Koszalin. "Płonące ptaki", Adam Słodowy i pionierzy na Ziemiach Odzyskanych. "Czuję się kontynuatorem ich dzieła"

Co wspólnego ma Koszalin z Dzikim Zachodem? Czy to prawda, że pierwsi koszalinianie pochodzą z Gniezna? I dlaczego o pewnych dożynkach wciąż się pamięta? Po swoim mieście oprowadzi nas Wojciech Grobelski, wiceprezes Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina.

Polska to nie tylko duże, cieszące się popularnością miasta. To także wiele mniejszych miejscowości, które potrafią zachwycić nie mniej niż te najsłynniejsze. Poprosiliśmy ich mieszkańców i osoby, dla których są to miasta rodzinne, by wam o nich opowiedziały. Tak powstał cykl "Stąd jestem", na którego kolejne odcinki zapraszamy was w sobotę co dwa tygodnie o godzinie 19.

NAZWA: Koszalin

LOKALIZACJA: województwo zachodniopomorskie, drugie co do wielkości miasto na Pomorzu Zachodnim. Położone na Pobrzeżu Koszalińskim, nad rzeką Dzierżęcinką, nad jeziorami: Jamno i Lubiatowo Północne

ISTNIEJE OD: biskup Herman von Gleichen lokował miasto na prawie lubeckim w 1266 roku

ZNAKI SZCZEGÓLNE: Koszalin nazywany jest miastem pomiędzy morzem a jeziorami, a także kulturalną stolicą regionu. Miasto może poszczycić się największym zadaszonym w Polsce amfiteatrem, który mieści na widowni ok. pięć tysięcy osób. Co roku w Koszalinie odbywa się wiele imprez czy filmowych festiwali. Najbardziej znanym jest Festiwal Filmowy "Młodzi i Film". Przez osiem lat mieszkał tu Adam Słodowy, który robił furorę, jeżdżąc po mieście skonstruowanym przez siebie trójkołowym cabrioletem.

– Koszalin jest moim rodzinnym miastem. Trudno nie kochać swojego miejsca urodzenia. Wrosłem tutaj polskimi korzeniami – opowiada dr Wojciech Grobelski, emerytowany podpułkownik Straży Granicznej w rezerwie. Kierownik Muzeum Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie i wiceprezes Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina.

Dr Wojciech Grobelski w przedwojennym mundurze oficera Korpusu Ochrony Pogranicza wraz z żoną Barbarą podczas jednej z licznych inscenizacji historycznychDr Wojciech Grobelski w przedwojennym mundurze oficera Korpusu Ochrony Pogranicza wraz z żoną Barbarą podczas jednej z licznych inscenizacji historycznych Archiwum prywatne

Gdy pan Wojciech mówi z dumą, że jest potomkiem pionierów, którzy przyjechali na Ziemie Odzyskane, aby organizować tu powojenne życie, przed oczyma mam obrazy jak z westernów i cisną mi się nawiązania do Dzikiego Zachodu.

– Najpierw w marcu 1945 roku tuż po przejściu frontu przyjechali z Bydgoszczy pocztowcy i kolejarze, żeby uruchomić łączność pocztową i transportową i przygotować życie dla pionierów. Trochę dziwne to określenie "pionierzy", ale my go wciąż tutaj używamy. To byli pierwsi Polacy, którzy przybyli na Ziemie Odzyskane, do niedawna leżące jeszcze na terytorium Niemiec. To nikt inny jak społeczność w centralnej Polsce powszechnie określała je mianem "Dzikiego Zachodu". Były to przecież obszary do tej pory nieznane. Ciągnęli tu ludzie różnych zawodów: fryzjerzy, kowale, kaletnicy, szewcy, restauratorzy. Między innymi mój dziadek, Franciszek Kołaczkowski – przedwojenny urzędnik państwowy z Brześcia nad Bugiem wraz z żoną i córką, moją mamą – opowiada Grobelski. – Postawiono przed nim ważne zadanie, żeby zorganizował inspektorat pracy. Z tym, że dziadek nie przybył z Gniezna, lecz ze Szczecina, dokąd pierwotnie otrzymał nakaz pracy.

Katedra Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi PannyKatedra Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny FStockLuk / shutterstock

Kiedy patrzy się na archiwalne zdjęcia miasta z czasów powojennych, człowieka ogarnia smutek. Ale tak przecież wyglądała niemal cała Europa. Zamiast załamywać ręce, trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Mama pana Wojciecha tak też zrobiła i poszła odgruzowywać centrum miasta. Prawdę mówiąc, nie miała wyjścia. Taki był obowiązek.

Rzeczywistość powojenna nie była kolorowa. – Babcia i mama wspominały, że strach było wychodzić na ulice, bo wokół kręciło się pełno żołnierzy Armii Radzieckiej. Zdobyli miasto w marcu 1945 roku i tak zostali na następnych kilka lat, organizując sobie sowieckie życie. Na terenie Koszalina znajdowało się wtedy kilka szpitali wojskowych. Plagą więc byli żołnierze-rekonwalescenci wałęsający się w piżamach i szlafrokach, którzy uciekli z lecznicy i ruszali na plądrowanie poniemieckich domów. Zresztą nie tylko oni.

- Wiele wskazuje na to, że rynek i dzisiejsza ul. Zwycięstwa zostały zniszczone niekoniecznie podczas wyzwalania miasta, tylko dużo później. Za oddziałami liniowymi szedł tzw. drugi rzut. Mówiono na nich  "trofiejszczki" tzn. grabieżcy, zdobywcy trofeów wojennych. Przyzwolenie szło z góry. W Koszalinie znajdowała się np. największa na Pomorzu papiernia. Nic z niej nie zostało. Radzieckie władze wojskowe wydały rozkaz, żeby ją zdemontować i wywieźć na wschód. Podobny los czekał wiele innych zakładów pracy. Towarzysze wyzwoliciele uważali, że mogą stać ponad prawem, że wszystko im się należy, bo przywrócili Polsce Ziemie Odzyskane – opowiada szef muzeum.

Przedstawiciel Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina nie ukrywa rozżalenia, przywołując czasy obecności Armii Radzieckiej w mieście.

– Jest taki sowiecki film dokumentalny pt. "W Pomeranii", na którym widać fragmenty palącego się miasta. Całe centrum zostało najprawdopodobniej zniszczone w trakcie kręcenia tego materiału. Kiedyś podczas kwerendy natrafiłem na zdjęcia pokazujące centrum miasta krótko po wejściu Armii Czerwonej. Wiele budynków stało nietkniętych, może szyby były powybijane, ale rynek i jego okolice były zniszczone tylko w niewielkim stopniu. Niemcy w większości sami uciekali przed Rosjanami. Opór – zaimprowizowanej załogi Wehrmachtu – był raczej demonstracyjny i trwał kilka godzin. Co znaczy kilkuset żołnierzy bez wsparcia ciężkiej broni (a wtedy tyle liczył garnizon niemiecki) w obliczu całego 3. Korpusu Pancernego Gwardii (trzech brygad pancernych i brygady piechoty zmotoryzowanej wspartej artylerią w tym m.in. "katiuszami"). Polskich mieszkańców jeszcze nie było, Rosjanie robili, co chcieli, a tych pożarów nikt nie gasił, bo kto miał to robić? Więc wszystko się wypaliło.

Niemcy otrzymali nakaz ewakuacji, a do Koszalina zaczęli przybywać Polacy.

– Przyjęło się, że pierwsi Koszalinianie pochodzą z Gniezna. Jesteśmy z tego dumni, bo to przecież mieszkańcy pierwszej polskiej stolicy. Gdy front ruszył za Odrę, niektóre miasta na ziemiach odzyskanych organizowały patronaty na zasiedlenie nowych ziem i Gniezno wybrało właśnie Koszalin. Kiedy zbierałem materiały do pierwszej części publikacji "Historia garnizonu w Koszalinie", doszedłem do wniosku, że wielu Polaków z okolic Gniezna służyło w garnizonie koszalińskim w czasach pruskich podczas I wojny światowej. W 1860 r. w Koszalinie i Kołobrzegu formowano z miejscowych poborowych 49. regiment piechoty, który następnie skierowano do Gniezna. Co ciekawe, równocześnie był tam tworzony 54. regiment, który trafił w nasze rejony. Władzom pruskim chodziło o to, aby pomorscy Niemcy, potomkowie junkrów, pomagali germanizować hardych Wielkopolan. A ci byli powołani tutaj do służby wojskowej, aby asymilować się i germanizować w morzu Niemców. Tak więc dochodziło do swoistej wymiany niekoniecznie towarzyskiej – stwierdza historyk.

– Ci gnieźnianie, którzy najprawdopodobniej służyli wcześniej w Koszalinie, postanowili zorganizować sobie życie na Ziemiach Odzyskanych. Gdy 10 maja 1945 roku na stację wjechał eszelon (pociąg wojskowy) liczący pół tysiąca ludzi, to było to wydarzenie bez precedensu – słyszę od podpułkownika.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej BogurodzicyCerkiew Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy Piotr Wytrazek / shutterstock

Miasto, które miało pecha

Kiedy do pana Wojciecha przyjeżdżają znajomi, zabiera ich do amfiteatru, który obecnie jest w remoncie. To według niego najpiękniejsza i najciekawsza budowla w mieście, która do tego wyróżnia się na tle innych obiektów tego typu. Ma krytą widownię, która może pomieścić 4500 osób.

Amfiteatr został wybudowany w 1973 roku po to, aby artyści Festiwalu Chórów Polonijnych mieli gdzie występować. Przełomową datą i dla miasta i dla amfiteatru stał się rok 1975, kiedy to podjęto decyzję, że ogólnopolskie tzw. "centralne" dożynki odbędą się właśnie tutaj.

– Miasto wtedy wyładniało. Jak to mówią – malowano trawę na zielono, ale nie tylko. Kamienice zyskały nowe elewacje, a moja na ówczesnej ulicy Armii Czerwonej została nawet pomalowana od podwórka. Miałem wtedy 15 lat, więc dobrze pamiętam. Powstały nowe inwestycje drogowe i wtedy też podjęto decyzję o zadaszeniu widowni w amfiteatrze. Konstrukcję zaprojektował Jan Filipkowski, profesor Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie. I gdy wszystko było już zrobione w mieście na tip-top, przyjechała cała wierchuszka: Edward Gierek, Henryk Jabłoński i Piotr Jaroszewicz.

Dożynki dożynkami, ale amfiteatr przez długie lata pełnił rolę kina letniego. Dach nad sceną obracał się o 90 stopni, tworząc ekran, a ze specjalnej kabiny projekcyjnej, która znajdowała się na widowni, wyświetlano filmy. Zwykle emitowano je na zakończenie Koszalińskich Spotkań Filmowych "Młodzi i Film". Ale nie tylko. Pamiętam, że oglądałem tam "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" czy "Hair" Milosza Formana.

O Koszalinie mówi się, że jest kulturalną stolicą regionu. Nie tylko może poszczycić się wspomnianym amfiteatrem. Działa tu również Bałtycki Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego, jest Filharmonia Koszalińska. W mieście znajdziemy wiele galerii i muzeów. Co roku w Koszalinie odbywa się wiele imprez czy filmowych festiwali, wspomniany już Festiwal Filmowy "Młodzi i Film", Letni Festiwal Kabaretów, festiwal rockowy "Generacja" czy Hanza Jazz Festiwal.

Grobelski mówi, że miasto miało wyjątkowego pecha i do naszych czasów przetrwało niewiele zabytków.

– Nasze miasto jest starsze od niejednego miasta w Polsce, a zabytki można policzyć na palcach jednej ręki. To efekt licznych pożarów, które nawiedzały miasto. Najbardziej dotkliwy był ten, który odnotowano w 1718 roku. Jeden z piwowarów, który warzył piwo, nie dopilnował swojego interesu i na terenie jego posesji wybuchł pożar. Miasto miało wówczas charakter zabudowy zwartej. Wszystkie budynki przylegały do siebie, a większość stropów było drewnianych, więc paliło się jak pochodnia. Spłonęły wtedy najcenniejsze zabytki: rezydencja książąt biskupów wraz z zamkiem, stary ratusz oraz cała zabudowa rynku i przyległych ulic. Król Prus Fryderyk I udzielił wprawdzie miastu finansowego wsparcia i zaczęto je odbudowywać, ale w innym stylu, przypominającym raczej obiekty koszarowe. O innych pożarach, wzniecanych przez towarzyszy wyzwolicieli, już wspominałem.

Do naszych czasów przetrwała gotycka katedra Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, zbudowana na początku XIV wieku. Turyści mogą też obejrzeć zachowane fragmenty murów obronnych z XIII i XIV wieku. Po pożarze w XVIII w. część murów rozebrano, wykorzystując cegły jako materiał na odbudowę budynków. Największy zachowany fragment ma ok. 60 metrów. Poza obrębem murów miejskich pozostała średniowieczna ośmioboczna kaplica św. Gertrudy.

W mieście przetrwało też kilka gotyckich kamieniczek i dwie średniowieczne: przy Bogusława II 15 (obecnie mieści się tam Pałac Ślubów) oraz XV-wieczny Domek Kata. Ten ostatni wziął swoją nazwę od zawodu lokatora, który jeszcze do 1893 roku pozbawiał życia skazańców. Dzisiaj mieści się tam galeria, mały pub i amatorski teatr "Dialog".

W XIX wieku miasto wyładniało dzięki rządom burmistrza Augusta Ernesta Brauna, który w epoce napoleońskiej zasłynął z hardej postawy wobec francuskich władz okupacyjnych.

– Gdy wojska napoleońskie zajęły Pomorze, a także Koszalin, to Francuzi w całości pozostawili miejscową administrację z zaznaczeniem, aby każdy urzędnik złożył przysięgę na wierność cesarzowi. Wspomniany Braun ostentacyjnie odmówił złożenia przysięgi. Jak się później okazało, wydarzenie to miało swój szczęśliwy finał. Po klęsce Napoleona odważny mężczyzna został nagrodzony za swoją hardą postawę i został wybrany burmistrzem Koszalina. Rządził bardzo długo, sprawił, że miasto rozwinęło się, wyszło poza średniowieczne mury miejskie. Za jego czasów miasto również uzyskało status stolicy rejencji, czyli ówczesnego województwa. Z jego inicjatywy wybrukowano ulice, zainstalowano pierwsze latarnie miejskie, urządzono miejskie promenady, wprowadzono racjonalną gospodarkę leśną. Utworzono parki koszalińskie, zagospodarowując miejskie fosy i stawy. Był człowiekiem, który potrafił stawić czoło wyzwaniom jako gospodarz miasta i reprezentant społeczności.

Koszalin jest miastem zielonym. Na spacer warto wybrać się do zabytkowego Parku Miejskiego Książąt Pomorskich, którego najstarsza część powstała w 1817 r. Poza tym miasto leży nad bardzo malowniczą rzeczką, Dzierżęcinką, która niegdyś nazywała się Mühlenbach, czyli strumień młyński. Jej wody napędzały koło młyńskie. Dzisiaj znajduje się tam miejskie muzeum zwane powszechnie Pałacem Młynarza.

Niemcy piszą pieśń i chwalą Polaków

Ciekawym miejscem jest również Góra Chełmska, znajduje się tam wieża widokowa zbudowana w 1888 r. Mój rozmówca zwraca uwagę na inny ważny aspekt.

- W Koszalinie czcimy pamięć Powstańców Listopadowych, ponieważ po upadku insurekcji wielu z nich w obawie przed rosyjskimi represjami musiało opuścić tereny Królestwa Polskiego i znalazło schronienie właśnie w naszym mieście. Trzeba powiedzieć, że Niemcy przyjmowali Polaków bardzo życzliwie, a nawet tworzyli pieśni patriotyczne. Jednym z nich jest niemiecki poeta Julius Mosen, który napisał wiersz o sławnym IV Pułku Piechoty Liniowej, pt. "Ostatnich dziesięciu z 4. pułku". To właśnie ten pułk wraz z ludem stolicy zdobywał w noc listopadową arsenał w Warszawie. Do jednostki przylgnęła wyjątkowa nazywa: "Dzieci Warszawy".

Prusacy przygarnęli ich i dali pracę.

- Jesienią 1833 r. około 80 powstańców skierowano do budowy drogi z Koszalina do Słupska przez Górę Chełmską. Karczowali las, niwelowali teren, układali kamienie. W 2005 roku w 175. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, u wejścia na szczyt Góry Chełmskiej, odsłonięto pomnik w formie głazu, na którym umieszczono żeliwny krzyż i orła w koronie – mówi koszalinianin. – Kilka lat później, ówczesna dyrektor Archiwum Państwowego w Koszalinie, Joanna Chojecka, po żmudnej kwerendzie zidentyfikowała kilkanaście nazwisk z tej grupy. 

Na cmentarzu zaś spoczywa 57 powstańców wielkopolskich.

– To prawda. Co roku w okolicach 27 grudnia odbywają się uroczystości rocznicowe, podczas których wspominamy ich męstwo. Chyba żadne miasto od Szczecina do Gdańska nie organizuje takich uroczystości jak my. To byli właśnie ci "gnieźniacy", którzy przyjechali tu po 1945 r. Wśród nich spoczywa również ksiądz. Mówimy, że na tutejszej nekropolii leży Koszalińska Kompania Strzelców Wielkopolskich i ich kapelan.

Neogotycki budynek Poczty GłównejNeogotycki budynek Poczty Głównej Marcin-linfernum / shutterstock

Słodowy w czerwonym aucie

Koszalin może też być dumny z utalentowanych osób, które urodziły się tutaj lub na jakiś czas swój życiorys związały z tym miastem.

Jedną z nich jest Rudolf Julius Emanuel Clausius – niemiecki fizyk, jeden z twórców zasad termodynamiki. – Najprawdopodobniej gdyby urodził się później, to pewnie dostałby nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Był profesorem w Zurychu, Bonn, prowadził różne prace z zakresu termodynamiki i kinetyki gazu i to on sformułował drugą zasadę termodynamiki. W środowisku naukowców jest mocno poważany – informuje Grobelski.

W Koszalinie urodził się pionier lotnictwa niemieckiego Hans Grade. Jego ojciec był wykładowcą w seminarium nauczycielskim w Koszalinie, a chłopak wyfrunął na politechnikę do Berlina, gdzie rozwijał swoją pasję. – Mówiło się, że to przyjaciel jego ojca zaraził go pasją do szybownictwa. Hans studiował maszynoznawstwo – budowę silników. Po studiach na chwilę powrócił do Koszalina, otworzył własny biznes, produkował silniki do motocykli, które później wysyłał do zakładów motoryzacyjnych w Magdeburgu. Później stał się ich właścicielem, a po przeprowadzce do Magdeburga zajął się konstruowaniem silników lotniczych. Pierwszy samolot skonstruował w 1908 roku. Był to trójpłatowiec. Jego silnik ważył 38 kg, miał moc 36 koni mechanicznych. Rok później na jednopłatowcu swojej konstrukcji wygrał mityng lotniczy, a w 1910 założył pierwszą w Niemczech szkołę lotniczą.

Wielkim wydarzeniem w Koszalinie było kilka lotów pokazowych, które wykonał w 1912 roku. Uświetnił swoją obecnością Regionalną Wystawę Rzemiosła i Przemysłu Lotniczego Pomorza Zachodniego.

Z Koszalinem związana była Katarzyna Sobczyk, znana z wykonywania piosenki "O mnie się nie martw", "Mały książę" czy "Nie bądź taki szybki Bill" i Ryszard Poznakowski – kompozytor. – Mogę nawet powiedzieć, że na ul. Traugutta moi rodzice mieli działkę i przez "miedzę" naszymi sąsiadami byli rodzice Ryszarda Poznakowskiego – chwali się mój rozmówca.

Przez osiem lat w Koszalinie mieszkał Adam Słodowy, twórca programu "Zrób to sam", który był oficerem Wojska Polskiego i wykładowcą w Oficerskiej Szkole Artylerii Przeciwlotniczej w Koszalinie. Wykładał przedmiot przyrządy przeciwlotnicze.

– Legendy krążą na temat jego wyczynów. Samodzielnie, z tego, co miał pod ręką, skonstruował dwa samochody. Ci, którzy go pamiętali ze służby, mówili, że zrobił je z puszek po konserwach, ale  oczywiście nie jest to prawdą. Do stworzenia korpusu auta wykorzystywał m.in. kadłuby bomb lotniczych. Jedno auto, które skonstruował, zrobiło furorę. A szczególnie widok Słodowego jadącego  dwuosobowym trójkołowym czerwonym kabrioletem. On rudy, auto czerwone. Widok piorunujący. Wtedy w latach 50., wzbudzał wielką sensację. Później w ramach wyróżnienia odszedł na Wojskową Akademię Techniczną do Warszawy, a po 1956 roku w ramach redukcji w armii odszedł z wojska (zakończył służbę w stopniu majora) i rozpoczął pracę w telewizji.

Koszalin miał też bardzo pogodnego biskupa Ignacego Jeża, który został uhonorowany orderem uśmiechu.

– Przedwojenny podharcmistrz, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau. Miał niezwykły stosunek do życia, ludzi, rzeczywistości. Spotykaliśmy się wielokrotnie i przy różnych okazjach, będąc instruktorem w stopniu harcmistrza, niekiedy zwracałem się do niego "Czuwaj druhu Biskupie". Wtedy zawsze uśmiech pojawiał się na jego twarzy – wspomina pan Wojciech.

Hasior w Koszalinie

Za symbol współczesnego Koszalina uchodzą "Płonące ptaki" Władysława Hasiora, jednego z najwybitniejszych polskich współczesnych artystów. Władze miasta poprosiły go o stworzenie plenerowej rzeźby, która miała być poświęcona "Tym, co walczyli o polskość i wolność ziem Pomorza".

Wjeżdżając do Koszalina od strony Sławna, można zobaczyć stojący na wzgórzu monumentalny ciąg metalowych konstrukcji przypominających pługi, skrzydła ptaków i rydwany jeźdźców – to właśnie dzieło Hasiora. Jego oficjalna nazwa brzmi  "Płonące ptaki – tym, którzy walczyli o wolność tych ziem". Mieszkańcy nazywają je po prostu "Płonącymi ptakami". Od kilku lat zardzewiałe już rzeźby mogą cieszyć się nową błękitno-czerwoną farbą. To dzieło młodego człowieka, który dzięki akcji "Głosu Koszalińskiego" i hojności sponsorów zrealizował jednocześnie swoje marzenie. Ponoć ogniste ptaki przy okazji ważnych uroczystości płoną naprawdę.

Uważasz, że twoja miejscowość powinna znaleźć się w naszym cyklu i chcesz o niej opowiedzieć? A może znasz kogoś, kto chętnie podzieli się z nami opowieścią o miejscu, z którego pochodzi? Napisz do nas na adres podroze@agora.pl.

Poznaj też poprzednie odcinki naszego cyklu "Stąd jestem". Znajdziesz je tutaj >>