Obywatele Grecji mówią stop sytuacji, jaką obserwują w wielu nadmorskich miejscowościach. Ich zdaniem bary plażowe i inne prywatne firmy uniemożliwiają miejscowym znalezienie wolnego miejsca do wypoczynku. W zamian za to "rezerwują" przestrzeń bogatym turystom, którzy płacą niebotyczne sumy za wypożyczenie sprzętu - np. 60 euro (około 266 zł) za dwa leżaki i parasol.
Frustracja Greków osiągnęła szczyt w czerwcu. Wówczas mieszkańcy Rodos udali się nad morze z ogromnymi banerami, skandując, że "wybrzeże należy do ludzi" i "każda plaża będzie wolna". Ich śladem poszli także protestujący na wyspie Paros, a następnie na Naxos, Krecie i w Attyce. To właśnie w ten sposób narodził się tzw. Ruch Ręczników.
Łączy nas troska o kurczenie się przestrzeni publicznej i wysiedlenie nas z plaż naszego kraju
- można przeczytać na facebookowej grupie "Ruch obywateli Paros na rzecz wolnych plaż".
Bronimy prawa obywateli i gości naszej wyspy do swobodnego dostępu do plaż, które kochamy. Greckie lato jest częścią naszej duszy, częścią naszej tożsamości: nie pozwolimy nikomu go nam odebrać
- czytamy.
Jak informuje serwis greekreporter.com, zgodnie z konstytucją prywatne plaże są w Grecji nielegalne. Akt prawny wskazuje, że "wszystkie pasy przybrzeżne są własnością państwa z gwarantowanym publicznym dostępem". Zatem co na to władze?
Minister finansów Costis Hadzidakis zaznaczył w oświadczeniu, że łamanie prawa nie będzie tolerowane. Równocześnie zapowiedział inspekcje, by upewnić się, że nadmorskie lokale przestrzegają przepisów i nie przeszkadzają w swobodnym dostępie do plaży. Z kolei prokurator Sądu Najwyższego Georgia Adeilini wszczęła śledztwo w tej sprawie. Więcej informacji na temat aktualnych wydarzeń znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl.