List z przeszłości. Słoń pod choinką

Choć parę dni podróżowała na dachach autobusów, do Delhi dojechała świeża i pachnąca

Nierzadko z końcem podróży kończą się pieniądze. Bywało tak i w czasie moich wyjazdów do Indii. Trzeba było spać na dworcach, pić tylko wodę i jeść raz dziennie. W 1985 r. nie było aż tak źle, ale postanowiliśmy zaoszczędzić na hotelu. Po powrocie do Delhi z Indii Środkowych odwiedziliśmy Polkę, której adres dostaliśmy w kraju. Liczyliśmy przede wszystkim na ciekawe spotkanie, a po cichu na nocleg. Pani Ala żyła tu od wielu lat z dwojgiem śniadolicych dzieci w wynajętej części sporej willi w Hauz Khas, daleko od centrum. Z łatwością zmieściły się na noc jeszcze dwie osoby, to znaczy my. Przynieśliśmy oczywiście kwiaty. Na kolację zjedliśmy wyśmienitą duszoną koźlinę z ryżem i warzywami, piliśmy pyszną herbatę z kardamonem. Pani domu była ubrana po domowemu, czyli w sari. Przenocowaliśmy, a nazajutrz pod wieczór pojechaliśmy pociągiem do Hardwaru, zaś potem pierwszym rannym autobusem do Rishikesh.

Piękna podgórska miejscowość nad Gangesem przywitała nas czystym, rześkim powietrzem. Rishikesh to dawne religijno-kultowe miejsce, do którego docierali w latach 70. hipisi spragnieni nauk świątobliwych guru. Zwiedziwszy miasteczko i okolicę, pojechaliśmy w wysokie góry, z których bierze początek Ganges.

Zatrzymaliśmy się w Gwaldam. Spacerując po obrzeżach miasteczka, trafiliśmy nad strome urwisko, z najwspanialszym widokiem na indyjską część Himalajów, a przede wszystkim na trójkątny, ośnieżony szczyt Trisul. Widok zasłaniały trochę wierzchołki świerków - bliskie na wyciągnięcie dłoni. Uprzytomniliśmy sobie, że jest grudzień i do Wigilii zostały dwa tygodnie. Wystarczyłoby ściąć wierzchołek świerka i zawieźć go naszej polskiej gospodyni... I tak zrobiliśmy.

Przez parę dni targaliśmy dwumetrową choinkę, przewożąc ją na dachach autobusów. Przyglądano się nam nie tylko z zainteresowaniem, ale i z dziwnym uśmiechem. W Delhi wkroczyliśmy do pani Ali z ciągle świeżą i pachnącą choinką. Ona miała łzy w oczach, a my nawet nie mieliśmy czasu na rozmowę (samolot do Polski odlatywał za kilka godzin). Na pożegnanie wręczyła nam dwa małe słonie pokryte kolorowymi szkiełkami.

Nie wiem, ile choinek z zapalonymi świeczkami stało tamtego roku w Delhi. Ale u pani Ali była na pewno jedna. Ja natomiast od 20 lat stawiam pod moją choinką kolorowego, indyjskiego słonika.

Więcej o: