Pocztówka z Japonii. W stolicy szogunów

Kamakura to niewielkie miasto nad Pacyfikiem. Kilkadziesiąt kilometrów od Tokio, a zupełnie inny świat...

Kamienne schody czerwonego pawilonu opadają stromym zboczem w dół, gdzie witają nas dwa granitowe lwy sprzed setek lat wyszlifowane deszczem, wiatrem i słońcem. Nieduży plac w pięknym parku ze stawem i malowniczą, pełną białych sztandarów wysepką zabudowany jest świątyniami (chramami) shinto - Tsurugaoka Hachimangu (Hachimangu to imię boga wojny). Z przeciwnej strony prowadzi do nich ulica zaprojektowana w bardzo specyficzny sposób jeszcze przez szoguna - na samym końcu szersza, stopniowo zwęża się w stronę chramu. Stojąc na jej szerszym końcu, odnosi się wrażenie, że mamy jeszcze bardzo daleką drogę - zamierzeniem było wywołanie respektu wobec władcy. Zamyka ją łukowaty cesarski most i czerwona brama shinto.

W chramie, gdzie nie spojrzeć, stoją donice z kwitnącymi chryzantemami. W środku pawilon Maiden, gdzie odbywają się obchody święta z okazji urodzin cesarza. Przy bocznej świątyni panuje największy ruch. Mężczyźni w eleganckich ciemnych garniturach, kobiety w odświętnych kimonach lub yukata (kimono z bawełny), dzieci w kolorowych narodowych strojach. Wchodząc do świątyni, zdejmują buty, a mokre parasolki wstawiają do drewnianych pojemników.

Mży jak zwykle w tym wyspiarskim kraju między Morzem Japońskim a Pacyfikiem (pojemniki i maszyny do pakowania mokrych parasolek stoją w każdym większym sklepie). Oglądając filmy, zdjęcia lub stare ryciny z Japonii często widziałem na nich parasolki. Byłem przekonany, że to taki wyspiarski szyk. A tymczasem obowiązuje tu (jak w Anglii) zasada: parasol noś nawet przy pogodzie, bo jeśli jeszcze nie padało, to zaraz będzie.

Kamakura to niewielkie miasto nad Pacyfikiem, niedaleko Tokio. Kilkadziesiąt kilometrów, a zupełnie inny świat. Małe, często drewniane domy starego centrum zachowały tradycyjny charakter. W wielu z nich lokalni rzemieślnicy produkują orientalne wyroby. Wałęsając się wąskimi uliczkami, trafiliśmy do malutkiej rodzinnej wytwórni porcelany zasypanej glinianym pyłem. Czego tam nie było! Czajniczki do parzenia herbaty w dziesiątkach boskich kształtów i kolorów, filiżanki, kubeczki i naczynia, małe porcelanowe lalki, stosy pojemników i pojemniczków. Widząc nasze zdumienie i zachwyt, gospodarze uśmiechali się przyjaźnie. Dzisiaj herbatę parzymy w porcelanie tam kupionej i pijemy z niej (wycyganiłem jeszcze małą rzeźbioną pieczątkę z gliny do ozdabiania farbą naczyń).

Kompleksy świątynne, chramy shinto i potężny 11-metrowy, ważący 500 ton Daibutsu (Wielki Budda z 1252 r.) z brązu ściągają do Kamakury rzesze turystów. Mimo to ciągle panuje tu prowincjonalna, spokojna atmosfera. A przecież w XII w. po rozgromieniu floty Tairów Yoritomo Minamoto, uciekając od intryg dworu cesarskiego w Kioto i pragnąc przeciwstawić się jego dekadencji, właśnie w Kamakurze stworzył ośrodek administracji wojskowej i politycznej. Powstaje tu stolica szogunów, stąd i nazwa trwającego dwa wieki okresu historycznego - Kamakura. Po kilku latach, w 1192 r., Yoritomo otrzymuje tytuł Sie-i-tai-Shoguna, naczelnego generała, a co za tym idzie, faktycznie sprawuje władzę w feudalnym państwie.

Podczas okresu Kamakura, który upłynął pod znakiem bushido - kodeksu samurajów - dosyć silne były wpływy chińskie. Z tego okresu pochodzi sławna nazwa "Kamikaze" (Boski Wiatr) nadana tajfunowi, który rozpętał się w czasie drugiego najazdu Mongołów na Japonię w 1281 r., a który przyczynił się w znacznym stopniu do rozbicia niezwyciężonej flotylli Kubilaj-chana i ocalenia Japonii przed inwazją wroga. Natomiast wojny z Mongołami na tyle osłabiły rządy szogunów, że w 1333 r. imperator Go-Daigo był w stanie przywrócić imperialną władzę i obalić Szogunat Kamakura.

Dzisiaj pamiętające tamte czasy kamienne lwy chramu shinto przyglądają się, jak w sąsiadującym ze świątynią pawilonie dziewczyna w pięknym kimonie podaje nam drewnianą podłużną szkatułkę. Kiedy nią potrząsamy, rozlega się stukot dziesiątków magicznych patyczków. Jeden wypada przez niewielki otwór w dnie pudełka. Oddajemy go, trzymając w obu dłoniach, miłej Japonce, która przyporządkowuje go jednej z dziesiątek małych szufladek w ścianie pawilonu. Otwiera ją i podaje nam niewielki zwitek papieru z wróżbą napisaną japońskimi znakami (z tłumaczeniem na angielski). Wierzyć, nie wierzyć? Wierzyć trzeba, ale losowi też można pomóc. Zwłaszcza jeśli życzy nam dobrze.

PS Co roku między 14 a 16 września w chramie Tsurugaoka Hachimangu odbywa się festiwal Yabusame, a na nim m.in. pokaz umiejętności łuczników na koniach - w pełnym galopie strzelają do drewnianych tarcz umieszczonych w odległości ok. 70 m. Tylko najlepsi potrafią trafić do trzech tarcz, każde trafienie wywołuje aplauz publiczności. W Yabusame bierze udział 21 jeźdźców. Na przedzie jadą ubrani w stroje samurajskie z okresu Kamakura, pozostali - z okresu Edo. Piękne, warte obejrzenia widowisko.

W sieci

http://www.kamakuratoday.com/e

http://kamakurarestaurant.com

Więcej o: