Do Lincolnshire Marcin przyjechał przed czterema laty. W Polsce zostawił żonę z siedmioletnim wtedy dzieckiem. Rodzina dojechała do niego pół roku później, kiedy już trochę się urządził i mógł zapewnić jej byt. Po dwóch latach ciężkiej pracy kupili i wyremontowali dom. - Sprzedaliśmy wszystko w Polsce i nie mamy do czego tam wracać - mówi Kasia. Wkrótce po zakończeniu budowy na świat przyszło ich drugie dziecko. - Mieliśmy problemy jak każda rodzina - przyznaje jej mąż. - Ale tutaj chcieliśmy zacząć wszystko od nowa.
W marcu ubiegłego roku Marcin stracił głowę. Co prawda tylko na chwilę, ale wystarczająco długą, żeby kompletnie zdemolować mieszkanie. - Byłem pijany. Nie panowałem nad sobą - wspomina.
- Wezwaliśmy policję tylko dlatego, że baliśmy się o niego samego. Nie mogliśmy go uspokoić, obawialiśmy, że w szale zrobi sobie krzywdę - wspomina Zbyszek, sąsiad rodziny. - Ale ani żony, ani dzieciaków nawet palcem nie tknął. Nie mógłby, choćby chciał, bo Kasia zabrała je z domu, żeby nie były świadkami awantury - dodaje.
Policja zatrzymała pijanego ojca i rozpoczęła zwykłe w takich przypadkach dochodzenie o zniszczenie mienia. Po kilku miesiącach Marcin został oczyszczony z zarzutów. W Polsce na tym prawdopodobnie sprawa by się skończyła. Ale w Anglii - wręcz przeciwnie. To był dopiero początek ich kłopotów.
Przeczytaj także o "podziemnych" polskich opiekunkach.
W Wielkiej Brytanii prawo traktowane jest poważnie, a teoria i praktyka nie chadzają różnymi ścieżkami. Jak zwykle w podobnych wypadkach, policja powiadomiła Social Service, czyli brytyjski odpowiednik pomocy społecznej, że w rodzinie źle się dzieje. Już w kilka dni po awanturze do ich drzwi po raz pierwszy zapukali urzędnicy. Chcieli zobaczyć dzieci i porozmawiać z ich matką. - Kasia nie utrudniała. Wyjaśniła, że to chwilowe problemy rodzinne i że chcemy poradzić sobie z nimi sami. Myśleliśmy, że to załatwi sprawę. Ale okazało się, że będzie odwrotnie, ta sprawa załatwi nas - mówi jej mąż.
Na czas dochodzenia sąd prewencyjnie zakazał Marcinowi jakichkolwiek kontaktów z żoną i dziećmi. Wakat po głowie rodziny niedługo jednak został pusty. Zajęli go urzędnicy z Social Service, którzy odtąd objęli częściową opieką dzieci. Od razu przeprowadzono też szczegółowy wywiad środowiskowy. Rozmawiano z sąsiadami, nauczycielami ich córki i nią samą.
W połowie lipca sąd uwolnił Marcina od zarzutu zniszczenia mienia i zniósł mu zakaz widywania się z rodziną. Mimo to urzędnicy zdania o nim nie zmienili. Wystosowali do Kasi list, prosząc by dla dobra swoich pociech nie dopuszczała do ich kontaktu z ojcem. W przeciwnym wypadku - jak ją ostrzeżono - władze mogą zabrać jej dzieci dla ich własnego dobra.
- Tęskniłem za żoną i dziećmi - wspomina ojciec.
To przecież głupie i nieludzkie, żebym nie mógł mieszkać we własnym domu. Przez jakiś czas ukrywałem się więc przed sąsiadami. Miałem dosyć konfliktów z prawem i nie chciałem narażać bliskich na niepotrzebny stres. Myślałem, że w końcu ta sprawa jakoś przyschnie.
W październiku stało się jasne, że tak nie będzie. Odkryto, że ojciec w domu bywa i wtedy wypadki potoczyły się już błyskawicznie. - Zmarł mój tato i musieliśmy pojechać do Polski na pogrzeb - wspomina Kasia. - Wyjechaliśmy z dnia na dzień i dzieci chciały zostać tam kilka dni dłużej. Zgodziliśmy się i wróciliśmy bez nich.
Wystarczyło kilka dni nieobecności starszego dziecka w szkole, aby do drzwi zastukała policja. Gdy okazało się, że dzieci nie ma w domu, służby zareagowały zgodnie z procedurą, w którą obydwoje rodzice nie mogli uwierzyć. Marcin został aresztowany, a dom przeszukany. Zabrano im telefony komórkowe, twarde dyski komputerów, laptopy, karty płatnicze - wszystko, co mogło zawierać dane adresowe. Następnie policja rozpoczęła sprawdzanie, czy rodzice nie ukryli dzieci u któregoś ze swoich znajomych.
Na przesłuchaniu usłyszałem, że mogę być oskarżony nawet o zabójstwo własnych dzieci! Nic z tego nie rozumiałem. Byłem w szoku.
Dopiero kilka dni później cokolwiek się wyjaśniło. Rodzice otrzymali zawiadomienie z sądu, że oto ruszyła sprawa sądowa o odebranie im dzieci i umieszczenie ich w specjalnym ośrodku wychowawczym. Powód: ojciec stanowi dla nich zagrożenie, a matka jest przez niego zastraszona i nie chce współpracować z lokalnymi władzami. W ślad za pierwszą ruszyła i druga sprawa - tym razem przeciw ojcu, któremu zarzucono uprowadzenie swoich dzieci za granicę.
Czy to w ogóle możliwe? Czy rodzic może porwać własne dzieci? W Wielkiej Brytanii - tak. Jeśli władze lokalne otrzymają sygnał o możliwej przemocy w rodzinie, sprawę traktują poważnie i starają się przejąć kontrolę nad zagrożonymi nieletnimi. Wobec jakichkolwiek utrudnień ze strony rodziców, nie przebierają w środkach. W tej sytuacji to przecież właśnie matka i ojciec są dla dzieci najpoważniejszym zagrożeniem.
Przeczytaj także "Positive parenting" czyli wychowywanie samą miłością.
Dowiedziawszy się, że dzieci nie ma w UK, władze przyspieszyły procedurę. Policja nie uwierzyła na słowo rodzicom, zwróciła się o pomoc do polskiej policji, a gdy to nie pomogło - do Interpolu.
- To po prostu chore - mówi zdruzgotany ojciec.
Mnie traktuje się jak kryminalistę, dzieci szuka międzynarodowa policja, a wszystko tylko dlatego, że chcieliśmy sami poradzić sobie z własnymi problemami!
- Mnie traktuje się jak kryminalistę, dzieci szuka międzynarodowa policja, a wszystko tylko dlatego, że chcieliśmy sami poradzić sobie z własnymi problemami!
- Nie mamy prawa wymagać od władz brytyjskich, aby traktowały nas inaczej niż własnych obywateli. Mieszkając w Wielkiej Brytanii musimy przestrzegać obowiązującego tutaj prawa i podporządkowywać się wyrokom sądów - mówi Szymon Białek, wicekonsul w konsulacie RP w Manchesterze. - Aż prosi się dodać, że nawet wtedy, gdy nie do końca te wyroki rozumiemy.
- A to zdarza się i będzie zdarzać często - przewiduje Michał Wiencek z Euro Lex Partners, londyńskiej kancelarii prawnej obsługującej Polaków. - Bo polskie i brytyjskie prawo to dwa zupełnie inne systemy. W naszym kraju sąd orzeka w oparciu o bardzo szczegółowy kodeks, mówiący nie tylko co wolno, a czego nie, ale również jaka grozi za to kara. Sędziowie w Wielkiej Brytanii orzekają głównie na podstawie innych orzeczeń wydanych w przeszłości, a dotyczących podobnych spraw. W praktyce skutek jest taki, że gdy prawo zaczyna nas dotyczyć, często kompletnie go nie rozumiemy i nawet nie potrafimy sobie wyobrazić skutków i konsekwencji własnych działań.
Sprawa Marcina, Kasi i ich dzieci znalazła rozwiązanie w ostatnich dniach. Odstąpiono od oskarżenia o uprowadzenie dzieci i odwołano ich poszukiwania przez międzynarodową policję. Jeśli jednak pojawią się na terenie UK, nie ma cienia złudzeń, że sąd znów będzie chciał zabrać je rodzicom.
- My nie mamy po co wracać do kraju, a nasze dzieci nie mogą przyjechać tutaj - żalą się rodzice. - Nasza rodzina jest rozbita i wciąż nie możemy pojąć, że według brytyjskich władz stało się to "dla dobra dzieci".
Tekst z serwisu