum, w którym są wprawdzie dostępne ale w zamkniętej piwnicy.

Szahrisabz - miejsca narodzenia Timura

Częstym celem wycieczek z Samarkandy jest miasteczko Szahrisabz - miejsca narodzenia Timura. Podobno letni pałac w Szahrisabz przebijał świetnością zabytki Samarkandy. Teraz, w wyniku trzęsień ziemi została jedna wieża, z której podziwiać można miasto i okoliczne góry. Podobno Timur chciał być pochowany w mauzoleum, w swoim rodzinnym mieście ale z powodu nieprzejezdnych, zasypanych śniegiem górskich traktów nie przewieziono ciała z Samarkandy - cóż, widać, że problemy z transportem w Uzbekistanie to nie nowość.

W samych górach, oddzielających Samarkandę od Szahrisabz, rzeczywiście jest chłodniej i można przez chwilę odetchnąć świeżym powietrzem, podjadając wyśmienitego szaszłyka z baraniny w jednej z przydrożnych knajpek.

Bacpackerzy chodzą tymi samymi ścieżkami

W Uzbekistanie zdecydowanie mniej jest indywidualnych turystów niż tych podróżujących w klimatyzowanych autobusach w zorganizowanej grupie. Żyjemy jednak w globalnej wiosce, a jej turystycznym symbolem jest przewodnik Lonely Planet, który każdy "backpacker" trzyma w kieszeni i w końcu ląduje na nocleg w jednym z miejsc przez niego polecanych. Dla nas takim miejscem był guesthouse Bahodir, położony blisko Registanu. Każdego dnia przewijali się przez niego podróżnicy z całego globu: holenderscy rowerzyści w drodze do Kambodży, motocykliści z Australii oraz zwykli turyści, tacy jak my. Wieczorami wszyscy spotykali się w chłodnym patio przy jednym stole aby wymienić ciekawostki i doświadczenia. Opowieści było tyle, że można by nimi obdzielić niejedną relację: o gościnności Syryjczyków, o nagłej operacji wyrostka w Iranie, o wizycie u dentysty w Uzbekistanie, wjeździe bez pozwolenia do Tybetu i wiele, wiele innych. Podczas jednego z takich wieczorów dotarło do mnie, że po miesiącu od wyjazdu całą duszą znalazłem się w podróży. Przebywanie w gronie podróżników stało się rzeczą najnormalniejszą w świecie a największe wyzwania dnia następnego ograniczyły się do odpowiedzi na pytanie: co zwiedzić, gdzie spać i jak wyprać swoje rzeczy.

Malika zamyka interes

Ostatnie dni w Uzbekistanie postanowiliśmy spędzić w górach, niedaleko Taszkientu, aby na chwilę uciec od męczącego upału. Znalezienie taniego miejsca w górach graniczy z cudem i zastanawialiśmy się, czy ten plan w ogóle wypali, gdy tymczasem, zupełnie niespodziewanie, poprzez couchsufring otrzymaliśmy zaproszenie od Maliki na jej letni obóz języka angielskiego. Malika w młodym wieku postanowiła stanąć na własne nogi i otworzyć firmę organizującą letnie obozy dla dzieci. W Uzbekistanie to wielkie wyzwanie. W takim przedsięwzięciu połowa rzeczy funkcjonuje na granicy prawa lub w ogóle nielegalnie, bynajmniej nie z powodu zaniedbań właściciela, ale po prostu dlatego, że inaczej pewnych spraw nie da się załatwić. Gorąco dopingowaliśmy Malikę i z całego serca życzyliśmy jej sukcesu. Widzieliśmy w niej jedną z tych osób, które poprzez swój zapał i pasję małymi kroczkami mogą zmienić ten kraj. Z tym większym smutkiem przyjęliśmy wiadomość, że ten obóz jest ostatni. Ponieważ w Uzbekistanie często bardziej niż litera prawa decydują międzyludzkie układy, na Malice ciążyła nie tylko wielka odpowiedzialność, ale też ryzyko. Gdyby coś stało się dziecku bogatych rodziców, Malika zniknęłaby w ciemnej celi bez mrugnięcia okiem ze strony systemu sprawiedliwości. Szkoda, bo obóz był prowadzony z pomysłem i zaangażowaniem, nie tylko ze strony organizatorki ale też pozostałych, legalnie lub nielegalnie zatrudnionych opiekunów (w tym nas). Na tym tle szczególnie wyróżniała się pani psycholog - pieszczotliwie nazywana przez dzieciaki ciocią Ludą. Opowieści o tej nieprzeciętnej Koreance z rosyjskim paszportem, mieszkającej w Uzbekistanie, to temat na osobną relację. Jeśli chodzi o nas urządzaliśmy dzieciom popołudniowe zabawy. Największą popularnością cieszyła się gra w przekazywanie monety - ponieważ te praktycznie w Uzbekistanie nie występują.

Góry - tylko dla zwariowanych turystów

W przerwie pomiędzy pracą w formie wolontariatu wybraliśmy się w góry Chimgan. Ponieważ w Uzbekistanie chodzenie po górach jest uważane za przyjemność tylko dla zwariowanych turystów, coś takiego jak wytyczone, górskie szlaki nie istnieje. Trzymaliśmy się zatem ścieżek wydeptanych przez chłopów na osiołkach, kierując się w stronę góry, którą uznaliśmy za wystarczająco wysoką aby zaspokoić nasze ambicje. W rezultacie zdobyliśmy szczyt o nazwie Mały Chimgan (2100 m n.p.m.), czego o mało nie okupiliśmy krwawą kłótnią z powodu braku wody i niestrawności żołądkowych.

Żegnając się czule z Maliką i dziećmi przekonaliśmy się, jak mały jest świat, a losy podobnych do siebie ludzi przeplatają się w niespodziewany sposób. Wspominając na odchodnym o swoich polskich znajomych Malika zwróciła tym samym uwagę Asi. Okazało się, że ona i jej mama to osoby opisane przez Kingę w książce "Prowadził nas los", która była naszą pierwszą inspiracją na drodze do wspólnej podróży. Ten fakt spowodował, że pożegnanie było trudniejsze niż się spodziewaliśmy. Przywiązanie dzieciaków także przerosło nasze oczekiwania. Tuliły się z płaczem, co i u dorosłych wywoływało łzy wzruszenia.

I znowu upalny Taszkient

Pomimo, że to miasto od gór dzieli dystans zaledwie sześćdziesięciu kilometrów, pogoda zmienia się nie do poznania. Za pozostałe pieniądze, przeznaczone na uzbecki odcinek podróży postanowiliśmy wreszcie porządnie się umyć, wyprać ubrania i wyspać przed dwudniową trasą w platskartnym. Znaleźliśmy więc pokój w hotelu na miarę naszych oczekiwań. Na pierwszy rzut oka wydawał się nowoczesny, zadbany, słowem - wypełniał sentencję prezydenta Karimova, wypisaną w powitalnej książce: "Kierunek - sukces, rezultat - zwycięstwo!". Po dobie spędzonej w hotelu okazało się jednak, że lampki w hotelu są, ale się nie zapalają, wi-fi jest - ale chwilowo nie ma zasięgu, basen - owszem, napełniony wodą, ale filtry są zepsute, kserokopiarka w recepcji działa, ale (sic!) zabrakło papieru. Dopiero przy śniadaniu, tuż przed wymeldowaniem się z hotelu, kelner uspokoił nas: "Jogurty? A tak, jogurtów już zabrakło. Ale będą jutro..."

O autorach

Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia.

Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.

Zobacz też:

Kirgistan w serwisie Kolumber.pl

Więcej o: