Paris, mon amour, czyli spacerkiem po zaułkach

Gdy wydeptałam w mieście własne ścieżki, Paryż mnie podbił

Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy - byłam zachwycona. Zaliczyłam wszystkie najważniejsze atrakcje: wieżę Eiffla, katedrę Notre-Dame, Ogród Luksemburski, Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny. Po raz drugi przyjechałam, żeby tu zamieszkać. I... znienawidziłam to miasto. Nie znosiłam tłoku w śmierdzącym metrze, absurdalnego ruchu ulicznego z pierwszeństwem z prawej strony na rondzie, wiecznego hałasu, tłumów pędzących turystów (niezależnie od pory roku) i rzadko uśmiechających się paryżan. Przestałam zwracać uwagę na piękno kamieniczek, urok skwerków, magię zaułków. W codziennym zabieganiu nie znajdowałam czasu, żeby pójść do Luwru czy Muzeum d'Orsay. Widok wieży Eiffla spowszedniał i przestał zachwycać. Z czasem jednak zaczęłam wydeptywać własne ścieżki i... Paryż mnie podbił.

***

Moje wyobrażenie o nim kształtowały książki opisujące paryską bohemę - "Gra w klasy" Cortazara czy "Moulin-Rouge" Pierre'a La Mure'a. Mieszkanie na poddaszu, na śniadanie świeża bagietka, a wieczorem wino na tarasie kawiarenki w grupie przyjaciół - to była dla mnie kwintesencja francuskości. I stąd chyba moja miłość do XVIII dzielnicy, w której mieszkam, tuż koło Montmartre'u, z charakterystyczną, białą kopułą bazyliki Sacré Coeur (po przytłaczającej klęsce w wojnie z Prusami w 1870 r. paryscy katolicy poprzysięgli wybudować na wzgórzu świątynię, hojnie opłacając jej budowę z własnej kieszeni).

Zaraz obok mojego domu znajduje się tajemnicze miejsce, zwane Willą Sztuki (Villa des Arts), w której tworzyli m.in. Cezanne i Signac, i gdzie, jak głosi tablica, poeta Verlaine pozował Eugene Carriere'owi. Kiedyś udało mi się wejść na teren tego skupiska pracowni, gdzie do dziś działają artyści i urządzają wernisaże. Klatka schodowa niepozornej z zewnątrz kamienicy zapiera dech w piersiach. Poczułam się tak, jakbym wkraczała w zaklęty świat: w przyćmionym świetle dwa symetryczne trakty schodów wiły się w górę niczym w pałacu, a wyrzeźbiona kobieta na wysokim podeście skłaniała do mówienia szeptem...

Takich nieopisanych w żadnym przewodniku perełek jest w Paryżu mnóstwo. Dlatego najlepiej poznawać to miasto na piechotę, spacerując niespiesznie po wąskich, bocznych uliczkach, zaglądając na podwórka, wchodząc do półprzymkniętych bram. Wtedy Paryż jawi się takim, jakim jest naprawdę: skupiskiem dwudziestu odrębnych dzielnic, z których każda ma własną atmosferę i styl, a które razem tworzą harmonijną całość.

***

Montmartre to właśnie takie miasteczko w mieście, które zachowało niepowtarzalny i jakby wciąż prowincjonalny charakter. Do wędrówek nadaje się idealnie. Ponieważ prócz żelaznych punktów, których nie sposób pominąć - jak wspomniana bazylika Sacré Coeur czy działający do dziś kabaret Moulin-Rouge (zrobił furorę w czasie belle époque ) - kryje wiele niespodzianek i smaczków, które tylko czekają na odkrywcę.

Na Wzgórze Męczenników, nazwane tak w VIII wieku na cześć św. Dionizego, pierwszego biskupa Paryża, któremu pięć wieków wcześniej ścięto tu głowę (jak głosi legenda, wziął ją następnie pod pachę i udał się na północ), lubię wspinać się cienistą ulicą Coulincourt. Gęsty szpaler drzew sprawia, że nawet wielki upał nie przeszkadza w rozkoszowaniu się spacerem. Skręcam potem w rue de l'Abreuvoir, pełną zapuszczonych ogrodów i uroczych, porośniętych bluszczem domów. Łatwo wtedy zapomnieć, że mieszkam w wielkim mieście (liczy sobie jakieś 2,2 mln mieszkańców i 7,5 mln na przedmieściach). Tym bardziej że, podchodząc do Sacré Coeur od tyłu, mijam leżące na nasłonecznionym stoku winnice, które, o dziwo, nadal produkują wino. Jakbym nagle znalazła się na wsi! Kiedyś, skręcając nieco w bok, natrafiłam przypadkiem na wielopoziomowe podwórko, na którym zainstalował się klub gry pétanque . Starsi panowie w brudnych podkoszulkach z pasją rzucali stalowymi kulami, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół...

Wracając ze spaceru do domu, często schodzę ze wzgórza stromymi schodkami, choćby tymi na rue Foyatier, ozdobionymi staromodnymi, udającymi gazowe latarniami. A czasem docieram do stromej rue Lepic, która wije się w przedziwny sposób, niemal zataczając koło. Pod numerem 54 mieszkał tu Van Gogh z bratem. Niżej na tej samej ulicy jest bar "Pod dwoma wiatrakami", w którym kręcono "Amelię". Fani tego filmu mogą odnaleźć sklep warzywny pana Collignona na jednym z maleńkich skrzyżowań na wzgórzu.

Czasem zbaczam też w stronę cmentarza Montmartre (jego drzewa widzę z mojego okna). Choć spoczywają tu słynni artyści XIX- i XX-wiecznego Paryża, nie natkniemy się na tłumy turystów, które zakłóciłyby niesamowity spokój miejsca i przeszkadzały w niespiesznym odszukiwaniu grobów Alexandra Dumasa, Stendhala, Edgara Degasa, Hectora Berlioza czy Wacława Niżyńskiego (jest też pusty grób Słowackiego, jego prochy w 1927 r. przewieziono do Krakowa).

Wieczorami umawiam się ze znajomymi w jednej z licznych kafejek przy rue des Abbesses. Pijemy wino, przegryzamy sery i chrupiemy zieloną sałatę, słuchając bluesa, jazzu lub francuskich piosenek. Prowadzimy przy tym uczone rozmowy i zaśmiewamy się do białego rana - tak jak w tych moich książkach...

***

Odrębny świat stanowi także Marais (Moczary), najmodniejsza i najbardziej szykowna dziś dzielnica Paryża. Zajmuje trójkąt (jakieś 113 hektarów) na prawym brzegu Sekwany, między Centrum Pompidou, Bastylią a placem Republiki. Swoją nazwę zawdzięcza właśnie rzece, która - zanim została uregulowana - systematycznie zalewała te tereny.

Podobnie jak na Montmartrze i tu życie toczy się swoim torem, niejako pomimo turystów. Mamy więc obowiązkowe atrakcje, tłumnie odwiedzane niezależnie od pogody, jak słynny, powstały na początku XVII w. na polecenie Henryka IV plac des Vosges (centrum królestwa, zanim dwór nie przeniósł się w 1682 r. do Wersalu) czy muzeum Picassa przy rue de Thorigny z największym na świecie zbiorem jego dzieł. A tuż obok uśpione zakątki, do których docierają tylko nieliczni.

Lubię spacerować bez celu po tej sieci nieuporządkowanych, wąskich uliczek, z których wiele zachowało średniowieczny charakter i gdzie nowoczesność żyje w harmonii z historią. Robię zaledwie kilkadziesiąt kroków, a mijam synagogę, koszerną rzeźnię, dwa bary gejowskie i kafejkę internetową. Skręcam za róg, a tam siedemnastowieczne, szykowne pałacyki. Dalej uliczki o śmiesznych nazwach, jak np. Kapuściany Most (Pont-aux-Choux) czy Niegrzeczni Chłopcy (rue des Mauvais Garçons), z lampami z kutego żelaza.

Restauracje z koszernymi pizzami, sajgonkami i sushi (przygotowywanymi - jak głoszą hebrajskie napisy przy wejściu - pod ścisłym nadzorem autorytetów religijnych), sąsiadują z gejowskimi klubami czy piekarniami sprzedającymi chlebki o erotycznych kształtach.

Żydzi zaczęli się tu osiedlać już w XIII w. Wypędzeni masowo pod koniec następnego wieku powrócili 500 lat później, kiedy dzielnica zaczęła podupadać. Zaczęto wtedy Marais uważać za getto żydowskie. W czasie drugiej wojny światowej rząd Vichy wysłał stąd 76 tys. Żydów do obozów przejściowych przed deportacją do Oświęcimia.

Teraz centrum żydowskiej dzielnicy stanowi ulica des Rosiers. Sklepy z tradycyjną żywnością - bajglami, chałkami, produktami korzennymi, macą i śledziami - stają się miejscem spotkań. W szabas ruch całkowicie zamiera.

Marais z działającymi tu blisko 400 stowarzyszeniami reprezentującymi homoseksualistów jest też uważane za centrum społeczności gejowskiej w Paryżu. Zdaniem Jean-François Chassagne'a, prezesa Narodowego Związku Zawodowego Przedsiębiorstw Gejowskich, to właśnie geje nadają dzielnicy jej niepowtarzalny styl.

- Wcześniej była tu wioska, pieniądze wszystko zmieniły - skarży się mój znajomy Jean-Pierre, z którym przeciskamy się przez tłum turystów. Jeszcze pod koniec lat 50. 1/3 budynków była bez wody, a 2/3 mieszkań bez toalety, a teraz Marais to jeden z najbardziej ekskluzywnych adresów.

Jest coś magicznego w tej tolerancyjnej dzielnicy, gdzie każdy zaułek ma swoją historię do opowiedzenia. Ja najbardziej lubię okolice średniowiecznego Hetel de Sens (rue du Figuier) - na stare lata zamieszkała tu królowa Margot, a dziś mieści bibliotekę sztuk pięknych Forney. Rozliczne klomby, kwitnące wiosną na różowo drzewa, antykwariaty i pasaże, jak choćby Wioska św. Pawła (Village St. Paul), tworzą odrębny świat łączący spokój prowincji z pięknem renesansowej architektury.

***

Gdzie jeszcze odnajduję ten specyficzny klimat stanowiący o urodzie Paryża? Na przykład nad kanałem St-Martin (X dzielnica), który przez blisko pięć kilometrów wije się wśród drzew, przepływa pod malowniczymi mostkami, łącząc Sekwanę z kanałem Ourcq i dalej z Marną. Kiedy oglądam statki czekające na otwarcie śluzy, mam wrażenie, że nad brzegami kanału czas zwalnia bieg.

Podobnie czuję się w parku Palais-Royal - choć leży tuż obok Luwru i Comédie Française, nie zagląda doń prawie żaden turysta. Zamknięty z czterech stron przez XVIII-wieczne kamienice (niegdyś mieszkali tu m.in. Jean Cocteau i Colette) parczek ten stanowi azyl zwykłych paryżan. W pogodny dzień często jedzą na ławkach obiad albo umawiają się po pracy na kawę pod arkadami otaczającymi ogród, który pamięta czasy kardynała Richelieu.

Paryż pełen jest takich trudnych do opisania romantycznych klimatów i nastrojowych zakątków, gdzie historia styka się z teraźniejszością, a prowincjonalność i spokój z wielkomiejskim gwarem. To one sprawiły, że przestałam przeklinać moment, w którym się do tego miasta sprowadziłam. Bo Paryż jest jak dobre, francuskie wino: im dłużej tu mieszkam, tym więcej ciekawych smaczków odkrywam.

Sprawdź w sieci

http://www.paris.fr - oficjalna strona merostwa Paryża, informacje o mieście i imprezach kulturalnych (także po angielsku)

http://www.parisinfo.com- biuro turystyczne Paryża (w wielu językach)

http://fr.franceguide.com- informacja turystyczna nt. Francji

http://www.francetourism.com (po angielsku)

Więcej o: