Pokonany przez bogów - jak nie zdobyłem Olimpu

To stąd bogowie spoglądali na ziemię, sącząc nektar i zajadając się ambrozją

Pierwszy raz zobaczyłem go latem 1987 r., kiedy jako nastoletni chłopak byłem z rodzicami na kempingu w popularnej wówczas wśród Polaków miejscowości Litochoro. Stałem na plaży i godzinami wpatrywałem się w majestatyczny szczyt Olimpu dumnie sięgający chmur. To wtedy postanowiłem: muszę tam wejść. Kiedy znowu znalazłem się w Grecji w odwiedzinach u Andrzeja, kolegi ze szkolnych lat, gorąco namawiałem go na wyjazd w okolice Olimpu. Nie było łatwo go przekonać - mój przyjaciel najbardziej lubi oglądać góry... z nizin. W końcu pojechaliśmy. Ja miałem wejść na Olimp, on - opalać się na plaży.

W piątek po południu wyruszyliśmy z Aten na północ. Przez najbliższe dwa dni auto Andrzeja miało być naszym domem na kółkach - ustaliliśmy, że będziemy spać w samochodzie. Pierwszego dnia zwiedziliśmy wspaniałe klasztory Meteorów w centralnej Grecji, a wieczorem podjechaliśmy w okolice Katerini, niedaleko Olimpu. Na noc zatrzymaliśmy się na parkingu blisko plaży. Z kąpieli nic nie wyszło - październikowa noc była bardzo chłodna, a na dodatek zerwał się silny wiatr.

***

Olimp - najwyższa i najbardziej monumentalna z greckich gór - nie jest pojedynczym szczytem, na jaki wygląda, gdy patrzy się nań z oddali. To masyw górski składający się z kilku wierzchołków. Najwyższy - Mitikas - ma 2917 m n.p.m., inne szczyty to: Skolio (2911 m), Stefani, zwany też Tronem Zeusa (2909 m), Skala (2866 m), Ajos Antonios (2815 m) i Prorok Ilias (2786 m). Całe pasmo leży między dolinami rzek Pinios i Aliakmon, kilkanaście kilometrów od wybrzeża Zatoki Salonickiej, dzięki czemu Olimp wydaje się wyższy, niż jest w rzeczywistości. Ma się wrażenie, że góra wyrasta prosto z morza. W myśl greckiej mitologii Mitikas był siedzibą całego panteonu bogów, którym przewodził brodaty Zeus. To właśnie stąd te nadprzyrodzone istoty spoglądały na ziemię, sącząc nektar i zajadając się ambrozją - mitologicznym pokarmem zapewniającym nieśmiertelność i wieczną młodość. Masyw Olimpu jest prawdziwą oazą przyrody. Górskie zbocza porastają gęste lasy, liściaste na dole, potem przechodzące w mieszane, najwyżej - iglaste. Występuje tu wiele roślin, nieznanych w innych częściach Grecji. Żyją dzikie zwierzęta, m.in. jelenie i górskie kozice. Cały masyw już w 1973 r. stał się parkiem narodowym Olymbos (grecka nazwa Olimpu).

***

W nocy obudził nas deszcz. Kiedy wstaliśmy o 5 (na Olimp najlepiej wchodzić z samego rana - około południa szczyt pokrywają gęste chmury), pogoda była trochę lepsza. Nie padało, ale niebo pokrywały kłębiaste, szare cumulusy. Każdy, kto chce zdobyć górę bogów, ma do wyboru dwie drogi - szlak z Agios Dionisiou lub z Priónii. Wcześniej jednak należy minąć miasteczko Litochoro. Kilkanaście kilometrów za nim znajdują się pozostałości klasztoru Agios Dionisiou, który w 1943 r. spalili Niemcy za ukrywanie w nim partyzantów. Stąd północnymi zboczami masywu prowadzi malownicza droga na sam szczyt Mitikasu, ale ponieważ jest dłuższa od szlaku z Priónii, wybrałem tę drugą. Minęliśmy pozostałości klasztoru i pojechaliśmy dalej krętą drogą ok. 5 km w górę. W końcu dotarliśmy do małego wodospadu (za snack-barem Zeus) i źródełka rzeki Priónii, skąd zaczyna się szlak. - Pamiętaj, że masz tu być przed 18, dziś musimy wrócić do Aten - upominał mnie na pożegnanie Andrzej.

Zarzuciłem na ramiona mały plecak z prowiantem i ruszyłem w górę. Po 20 min zaczęło padać, potem nagle zerwała się prawdziwa ulewa. Ścieżkę momentalnie pokryła błotnista maź. "Zaraz przejdzie" - pocieszałem się w duchu, i przyspieszyłem kroku. Ale nie przestało, więc schroniłem się pod kępą kasztanów. Po chwili usłyszałem ludzkie głosy. Okazało się, że to para Niemców i Szwajcar, którzy postanowili zawrócić ze szlaku. - Spróbujemy jutro albo pojutrze, jak będzie lepsza pogoda. "Szkoda, że ja nie mam takiej szansy" - pomyślałem. Po mniej więcej półgodzinie przestało padać i z radością ruszyłem dalej. Mój zapał ostudziły kolejne krople deszczu... I tak było przez następne trzy godziny: 15-20 min marszu i tyle samo koczowania pod drzewami. Sytuacja powtarzała się jak w kalejdoskopie, tyle tylko że moje ubranie i buty były coraz bardziej mokre, a w dodatku robiło się coraz zimniej. Po blisko 4,5 godz. (w normalnych warunkach trasa ta zajmuje ok. 2,5 godz.) doszedłem do schroniska Spilios Agapitios (popularnie nazywanego schroniskiem A). Usiadłem pod zadaszoną werandą i wyciągnąłem kanapki. Natychmiast pojawił się właściciel i zażądał zapłaty za spożywanie własnego prowiantu! - Taki tu jest zwyczaj: albo kupujesz u mnie w barze, albo płacisz za to, że możesz tu zjeść - tłumaczył mi ponury typ. Wściekły (nie wiem, czy bardziej na pogodę, czy na właściciela schroniska) w końcu dałem za wygraną i zapłaciłem. Jadłem z rozkoszą, ale powoli dochodziło do mnie, że pora zawrócić. Droga w dół zajęła mi 2,5 godz., po drodze zaliczyłem kilka upadków. Kiedy pojawiłem się na dole cały w błocie, Andrzej ryknął śmiechem. Obolały, przemoczony do suchej nitki, a przede wszystkim upokorzony przez złośliwych bogów, pilnie strzegących swych włości na szczycie, wsiadłem do samochodu i do samych Aten nie odezwałem się ani razu. Cóż, podobno do trzech razy sztuka - czekam tylko na sposobność, by znowu zmierzyć się z Olimpem. Tym razem musi się udać!

Więcej o: