Polska może zostać światowym liderem

Półtora roku po spektakularnym zwycięstwie w programie American Inventor Janusz Liberkowski na własną rękę próbuje wprowadzić do sprzedaży swój nowatorski fotelik samochodowy dla dzieci

Spotykamy się w biurze 53-letniego Janusza Liberkowskiego w San Jose, sercu Doliny Krzemowej. W deszczowy poranek centrum nowych technologii sprawia dość ponure wrażenie. Albo jednorodzinne domki z przedmieść, albo hale, albo biurowce. Niewielu ludzi na ulicach, choć w całej Dolinie według danych US Census Bureau mieszka 2,44 mln osób i buzuje tu od nowych pomysłów. Swojej fortuny dorobili się tu założyciele Google, tu siedziby mają m.in. Yahoo!, Mozzilla, Intel, Hewlett-Packard, Apple Computer, Adobe Systems, e-Bay. Przy wejściu do niewielkiego biura założonej we wrześniu firmy Anecia LLC wita kudłaty pies głównego księgowego i wspólnika. Nie da się nie zauważyć wiszących na ścianie za biurkiem 11 certyfikatów patentów, których Liberkowski jest właścicielem lub współwłaścicielem. 18 maja 2006 r. o Liberkowskim usłyszał cały świat. Stacje telewizyjne pokazywały jak ze łzami w oczach cieszy się ze zwycięstwa w konkursie American Inventor zorganizowanym przez telewizję ABC. Pokonał 12 tys. innych wynalazców konstruując Anecia Safety Capsule, Kapsułę Bezpieczeństwa Anecia. To kolisty fotelik samochodowy dla dzieci, którego wewnętrzna sfera porusza się w czasie zderzenia zamieniając energię kinetyczną na ruch obrotowy. Dziecko nie jest miażdżone przez pasy, bo całą energię zderzenia przejmuje na siebie struktura kapsuły. Po zwycięstwie w programie Liberkowski zaczął dostawać tysiące e-maili. Ludzie mu gratulowali, dziękowali, pisali, że zmienił ich życie. Jakiś Polak napisał nawet: "Najpierw był Papież, teraz jesteś ty". Telewidzów, którzy na niego głosowali przekonała niezwykła ścieżka kariery Liberkowskiego - od imigranta, który do Stanów przyjechał w 1984 r. z bardzo słabą znajomością angielskiego, po cenionego inżyniera w Dolinie Krzemowej. Od chłopaka z Nowej Soli, który w Gdańsku ukończył inżynierię środowiskową, po najlepszego wynalazcę Stanów Zjednoczonych. Ale Amerykanów poruszyła też tragedia rodzinna. Kapsułę bezpieczeństwa Liberkowski nazwał imieniem tragicznie zmarłej córki - Anety. W 1999 r. zginęła w wypadku samochodowym. Miała 21 lat. Jej chłopak, który siedział za kierownicą, popełnił samobójstwo. Liberkowski do tej pory, kiedy o tym opowiada, odwraca wzrok. Po ich śmierci chciał opracować superbezpieczny samochód, ale doszedł do wniosku, że to zbyt trudne do wprowadzenia na rynek. Rozpoczął prace nad fotelikiem. Trzy lata temu żona Danuta urodziła bliźnięta: Jasona i Marielle. Dla nich rzuciła pracę w szkole. Nie bardzo chcesz mówić, dlaczego rozwiązałeś kontrakt z firmą Evenflo, która miała wprowadzić foteliki do sprzedaży już w przyszłym roku. - Nie mogę. Na przełomie stycznia i lutego zorientowałem się, że sprawy toczą się nie w takim kierunku, w jakim chciałem, poinformowałem Disneya, który jest właścicielem ABC. Oni wsparli mnie w negocjacjach z Evenflo i wygrałem. Do końca sierpnia jeszcze pracowałem w Evenflo. Na jakim jesteś teraz etapie? - Fotelik przeszedł 2,5 mies. testów - średnio trzy testy dziennie. Trzeba było sprawdzić jak absorbuje energię, jak zbudować siodełko, na jakich łożyskach. Urządzenia testujące musiały przetrwać setki kilogramów obciążeń jakie działają na nas w czasie wypadku. Teraz potrzebuję inwestorów na 10 mln dol. W Krzemowej Dolinie rocznie powstaje średnio 3-4 tys. nowych firm. Inwestycje idą w 20-30 mld dol. - to około 40 proc. inwestycji w całych Stanach Zjednoczonych. Nie może się nie udać. W maju ubiegłego roku liczyłeś, że fotelik będzie można kupić w 2008 r. To już nie jest możliwe. - Liczę, że wejdę na rynek na początku 2009 r. Od momentu, kiedy znajdę sponsorów będę potrzebował jeszcze roku. Na nowo negocjuję też warunki z Disneyem. Wszyscy uczestnicy programu podpisali z ABC umowę, że zrzekają się praw własności do swoich patentów. Konkurs był nastawiony na to, żeby zwycięzca podpisał umowę z dużą firmą przedstawioną przez ABC, która zwycięzcy do końca życia będzie wypłacać dywidendy. Ja to teraz wszystko odkręcam. Zakładając własną firmę wykręciłem cały ten system do góry nogami. Sam? - Najlepsza na świecie firma adwokacka Wilson Sonsini Goodrich & Rosati zgodziła się na współpracę ze mną. I, co jest właśnie wspaniałe w Stanach, nie muszę im płacić. Zapłacę, jak dostanę pieniądze. Jeśli nie dostanę - nie zapłacę. Oni podejmują to ryzyko. Nigdy nie brałeś pod uwagę powrotu do Polski? - W 1991 r. przyjechałem do Polski z Polakiem i dwoma Amerykanami. Chcieliśmy robić interesy. Wtedy to był Dziki Zachód. Mnóstwo możliwości, ale nie dało się tego robić zdalnie, ze Stanów. Trzeba było być na miejscu i wszystkiego osobiście pilnować. Czyli powrót na stałe w ogóle nie wchodził w grę? - Podjęcie decyzji o emigracji było bardzo trudne. Myśmy w Gdańsku przez dziesięć lat mieszkali w kawalerce. Kiedy skończyłem 300-metrowy dom w Sopocie, mieszkaliśmy w nim tylko rok i wyjechaliśmy do Stanów. W tym wyjeździe nie było nic poza czystym buntem przeciwko systemowi. Widok czołgów z lufami wymierzonymi w Stocznię Gdańską był dla mnie szokiem. Pomyślałem sobie: "To nie jest mój kraj". Każdy wtedy mówił, że to się szybko nie skończy. A życie w takim kraju to balansowanie na krawędzi z ryzykiem, że się spadnie na jedną albo na drugą stronę, że jeden urzędnik, któremu się nie spodobamy, może zniszczyć cały dorobek naszego życia. Po siedmiu latach w Stanach mieliśmy już za sobą najgorszy okres. W Polsce znowu musielibyśmy zaczynać wszystko od zera. Po twoim zwycięstwie gazety dawały nagłówki "Polak potrafi" i pisały "Polski imigrant, który nie wstydzi się swojego pochodzenia zwycięzcą American Inventor". - Nie wiem, czego miałbym się wstydzić. Jak rozmawiam z Polonią z Europy to oni mnie zawsze pytają, jak mi się żyje jako Polakowi w Stanach. A tutaj to nie ma najmniejszego znaczenia, czy ja jestem z Polski, czy z Mozambiku. Nikt na to nie zwraca uwagi. Przyjechałem nie znając nawet angielskiego. Uczyłem się przez rok, kiedy na Wschodnim Wybrzeżu czekaliśmy na zieloną kartę. W ciągu dnia chodziłem do trzech szkół, a w nocy pracowałem. Spałeś kiedyś? - Czasami - śmieje się. - Na Wschodnim Wybrzeżu było nam łatwiej zacząć, bo tam żona ma rodzinę. Tam są miasta, gdzie przez całe życie można tylko po polsku mówić, jakby zawieszone gdzieś między Polską a Stanami. Ja powiedziałem wtedy, że jak mam tam zostać, to już wolę wrócić do Polski. I zacząłem się rozglądać za innym miejscem. Dolina Krzemowa zawsze mnie podniecała - tam ciągle coś się dzieje w sferze technologii. A poza tym jest ciepło. Zieloną kartę odebraliśmy rano, a wieczorem już byliśmy w samolocie. Nie było czasu do stracenia. Kierunek: Dolina Krzemowa. Jednocześnie pracowałeś jako inżynier i wymyślałeś patenty. - Wiele z tego, co wymyśliłem, wykorzystują firmy, w których pracowałem. Urodziłem się z krytycznym podejściem do rzeczywistości. Jak na coś patrzę, to zaraz zaczynam kombinować, jak można byłoby to rozwiązać lepiej. Jedna z firm, w których pracowałem w ciągu pierwszego tygodnia zarobiła na moim projekcie ponad 5 mln dol. To był 1998 r. Wszystkie drzwi zaczęły się przede mną otwierać. Tak z dnia na dzień? - To była wielka japońska firma produkująca urządzenia, które testują tzw. wafle z układami scalonymi. Taki wafel może kosztować dziesiątki tys. dol. Pojechałem służbowo do naszego klienta w Orlando, żeby rozwiązać pomniejszy problem techniczny i przy okazji zauważyłem, że w ich procesie technologicznym można coś gruntownie usprawnić. Wystarczy zbudować dodatkowe urządzenie. Powiedziałem kierownictwu tej firmy, że jak chcą żebym to zrobił, niech wystąpią do mojej firmy z takim zamówieniem. Mój szef stwierdził, że zwariowałem, ale dostałem ten projekt. Na jego wykonanie miałem dwa tygodnie. Pod koniec pracy, w piątek, okazało się, że nie ma materiału, a prototyp miałem oddać w poniedziałek. Siedzieliśmy z wykonawcą prototypu i zastanawialiśmy się, co zrobić. W sobotę rano poszliśmy na złomowisko. Wygrzebaliśmy co trzeba i w poniedziałek prototyp był gotowy. Nie poddajesz się, dopóki nie znajdziesz się pod ścianą. - O nie, nawet wtedy nie jest za późno. Po tym wydarzeniu, zamówienia na moje urządzenie zaczęły spływać z całego świata, a ja stałem się w firmie świętą krową. Nawet moja żona była zapraszana w moje zagraniczne delegacje - jeździłem uczyć inżynierów obsługi tego urządzenia. Dzwoniłam do ciebie wczoraj przed godz. 23 i powiedziałeś, że dopiero wróciłeś z pracy. Codziennie tak pracujesz? - Staram się być w domu około godz. 18-19, żeby dzieci położyć spać. Zwykle czytam im i opowiadam bajki na dobranoc. Wczoraj nie dałem rady. Nagle doszedłem do momentu, że znalazłem się w narożniku i nie wiem, dokąd dalej iść. Wymyślenie rozwiązań zajmuje sporo czasu. Większośc ludzi robi w życiu wszystko, żeby utrzymać komfort i stabilizację - praca, dom, rodzina - i wydaje im się, że zatrzymają go na całe życie. Wychylanie się z tej pozornej równowagi jest powodem wielkiego zamieszania i albo musimy się z tego tłumaczyć, albo walczyć. Ja nauczyłem się walczyć. W październiku byłeś w Polsce po raz pierwszy od kilkunastu lat.

- Odkąd oboje moi rodzice umarli, nie było już po co często jeździć, choć mam tam jeszcze wielu przyjaciół. Pojechałem, żeby szukać partnerów do europejskiej filii swojej firmy, której siedzibę chcę otworzyć w Polsce. Znalazłeś? - Prowadzę rozmowy. Polska bardzo się zmieniła. Choć założenie firmy ciągle trwa za długo, to mentalność ludzi się zmieniła na lepsze. Ale zauważyłem też, że Polska ciągle stara się gonić Zachód, a to nie jest dobra droga. Co masz na myśli? - Nie dogonimy Zachodu ani w elektronice, ani w innych dziedzinach, w których oni już przodują. Ale możemy ich przegonić. Na przykład pieniądze z Unii Europejskiej Polska powinna zainwestować w technologie, które w tej chwili powstają w Dolinie Krzemowej, a które zaowocują za dziesięć lat - elektronika molekularna, NEMS, inżynieria genetyczna, alternatywne źródła energii. Trzeba sięgnąć po porozrzucanych po świecie polskich profesorów, naukowców i inżynierów. Oni trzymają rękę na pulsie tego, co nowego się dzieje w technologiach. Tych profesorów trzeba by połączyć z ambitnymi naukowacami w Polsce. Stając się specjalistami w jakiejś technologii przyszłościowej moglibyśmy się stać jej światowymi liderami.

Więcej o: