Wielki Inka pozdrawia tłumy

Zimno, bo pora sucha daje się już we znaki. W nocy około zera, w dzień praży słońce. Dziś jednak nie ma to znaczenia. Zbliża się Inti Raymi

Juan zaciera ręce, bo wreszcie trochę zarobi. Święto Słońca jest tylko raz w roku - 24 czerwca. Z tej okazji do Cuzco, dawnej stolicy Inków, zjeżdżają tysiące turystów z całego świata. Wszyscy chcą choć na chwilę przenieść się do wielkiego imperium i obejrzeć to, co tylko bogom i najwyższym dostojnikom dane było zobaczyć. Słońce - Inti - było głównym bóstwem Inków. Jemu budowano najwspanialsze świątynie, których ściany zdobiły złote płyty. Najpiękniejszą budowlą jest Coricancha w centrum miasta. Tam znoszono dary bogom i proszono o łaski. Na świątynnych tarasach "rosły" złote i srebrne kukurydze, ziemniaki, amarantus, fasola, bób oraz inne ważne dla ludzi rośliny, "pasły się" złote i srebrne lamy, alpaki i wigonie. Dziś wznosi się tu kościół i klasztor dominikański. Dopiero po trzęsieniu ziemi w latach 50. odkryto historię tego miejsca. Z kataklizmu wyłoniły się świątynie bożków. Nietknięte.

***

Juan wkłada do koszy wielkie fioletowe ziemniaki, które upiecze w huatii - piecu specjalnie zbudowanym z suchej ziemi. Jak zwykle, zbierze całą rodzinę i pójdą do Sacsahuaman, by obejrzeć wielkie widowisko. Zabieram się z nim, bo mówi, że zobaczę za darmo to, za co "walutowi" zwykli płacić.

Święto rozpoczyna się w Coricanchy. Wielki Inka, czyli wybrany na tę okazję najpiękniejszy chłopak z Cusco, pozdrawia tłum. Jest ubrany w złoty hełm i kolorowe szaty. Dawniej władcę wnoszono na Sacsahuaman w lektyce, teraz Inka wsiada w samochód. Za nim podążą turyści, którzy zajmą honorowe miejsca na murach. My zaś przemkniemy na drugą stronę i stamtąd będziemy obserwować całe zdarzenie.

Sacsahuaman to wielka twierdza górująca nad miastem zbudowana z ogromnych ciosanych głazów. Oprócz Juana i jego rodziny inni również budują huatie z suchych kawałków ziemi. Dookoła pachnie palona ziemia i ziemniaki. Nie można się spieszyć. - Nie patrz tak na huatię . Nie poganiaj! Nie zaprzątaj sobie głowy tym, czy jest już odpowiednio nagrzana. Wszystko ma swój czas - mówi Juan, kiedy po raz kolejny pytam, czy już gotowe. Nasz ziemny piecyk zawalił się, a rozgrzane bryły ziemi przylgnęły do wsuniętych do środka kartofli.

Zapada wieczór. Robi się chłodno, a my delektujemy się pieczonymi ziemniakami. Na koniec posiłku w koszu czeka jeszcze canaso , wódka z trzciny cukrowej, która ma uchronić nas przed siłami Złego i ewentualnym zatruciem. Przed toastem dzielimy się kroplą alkoholu z Pacha Mama - Matką Ziemią.

Na polach twierdzy rozbrzmiewa muzyka. Wielki Inka poświęca lamę, która zostanie rytualnie zabita. Po naszej stronie widowni nie ma tak równo ułożonych kamieni. Mamy bardziej naturalne wybrzuszenie skalne, więc trudno mi śledzić, co dzieje się w dole na scenie. Juan sprzedaje gorące ziemniaki i głośno je zachwala, bo są naprawdę pieczone, a nie podgrzewane, jak to robią niektórzy spryciarze!

***

Zatrzymujemy się na łyk chichy , lekko alkoholizowanego napoju z kukurydzy. Pytam Juana, czy jest do tego święta (zakazanego przez 500 lat) przywiązany. Macha tylko ręką na znak, że to zbędna dyskusja, a święto jest świętem! Ot, cała filozofia. Ciągnie mnie z powrotem do miejsca, gdzie biesiaduje jego rodzina i, niezależnie od Inti Raymi, śpiewamy i tańczymy w rytm huayno . Ogniska rozświetlają wzgórze. Trwa wielki rodzinny piknik pod gołym niebem.

Więcej o: