Chile. Podróż do Księżycowej Doliny

Przyjechaliśmy tu, żeby zobaczyć salary, gejzery, szmaragdowe laguny i księżycowe doliny, a odkryliśmy kopalnie-widma.

Jesteśmy w sercu andyjskiego płaskowyżu - niegościnnej, piaszczystej ziemi chłostanej wiatrem i palonej słońcem. Wędrówkę zaczynamy w oazie San Pedro de Atacama. Wydarte pustyni miasteczko ma 2,8 tys. mieszkańców - niemal wszyscy żyją z turystyki. Na kilkunastu zapiaszczonych uliczkach stoją domki z wysuszonej na słońcu cegły z patio i podwórzami porośniętymi zielenią. Na głównym placu można odpocząć w cieniu rozłożystego chlebowca. Sporo tu hoteli i agencji turystycznych, ale ceny są zawyżone. W San Pedro i okolicach musimy się przygotować na wszędobylskie i dręczące towarzystwo piasku. Zgrzyta w zębach, pełno go w uszach i włosach. By nie pochłonął mnie żywioł pustyni, codziennie wymiatam z pokoju hotelowego grubą warstwę piachu, która i tak za kilka godzin narośnie z powrotem.

***

Nasz pustynny chrzest to wyprawa do Valle de la Luna (Dolina Księżycowa) w Cordillera del Sal (Góry Solne) - w miejsce, gdzie nie spada nawet jedna kropla wody i nie ma żadnej formy życia. Jedziemy dżipem, a potem idziemy w głąb suchego lądu. Otaczają nas pofalowane wydmy i dziwne, wyrzeźbione przez wiatr skaliste wzgórza. Cały obszar pokrywa warstwa zaschniętej soli. Podnoszę kawałek skały, smakuję - słony. Na horyzoncie wyrasta majestatyczna bryła wulkanu Licancabur. Inkowie wspinali się na wysokość prawie 6 tys. metrów, aby złożyć ofiary na rytualnych ołtarzach w kraterze wulkanu. Podziwiam wytrwałość Inków, ale nie mam ochoty pójść ich śladami.

Jest bardzo ciepłe popołudnie. Mimo palącego słońca upał jest do zniesienia - jesteśmy na wysokości 2,5 tys. m n.p.m. Po trzech godzinach wędrówki wdrapujemy się na grzbiet najwyższej wydmy, bo zbliża się kulminacyjna część naszej wyprawy - widowiskowy zachód słońca nad Doliną Księżycową.

***

Innego dnia jedziemy zobaczyć gejzery. W zimny poranek nasz dżip podskakuje na kamienistej, krętej drodze. Wspinamy się na wysokość 4,3 tys. m n.p.m. do gejzerów El Tatio. Wraz z wysokością spada temperatura, na szczycie jest -10 st. C. Efektowne pióropusze z wody i pary strzelają w górę, niektóre nawet na wysokość 6 m. Słychać gwizdy i świsty, jakby naraz gotowały się dziesiątki czajników z wodą. Poruszamy się bardzo ostrożnie. Niepewny grunt pod nogami może się zapaść i grozi nam wpadnięcie do wrzątku. Wolimy raczej kąpiel w termalnych źródłach. Pluskając się w wodzie o temperaturze ponad 40 st., słuchamy indiańskiej legendy o powstaniu tego miejsca, którą opowiada przewodnik. Górę Tatio, na której się znajdujemy, Indianie nazwali Abuelo Grande (Wielki Dziadek). Kiedy pewnego razu ziemia zatrzęsła się i na górze pojawiły się rozpadliny i pęknięcia, z których popłynęła gorąca woda i para - Wielki Dziadek stał się Dziadkiem, Który Płacze.

***

Salar Atacama zajmuje 300 tys. ha - jeziora i laguny są największym depozytem soli w Chile. Solne jezioro przypomina surrealistyczną akwarelę: biel zaschniętej soli przeplatają pasma wodnistych zieleni, błękitów i beżów. Przy odrobinie szczęścia możemy zobaczyć flamingi - sezonowych mieszkańców jezior. Dookoła rozciąga się płaskowyż andyjski, na którym widzimy vicune (dzikie lamy) szukające pożywienia na tej jałowej ziemi. Zdumiewa ich wytrwałość - podobnie jak wielbłądy obywają się niemal bez wody.

500 km na południe od oazy San Pedro Atacama biegnie najbardziej widowiskowa trasa północnego Chile. Prowadzi z miasteczka Copiapo wzdłuż autostrady nr 31 w kierunku Argentyny. Droga przecina park narodowy Nevado Tres Cruces, mija Salar Maricunga (8 tys. ha), Lagunę Negro Francisco i łańcuszek wulkanów o białych szczytach, wśród nich najwyższy aktywny wulkan na kontynencie - siedmiotysięcznik Ojos de Salado.

***

W upale, w tumanie białego kurzu, stoimy w kaskach nad 825-metrową dziurą w ziemi. Jej brzegi znaczą dziesiątki koncentrycznie układających się dróg niknących w wielkim, zakurzonym leju. Przewodnik prosi o ostrożność - wokół wre praca. Gigantyczne ciężarówki na czterometrowych kołach zjeżdżają puste w dół, a potem powoli suną pod górę z ładunkiem rudy miedzi. Jesteśmy na terenie Chuquicamata - największej odkrywkowej kopalni miedzi na świecie. Działa od stu lat, dzień i noc - nawet godzinna przerwa oznaczałaby ogromne straty. Od 1915 r. wydobyto 1,6 bln ton rudy. Jest przetapiana w ogromnych piecach w innej części kopalni, której niestety nie można dzisiaj zwiedzić (sektor został zamknięty dla turystów ze względu na problem techniczny). Zazwyczaj da się zobaczyć halę, w której ruda jest przetapiana w piecu rozgrzanym do 1,3 tys. st. - dym widać z kosmosu.

Kopalnię można zwiedzać z przewodnikiem od poniedziałku do piątku od 14 do 16, najlepiej być godzinę wcześniej, wysokość opłaty dobrowolna

***

Przygnębiające wrażenie robi zakurzone miasteczko dla pracowników, które dzieli z kopalnią nazwę - Chuquicamata. Zostało do niej dobudowane na środku pustyni. Mieszka w nim 13 tys. osób - pracownicy i ich rodziny. Jest szpital, przychodnie lekarskie, szkoły, sklepy i supermarkety. Ernesto Che Guevara nazwał Chuquicamatę "sceną współczesnej tragedii" - gdy przyjechał tu 50 lat temu, na cmentarzu przy kopalni spoczywało 10 tys. górników.

Dotarliśmy tam taksówką zwaną colectivo , natomiast w drogę powrotną zabraliśmy się autostopem z pracownikiem kopalni, z którym wróciliśmy do miasteczka Calama (16 km od kopalni).

- Jak można tu żyć? Czy ludzie, zwłaszcza dzieci, nie chorują? - pytam. - Ja jestem zdrowy. Ale nie mamy czystego powietrza i wody, dlatego miasteczko będzie zlikwidowane w ciągu kilku lat. Tak, po wielu latach ludzie chorują, głównie na krzemienicę. Ale niedługo wszyscy przeniesiemy się do Calamy, właśnie powstaje nowa dzielnica Calama Nueva - mówi górnik.

Oddychamy z ulgą - jest nadzieja na normalniejsze życie dla górników i ich rodzin. Chuquicamata stanie się jeszcze jedną atrakcją turystyczną, miasteczkiem-widmem, jakich wiele w północnym Chile.

***

Kopalniany boom rozpoczął się na początku XIX w. Oprócz miedzi wydobywano srebro, złoto, cynę, rudy żelaza i przede wszystkim saletrę sodową, zwaną chilijską. Miasteczko Iquique (173 tys. mieszkańców) na wybrzeżu Pacyfiku jest żywym wspomnieniem tamtych czasów. Z Calamy jechaliśmy tu pięć godzin przez pustynię lokalnym autobusem 250 km na północ. Idziemy pasażem przez centrum miasta. Ulica Baquedano wygląda jak opuszczona makieta planu filmowego. Biegnące donikąd szyny, którymi transportowano saletrę z pobliskiej kopalni, nieczynna stacja kolejowa, ziejące pustką zabytkowe drewniane wille "saletrowych baronów". Po "baronach" został też elegancki gmach teatru z korynckimi kolumnami czynny od ponad stu lat i wiktoriańska wieża zegarowa. Mieszkańców miasta spotykamy w bezcłowym centrum handlowym, w porcie i na promenadzie. W muzeum oglądamy wystawę na temat kopalni saletry. W gablotach leżą bony płatnicze emitowane przez kopalniane władze - górnicy otrzymywali je w ramach zapłaty i mogli je wydawać tylko na artykuły ze sklepików kopalni. Był to niemal zawsze alkohol, dodatkowe źródło dochodu dla "saletrowych baronów". Z kilkudziesięciu kopalni saletry nie pracuje już żadna. Opuszczone miasteczka pracownicze stały się atrakcją turystyczną, pustą makietą, wspomnieniem przeszłości. Nazywa się je miasteczkami-widmami, gdyż podobnie jak statki-widma straszą pustką.

Największe z miasteczek-widm to Humberstone, 45 km na wschód od Iquique. Zachowała się w nim większość oryginalnych budynków, m.in. teatr i rynek, część z nich odrestaurowano, pozostałe straszą pustką.

***

Wyjeżdżamy stąd z mieszanymi uczuciami. Północne Chile nie należy do najbardziej gościnnych miejsc na ziemi. Pustynia i płaskowyż zdają się ostrzegać ludzi i zwierzęta: nie zbliżajcie się do nas, tutaj nie przeżyjecie - zginiecie z upału lub zimna, umrzecie z braku wody. Ta ziemia zazdrośnie strzeże swych skarbów i niechętnie ukazuje swoje piękno.

Chile w sieci

http://www.visit-chile.org

http://www.geographia.com/chile

http://www.chile-travel.com

Więcej o: