Podróż busem z centrum Szczecina do Rostoku zajęła nam ok. trzech godzin. Jedzie się przyjemnie, bo prawie cała 220-kilometrowa trasa prowadzi autostradą.
Kwadrans postoju na terminalu promowym w Rostoku i wjeżdżamy na prom do duńskiego Gedser.
Po dwóch godzinach jesteśmy na duńskiej wyspie Falster. Płaska, jak prawie cała Dania, z żyznymi, pszenno-buraczanymi glebami. Cukrowni jest tu tyle, że powietrze ma czasem słodki zapach. Przed domami, z reguły z nieotynkowanej cegły, sterczą maszty z duńskimi flagami. Z Falster przejeżdżamy mostem na wysepkę Bogo, stąd kilkukilometrową groblą na wyspę Mon, jedną z 441 duńskich wysp. Ma 240 km kw. i 12 tys. mieszkańców. Zatrzymujemy się w Keldby, we wschodniej części wyspy, by obejrzeć gotycki kościół z XIII w. ze wspaniałymi freskami. Na ścianach i sklepieniach świątyni gęsto od dziesiątek scen ze Starego i Nowego Testamentu: wygnanie z raju, ucieczka Świętej Rodziny, ukrzyżowanie Jezusa. Niektóre ujęcia ujmują swoją naiwnością (wąż kuszący Adama i Ewę ma ludzką twarz i ręce), albo drastycznością - ciało Chrystusa jest pocętkowane krwawymi ranami. Freski powstawały od XIII do XV wieku. Najpóźniejsze są dziełem nieznanego artysty, przez historyków sztuki zwanego Mistrzem z Elmelunde (jego freski można też obejrzeć w dwóch innych kościołach w tej części wyspy: Elmelunde i Fanefjord). Cenne malowidła odkryto dopiero w XIX w. W XVI w., gdy Dania stała się luterańska, protestanci, przeciwni sztuce figuralnej w świątyniach, obrazkową "Biblię dla ubogich" zamalowali białą farbą.
Po kwadransie jazdy docieramy do ośrodka muzealno-dydaktycznego GeoCenter Mons Klint. Stąd drewnianym pomostem schodzimy w stronę najwyższych na Bałtyku klifów. Z oparów mgły prześwitują dziwne, poskręcane od wichrów buki - sceneria jest niesamowita. Stajemy nad urwiskiem. Brunatno-białe kredowe ściany wznoszą się na wysokość 128 m. U podnóża urwiska ciągnie się wąziutki pasek czarnej, kamienistej plaży, z płytkiej wody sterczą głazy i obalone drzewa. Schodami dochodzimy do samego morza. Kredowe skały powstały 75 mln lat temu z wapiennych szkieletów morskich stworzeń żyjących w ciepłej wodzie. Napierający z północy lodowiec wycisnął je swoim ciężarem na powierzchnię przed 20 tys. lat.
Wracamy do Geocenter Mons Klint. Przy wejściu leży jeszcze zielony dywan, po którym parę dni temu przechadzała się zaproszona na otwarcie centrum królowa duńska Jej Wysokość Małgorzata II. To muzeum godne XXI wieku. Zamiast gablot i plansz - multimedialne instalacje wyjaśniające historię klifów na Mon. Z sufitu zwisają realistycznie wykonane zwierzęta z epoki kredy, z głośników wydobywają się dźwięki, jakie być może wydawały. Prawie wszystkiego można dotknąć. W jednej z sal pod sufitem wiszą kalosze, meble dziecięce, rury łazienkowe, plastikowe pojemniki, butelki i papierowe worki - przy ich produkcji wykorzystuje się skały kredowe (godz. 10-17, wstęp 90 koron, dzieci od 3 do 11 lat - 50, parking 25, zwrot pieniędzy po okazaniu biletu do muzeum).
Nieopodal klifów znajduje się park Liselund, założony pod koniec XVIII w. przez ówczesnego prefekta wyspy Antoine'a de Bosc de la Calmette i jego żonę Lisę (stąd nazwa). Niegdyś park był dużo większy, lecz uszczupliło go morze. Płynie tam strumyk, szumi wodospad, jest jeziorko, po trawnikach chodzą dziesiątki kaczek i białych gęsi. Tymi samymi alejkami w 1829 r. przechadzał się słynny bajkopisarz Hans Christian Andersen, który w posiadłości spędzał lato. Wśród zieleni wznosi się murowany pałac (obecnie luksusowy hotel), chiński pawilon herbaciany oraz kryty strzechą skromny domek - podobno w nim Andersen zasiadał do pisania.
Z Mon jedziemy na północ, by mostem przedostać się na wyspę Zelandia. W drodze do Kopenhagi zatrzymujemy się w Roskilde, 50-tysięcznym mieście znanym z letnich festiwali rockowych. Do XV w. było stolicą Danii. Czasy chwały przypomina gotycka katedra, w której od XVI w. chowani są duńscy monarchowie (niestety, jest w remoncie i nie możemy jej zwiedzić). W pobliskim porcie oglądamy jachty i wielkie, luksusowe łodzie motorowe.
Po noclegu w Kopenhadze wybieramy się na wycieczkę statkiem po Christianhavn, starej dzielnicy portowej. Niektóre mosty są tak niskie, że nasz niewielki statek ledwo się pod nimi mieści. Dzielnica nie bez powodu nazwana jest "małym Amsterdamem". Wzdłuż kanałów pełno łódek, jachtów i barek różnej wielkości, z których część jest zamieszkana. Widziałem też pływający pomost, na którym solidne gniazdo urządził sobie łabędź. Największe wrażenie zrobił na mnie gmach Biblioteki Królewskiej wzniesiony osiem lat temu, zwany "Czarnym Diamentem" z powodu przyciemnionych szyb i koloru kamienia, którym wyłożona jest kubistyczna bryła. Ciekawy jest też XVII-wieczny budynek giełdy z długą, bogato zdobioną fasadą w stylu baroku niderlandzkiego. Natomiast kopenhaska Syrenka trochę mnie rozczarowała - myślałem, że jest większa.
Ze stolicy Danii zmierzamy prosto do Helsingor, by obejrzeć strzegący cieśniny Sund zamek Kronborg, w którym William Szekspir umieścił akcję "Hamleta" (przypomina o tym tablica na murze). Wybudował go słynny król pirat Eryk Pomorski, pochodzący z Darłowa. Koszty budowy na pewno szybko się zwróciły, bo kontrolując cieśninę, ściągał haracz od przepływających tędy kupców.
Dla miłośników wojskowości zamek to prawdziwa gratka. Ma świetnie zachowane ceglano-ziemne bastiony, od strony lądu dostępu broni szeroka fosa, stoi tu bateria wielkich zabytkowych armat. Od wyłożonych arrasami zamkowych wnętrz bardziej zaintrygowały mnie oświetlone lampami naftowymi podziemia. Zimno, ok. 8 st. Stoją tam gigantyczne murowane wanny, w których magazynowano żywność dla załogi fortecy (wstęp - 86 koron, młodzież 15-18 lat - 60, dzieci 6-14 lat - 15).
Przed nami kolejna przeprawa promem "Scandlines", tym razem do Helsingborgu, na szwedzką stronę cieśniny. Z portu, jadąc wzdłuż morza, kierujemy się na południe, do Lund. To jedno z najstarszych miast szwedzkich, obecnie ośrodek uniwersytecki. Romańska katedra z początku XII w. wygląda jak z podręcznika architektury. Dwie wieże, surowe kamienne mury, półokrągłe łuki, geometryczne bryły. Największe zainteresowanie turystów budzi kilkumetrowej wysokości zegar astronomiczny, którego najstarsze części pochodzą z 1380 r. W centrum wszechświata, zgodnie z ówczesną wiedzą umieszczono Ziemię. Gdy zegar wybija godziny, trębacze podnoszą instrumenty, a z drzwiczek wychodzą trzej królowe, by pochylić głowy przed Marią. W krypcie zobaczymy romańskie kolumny. Nad dwiema, zwanymi "kolumnami Fina", historycy sztuki głowią się do dziś. Na pierwszej widać postawnego mężczyznę obejmującego kolumnę, na drugiej - przykucniętą postać z dzieckiem na rękach. Interpretacji jest wiele, ale do tej pory nie wiadomo, kogo przedstawiają.
Wieczorem jesteśmy w Malmö, gdzie na ulicach odbywa się istne święto radości. Co chwila mijają nas ciężarówki z głośnikami, udekorowane gałązkami i balonami, wypełnione rozśpiewanymi, krzyczącymi uczniami w białych czapkach. Powiewają sztandary z nazwą klasy i imionami uczniów. Ci, którzy się nie zmieścili do ciężarówek, krążą wokół starymi samochodami osobowymi. Tak w tych stronach świętuje się koniec roku szkolnego.
Centrum miasta (275 tys. mieszkańców) jest bardzo kameralne. Na starówce prawie nie ma samochodów, ale za to pełno kwiatów. Sporo knajpek ze stolikami na powietrzu (podobno w przeliczeniu na mieszkańca jest tu najwięcej restauracji w Szwecji). Przy rynku nowoczesna rzeźba maszerujących gęsiego muzykantów - wyglądają tak raźnie, że chciałoby się do nich dołączyć.
Zaintrygowała mnie nie stara, lecz nowa architektura - ukończony w 2005 r. 45-piętrowy apartamentowiec Turning Torso projektu sławnego Hiszpana Santiago Calatravy, najwyższy budynek w Skandynawii. Pierwsze wrażenie jest takie, jakby olbrzym chwycił w ręce 190-metrowy wieżowiec i powykręcał go. Budynek składa się z dziewięciu pięciopiętrowych sześcianów. Im wyżej, tym bardziej skręca w lewo, tak że ostatni segment leży pod kątem 90 stopni w stosunku do najniższego. Ma też dwa piętra podziemne, a jego powierzchnia wynosi 27 tys. m kw. Trudno uwierzyć, że coś takiego stoi!
W ubiegłym roku ten budynek stał się miejscem spektakularnej akcji. Pewien miłośnik ekstremalnych przeżyć skoczył z helikoptera ze spadochronem na dach wieżowca, a potem z drugim spadochronem na ziemię.
Kilka kilometrów za miastem, w Lernacken, można podziwiać ukończony siedem lat temu most nad cieśniną Öresund, dzielącą Kopenhagę od Malmö. Najpierw jedziemy ośmiokilometrowym mostem, potem 4 km przez sztuczną wyspę Peberholm, kolejne 4 km podmorskim tunelem i jesteśmy w Danii. W słońcu konstrukcja prezentuje się wspaniale - cienie ożywiają betonowe filary, stalowe liny poprowadzone z pylonów układają się w kształt wysmukłych piramid. Dwa pylony mostu wznoszą się na wysokość 203 m, a odległość od lustra wody wynosi aż 57 m, tak że bezpiecznie przepłyną pod nim najwyższe statki.
Czas wracać. W Trelleborgu wsiadamy na kolejny prom "Scandlines" do Sassnitz na niemieckiej wyspie Rugia. Po trzech godzinach po prawej stronie ukazują się białe skały wyspy. Wkrótce przybijamy do portu w 10-tysięcznym Sassnitz. Stąd do Szczecina już tylko żabi skok...
Niemiecko-duńskie promy "Scandlines" kursują co dwie godziny; samochód do 6 m i 9 pasażerów: Rostock - Gedser i Helsingor - Helsingborg - 102 euro, Trelleborg - Sassnitz - 95-117, w zależności od terminu
http://www.skandia.swinoujscie.pl - rezerwacja biletów