Przykre zdarzenie w górach. Zabrał sanki sprzed schroniska i nie oddał. "W głowie się nie mieści, jak tak można"

O zniknięciu sanek poinformowało na swoim fanpage'u schronisko Przysłop pod Baranią Górą w Beskidzie Śląskim. Sanki, które można było wypożyczać za darmo, stały przed budynkiem. Jeden z turystów postanowił jednak zabrać je ze sobą. I nie oddał. Przedstawicielka schroniska nie kryje rozżalenia. "Zrobiło nam się strasznie przykro" - mówi Agnieszka Schwenk-Sapeta.

Post pojawił się na fanpage'u schroniska 6 stycznia. Autorzy wpisu podkreślają, że zrobiło im się przykro. Zwłaszcza, że wciąż starają się przygotowywać atrakcje dla turystów.

Panu, który wczoraj po prostu ukradł dwie pary (robiąc tym krzywdę przede wszystkim nie nam, ale dzieciom, które powinny mieć z tego radochę), po prostu mówimy - wstydź się! Karma wraca!

- czytamy. Sanki ze schroniska nadal będzie można wypożyczać, ale od tej pory jedynie po pozostawieniu depozytu.

Osoby komentujące post mocno skrytykowały mężczyznę. "Oby mu wszystkie tramwaje nie jeździły na czas! Do końca życia!", "A żeby na klocek lego wdepnął burak jeden", "A żeby tak zawsze miał czerwone światła na skrzyżowaniach", "Jakby nie można było docenić gestu schroniska, skorzystać z poszanowaniem i oddać dla radości innych! Człowiek człowiekowi wilkiem" - pisali internauci.

Zobacz wideo Okradli opuszczony hotel. Ich łupem padły... drzwi

Zapytał, wziął, nie wrócił

Z rozmowy z przedstawicielką schroniska Agnieszką Schwenk-Sapetą dowiadujemy się, że sanki nadal nie zostały zwrócone. "Zdjęcia i post zostały wrzucone po blisko dobie od zabrania sanek" - mówi. Wyjaśnia też, na jakiej zasadzie można wypożyczać sprzęt.

Do tej pory sanki można było wziąć bez opłat. Zwykle była przy nich kartka lub tabliczka z informacją. Nawet jeśli się zniszczy, to pracownicy schroniska przygotowują nową, a turyści i tak pytają w środku, czy można wypożyczyć.

Ta osoba też zapytała, czy może pożyczyć, ale zachowywała się jakoś dziwnie - otrzymała wyraźną odpowiedź, że tak, może, są do powszechnego użytku, z podkreśleniem, że po zakończeniu proszę zwrócić/odłożyć na miejsce oraz w przypadku dorosłych uważać, żeby nie połamać, bo są to sanki dziecięce. No i wzięła, poszła, nie wróciła.

- opowiada nasza rozmówczyni. Dodaje, że to pierwsza taka sytuacja w przypadku sanek.

Z sanek można korzystać ile się chce w czasie pobytu w rejonie schroniska. Nikomu nie wyliczamy, czy jest to 10 minut czy 10 godzin, ale jak się idzie do domu lub wraca na dół, to się zostawia.

Dodaje, że nawet jeśli doszło do jakiejś niespodziewanej sytuacji i ktoś zabrał je ze sobą na dół przypadkiem, to może zadzwonić i poinformować, że odda je później. "Można też zostawić gdzieś w Wiśle do odebrania albo zwrócić pieniądze. Tyle rozwiązań, ile chęci zachowania się fair" - podkreśla.

Od teraz zmiana warunków

Tłumaczy, że post został opublikowany, bo zrobiło im się zwyczajnie przykro. "W głowie się nie mieści jak tak można. Dzieciom? Sanki? Jasne, że można zabezpieczyć, zrobić kluczyki, chipy, trackery tylko... czy naprawdę trzeba? Czy o to chodzi? Czy nie można tak po prostu szczerze i uczciwie pobawić się, poszaleć i dać skorzystać innym?"- pyta.

W związku z tą sytuacją schronisko wprowadza depozyt. W jakiej formie - pozostaje kwestią dogadania się. "Może być kwota pieniężna, jakaś karta wartościowa, ale nie dokument, osobisty przedmiot" - wymienia i zaznacza, że nie chodzi o utrudnianie wypożyczeń, a o to, żeby sanki nie zniknęły po tygodniu, a dzieci mogły cieszyć się z możliwości skorzystania.

Historia ma też jednak swoje pozytywne strony. Po opublikowaniu wpisu, który wzbudził ogromne zainteresowanie, do schroniska odezwała się jedna z internautek. Zaproponowała ufundowanie nowych sanek, aby pokazać, że dobro wraca.

To strasznie fajny gest, który dodaje skrzydeł. I nie chodzi nawet o finanse, tylko o fakt, że są też tacy fantastyczni ludzie! Tak więc na pewno te dwie pary się znowu pojawią, a jest jeszcze sporo innych

- kończy Agnieszka Schwenk-Sapeta.