"Wierzę, że przy odpowiedniej władzy nastanie dla mnie czas na powrót". Polonia idzie na wybory

Polacy mieszkający za granicą nie planują biernie patrzeć na to, co dzieje się w ich ojczyźnie. 15 października Polonia ruszy do urn wyborczych, aby zdecydować o przyszłości Polski. I choć nie ma pewności, czy ich głosy zostaną policzone, robią wszystko, żeby tak się stało. "Wierzę, że przy odpowiedniej władzy nastanie dla mnie czas na powrót" - zaznacza Dominika.

Więcej wiadomości przeczytasz na Gazeta.pl.

Teoretycznie Polacy, którzy mieszkają za granicą, bez problemu mogą wziąć udział w wyborach do Sejmu i Senatu. Prawo do głosowania ma każdy polski obywatel, który najpóźniej w dniu głosowania skończy 18 lat, nie został pozbawiony praw publicznych prawomocnym orzeczeniem sądu, ubezwłasnowolniony prawomocnym orzeczeniem sądu lub pozbawiony praw wyborczych prawomocnym orzeczeniem Trybunału Stanu. Wystarczy złożyć wniosek o ujęcie w spisie wyborców odpowiadającemu danemu terytorium konsula, a potem udać się do urn wyborczych. No właśnie - tak wygląda teoria. Jak jest w praktyce?

Zobacz wideo Maja Ostaszewska o podziałach. "Dla niektórych to opłacalne politycznie, podgrzewają ten temat"

Polonia idzie na wybory. "Rośnie we mnie złość"

Polacy, którzy głosują za granicą, boją się, że przez połączenie wyborów z referendum ich głosy nie zostaną wzięte pod uwagę. Komisja ma 24 godziny na podliczenie głosów. Jeśli nie zdąży, za nieważne zostaną uznane wszystkie w niej oddane. - Uważam, że jest to jawne oszukiwanie obywateli. Wciąż mówi się o tym, że wielu Polaków chciałoby wrócić do kraju. Rząd podkreśla, że chce im to umożliwić, jednocześnie pozbawiając ich wyboru w tak ważnej kwestii. Co z tego, że oddam głos, jeżeli komisja może nie zdążyć ich policzyć? A może właśnie głosy znajdujące się w tej komisji byłyby decydujące? - pyta Dominika, która mieszka w Dublinie.

Jak zauważa, ta sytuacja zniechęciła wiele osób do głosowania. - Skoro ktoś ma jechać do komisji wyborczej dwie godziny i ma świadomość, że jego głos i tak może być nieważny, to pojawia się myśl: "Po co w sumie jechać i głosować? Jakie to ma znaczenie?". Wielu moich znajomych zrezygnowało z tego powodu. Rośnie we mnie jedynie złość, bo robi się z nas obywateli drugiej kategorii - zaznacza. 

Jak zauważa Gazeta Wyborcza, chociaż przez wiele lat partia rządząca uzyskiwała znaczące poparcie Polonii, po wyborach do Sejmu i Senatu w 2019 r. wypadła z łask. Większość głosów oddanych za granicą zdobyli kandydaci opozycyjni. Prawo i Sprawiedliwość uzyskało wtedy 43 proc. głosów, Koalicja Obywatelska - 27 proc., SLD - 12 proc., PSL - 8,5 proc., Konfederacja - niecałe 7 procent.

Wiele osób dopatruje się w obecnych przepisach celowej dyskryminacji. - To bardzo dyskryminujące dla całej Polonii. Powoduje poczucie, że osoby mieszkające i głosujące za granicą są gorzej traktowane, a co za tym idzie, ich głosy są "gorsze". To po prostu niesprawiedliwe. Z pewnością to celowy zabieg, który ma na celu zniechęcić osoby za granicą do głosowania i utrudnić osobom pracującym w komisjach ich pracę - podkreśla Mateusz Czyczerski z Kolonii.

Dzięki presji środowisk polonijnych na Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w 92 państwach wyznaczono 402 obwody głosowania. To o 82 więcej w porównaniu do wyborów parlamentarnych z 2019 roku. Najwięcej obwodowych komisji wyborczych powstanie w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Niemczech. To właśnie tam przebywa największa liczba Polaków i istnieje największe ryzyko, że ich głosy oddane za granicą nie zostaną policzone w ciągu 24 godzin. 

"Czuję się Polką"

Dla Dominiki udział w wyborach jest bardzo ważny. Jak podkreśla, czuje się Polką i to właśnie w Polsce przyszła na świat. W Dublinie mieszka od 10 lat, ale emigracja nie była jej decyzją. Wyjechała z mamą, jeszcze jako nastolatka. - Wierzę, że przy odpowiedniej władzy nastanie dla mnie czas na powrót - zaznacza. Jej tata i babcia zostali w kraju. Dominika zdaje sobie sprawę, że jej głos wiele dla nich znaczy. - Babcia prawie płakała ze szczęścia do słuchawki, jak usłyszała, że się zarejestrowałam na wybory. Najbliższy punkt wyborczy mam ponad półtorej godziny jazdy od domu. Moja mama leci specjalnie do Polski, żeby w tych wyborach zagłosować. Mimo pobytu za granica dalej jesteśmy świadome, że kwestia Polski nas dotyka i będzie zawsze dotykać. W końcu stamtąd jesteśmy - mówi.

Mateusz jest aktywistą. Działa w Kolonii na rzecz Polonii, a szczególnie na rzecz Polonii queerowej.  -Współpracuję z inicjatywami i organizacjami polonijnymi oraz mam kontakt z osobami konsularnymi w Kolońskim Konsulacie PR. Sam angażuje się w wybory, będąc członkiem jednej z komisji wyborczych w Kolonii. Dzięki temu mogę dzielić się wiedzą z Polonią na temat wyborów i pomagać im we wszystkich aspektach związanych ze zbliżającymi się wyborami. Największa trudność dla Polonii polega na braku informacji lub na tym, że informacje na temat procesu wyborczego za granicą nie docierają do sporej ilości osób lub nie są do końca jasne - tłumaczy.

Zaznacza, że jest osobą queer, która wyjechała z kraju m.in. z powodu homofobii. - Dla mnie szczególnie ważne jest, aby wziąć udział w wyborach. Mimo że mieszkam poza miejscem urodzenia i poza granicami kraju, wciąż mam polską tożsamość, a sprawy Polski są dla mnie ważne. W Polsce pozostała cała moja rodzina, którą w miarę możliwości staram się odwiedzać, a przede wszystkim nadal mieszka sporo moich znajomych i przyjaciół, które również są osobami queer i wciąż borykają się z wieloma problemami, z którymi ja nie muszę się już na co dzień borykać - mówi.

Na koniec dodaje, że "osoby żyjące w Polsce zasługują, aby żyć w wolnym, demokratycznym kraju, który wspiera wartości wspólnoty europejskiej, jest nowoczesny i postępowy. Aktualna władza niestety kieruje krajem w przeciwnym kierunku, dlatego udział w wyborach jest kluczowy, aby zawrócić ten kierunek na tory demokratyczne".

Więcej o: