Pobłażliwe klapsy i koszmarne niedziele. Wakacyjna praca na Malcie - tylko dla najtwardszych [WSPOMNIENIA SEZONOWEGO PRACOWNIKA]

Malta lubi turystów i potrafi zachwycić podczas krótkiego pobytu. Ale tych, którzy szukają na niej wakacyjnego zarobku, czekają seksistowskie i rasistowskie komentarze, walka o więcej godzin pracy i pogardliwe spojrzenia Maltańczyków.

Przeczytajcie wspomnienia Weroniki, która przez pięć miesięcy pracowała w hotelu i barze na Malcie. Wyspiarski kraj, który zauroczył ją podczas pierwszego pobytu, za drugim razem okazał się pasmem rozczarowań.

Malta, czemu nie?

Weronika (28 l.) : Na Maltę ruszyliśmy z nadzieją, że uda nam się na niej zarobić na dalszą podróż. Rok wcześniej przyjechałam na ten kawałek skały na pełnym morzu w celach czysto turystycznych i bardzo mi się podobało. Od poznanych wtedy znajomych usłyszałam, że łatwo tu znaleźć pracę, w dodatku jest legalna - wystarczy pojechać do specjalnego urzędu i wyrobić sobie maltański dowód osobisty - całkiem za darmo można dostać też ubezpieczenie.

Pozytywnie nastawieni rzuciliśmy nasze prace w Warszawie, wynajęłam kawalerkę, wsiadłam do samolotu, a mój chłopak dołączył do mnie po miesiącu.

Znajomi odwiedzili Maltę miesiąc przed naszym przyjazdem. Nocowali na couchsurfingu u dwóch sympatycznych Polek. Przyjechały tam do pracy i nieźle sobie radziły. Napisałam do jednej z nich. Pozwoliła mi zatrzymać się w ich mieszkaniu, dopóki czegoś nie znajdę. Dogadałyśmy się od razu i ostatecznie dziewczyny pozwoliły mi zamieszkać u siebie. Zresztą, w połowie lipca wyjeżdżały w dalszą podróż, a dokładnie w tym samym czasie przyjeżdżał mój chłopak, więc po prostu zajęliśmy ich miejsce. W ten sposób naszym nowym domem stało się maltańskie mieszkanie pełne Słowaków (chociaż często rano po imprezie znajdowaliśmy na naszej salonowej kanapie reprezentantów innych narodowości).

Zbijamy kokosy

Pracę - tak jak nas zapewniano - znaleźliśmy bardzo szybko. Najpierw ja, potem mój chłopak. Naszą bazą była mała mieścina na północnym końcu wyspy. I może to był największy błąd, jaki popełniliśmy. Może gdybyśmy zostali w stolicy Malty, Valletcie albo bardziej popularnej Sliemie czy też w imprezowym miasteczku Paceville, sprawy potoczyłyby się inaczej.

Pracowaliśmy w restauracji z meksykańską kuchnią, która sąsiadowała z barem na plaży i bardziej gustowną restauracją na piętrze. Wszystkie trzy przybytki należały do jednej osoby - tajemniczego biznesmena, który pojawił się w jednej z nich tylko raz podczas naszego pobytu.

Zanim zaczęłam pracę w barze z meksykańskim jedzeniem, przeszłam szkolenie w barze na dole, przy plaży. Wszystkie świeżaki przez to przechodzą. Harówka w gorącej kuchni albo przy parującej zmywarce w temperaturze sięgającej 40 stopni Celsjusza. Na zewnątrz, bo w środku było dużo więcej. Czarna koszulka i czarne spodnie przyklejały się do mnie, a z czoła nieustannie spadały kropelki potu. Zwłaszcza podczas przedpopołudniowej zmiany. Krążyłam między stolikami w czarnym ubraniu w pełnym słońcu, podając jedzenie. Miałam nieustannie mokre włosy. Ale wcale nie to było najgorsze.

Co dzieje się w kuchni, zostaje w kuchniCo dzieje się w kuchni, zostaje w kuchni Fot./ CC BY SA 2.0/ Peperoncino Malta/ Flicktr.com Malta od kuchni/ Fot. CC BY-Sa 2.0/ Peperoncino Malta/ Flickr.com

Bułgarska mafia

Barem zarządzał Bułgar, którego diaboliczny śmiech i złote zęby kontrastowały z jego imieniem - Angelo. Angelo patrzył na ciebie tak, jakby cię nie widział, chyba że akurat miał ochotę na sprośny żarcik.

Któregoś razu podszedł do mnie, podniósł z tyłu moją koszulkę, obejrzał dokładnie mój tyłek, " - Nice" - zaryczał i sobie poszedł. A ja stałam sparaliżowana z tacą pełną napojów.

Takie rzeczy były na porządku dziennym. Angelo uwielbiał też naśmiewać się z mojej spoconej w upale twarzy i wypatrywać jakichkolwiek oznak niezdarności. Nie tylko mojej.

Angelo mieszkał na wyspie od lat, w zasadzie był już bardziej Maltańczykiem niż Bułgarem. Ściągał do pracy swoich ziomków z Bułgarii i Rumunii, niektórzy z nich nie mówili nawet po angielsku. Znajomi Angela trafiali do stolików i zbierali zamówienia, często ich nie rozumiejąc. Inni dźwigali tace, biegali do kuchni, zmywali szklanki. Cała knajpa nie miała zbyt pochlebnych opinii.

Angelo miał wszystko pod kontrolą. Napiwki należało wrzucać do kasy, po skończonej zmianie rozdzielał je pracownikom. Ile brał dla siebie, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że zaczynał jako zwykły kelner.

Do kasy mogli podchodzić tylko niektórzy, najczęściej kumple Angela albo Niko, koszmarnego Maltańczyka. Niko chodził po kuchni i barze, krzycząc niezrozumiałe słowa w języku maltańskim (potem okazywało się, że były to różne kombinacje słów "ch..." i "piz...").

Barman to barman

Za barem mógł stać wyłącznie chłopak. Jedynym wyjątkiem była dziewczyna z Anglii. Codziennie mówiła mi, jak jest trudno, jak inni barmani ignorują jej prośby i jak utrudniają pracę. W Anglii skończyła szkołę dla barmanów, mimo to Angelo niechętnie wpuszczał ją za bar, robił to tylko wtedy, kiedy był duży ruch. Za barem stała zawsze ta sama ekipa - dwóch braci z Rumunii. Przez to w pewnym momencie myślałam, że to nie zależy od płci, że po prostu nie sposób tam się dostać. Jednak przyjechał chłopak z Hiszpanii i od razu zaczął pracę za barem, bez barmańskich szkoleń.

Za barem - tylko mężczyźniZa barem - tylko mężczyźni Fot. Shutterstock Za barem - tylko mężczyźni/ Fot. Shutterstock

Pizza albo frytki

Wybór jedzenia dla pracowników był ograniczony. Zanim zaczęłam pracę, można było zamówić sobie to, na co miało się ochotę. W pewnym momencie, z oszczędności, menu pracownicze zostało zawężone do pizzy (w grę wchodziła tylko Margarita albo pizza z tuńczykiem), frytek, spaghetti bolognese, burgerów i sałatki z tuńczykiem. Przerwę na jedzenie należało sobie wywalczyć. Zarówno w trakcie zmian popołudniowych, jak i przedpołudniowych zazwyczaj wypadała pod koniec czasu pracy.

12% ziemniaka w ziemniaku

Nie, żeby jedzenie było tam szczególnie pyszne. Wiadomo, praca w kuchni uświadamia nas w wielu kwestiach. Frytki i talarki ziemniaczane pochodziły z ogromnych mrożonek, na których jak byk stało, że mają w swoim składzie 12 procent ziemniaka. Ser żółty nie był nawet serem, nie musiał stać w lodówce i czasem w ogóle się nie roztapiał. Kucharze odradzali nam jedzenie mięsa mielonego mówiąc, że nie wiadomo, skąd pochodzi i że najbezpieczniej jeść sałatki. Meksykańskie przysmaki - quesadilla, flautas i chimichangas - wszystkie pochodziły z mrożonek. Zdarzało się, że przez nieuwagę kucharza trafiały na stół gościa nadal zmrożone w środku.

Dodam jeszcze, że któregoś razu w knajpach wybuchła panika, bo po kuchni biegał szczur. Pewnie uganiał się za karaluchami.

"Tak trudno wymówić ich imiona, że po prostu na wszystkich mówimy Bobby!"

W naszej kuchni pracowało kilku czarnoskórych mężczyzn. Większość z nich pochodziła z Erytrei, mieli za sobą długie i burzliwe podróże za pracą i lepszym życiem - przez Etiopię, Sudan, Egipt i wreszcie Maltę. Zazwyczaj zbierali pieniądze dla swoich rodzin, które następnie im wysyłali. Wszyscy pracowali na zmywaku. Byli niesamowicie mili i cisi. Chyba woleli pozostać niezauważalni, choć wielu z nich było tam legalnie. Menedżerka knajpy meksykańskiej powiedziała mi: "Tak trudno wymówić ich imiona, że po prostu na wszystkich mówimy Bobby". Nie mogli wychodzić na salę pełną klientów, nawet żeby posprzątać, kiedy coś się rozlało.

Któregoś razu do baru na dole wszedł czarnoskóry mężczyzna, który przyjechał z rodziną na wakacje. Angelo miło się do niego uśmiechał, zbierał zamówienia, podawał dania. Kiedy gość wyszedł, Angelo splunął na bok i zaklął: "Wracaj na zmywak, czarnuchu".

Pobłażliwe klapsy

Przez chwilę pracowałam w jeszcze jednym miejscu. Był to hotel, jeden z lepszych w mieście. Parę godzin dziennie kursowałam między basenem na parterze a basenem na dachu z daniami dla gości hotelu. Wzywano mnie telefonicznie do kuchni, ja zjeżdżałam wtedy z ostatniego piętra windą i zabierałam zamówienia na któryś z basenów. Któregoś razu po takim telefonie weszłam do kuchni i zapytałam kucharza, czy mają coś dla mnie. "Tak", odpowiedział, "mojego fiuta".

Najtrudniej jednak było pracować na basenie na dachu. Krążyć po gorącym tarasie w pełnym słońcu, bez cienia wiatru i zbierać zamówienia w skórzanych butach i czarnym ubraniu.

Ponieważ pracowałam między dwoma miejscami, nikt nie chciał dzielić się ze mną napiwkami. Widziałam, jak Maltanki uwijają się z zamówieniami, od czasu do czasu przychodził menadżer, klepał je poufale po pupie, na co one reagowały chichotem.

Myślałam, że długo już nie wytrzymam i miałam rację. Pewnego dnia, kiedy zeszłam do kuchni po zamówienie, nie zdążyłam jeszcze go wziąć, kiedy podszedł do mnie jakiś człowiek, którego w życiu nie widziałam. Wetknął mi brudne talerze z restauracji i widząc moje zdziwienie, machnął ręką i krzyknął "Idź już". Przebrała się miarka. Zagotowało się we mnie, rzuciłam talerze na blat i rzuciłam także pracę.

Koszmarne niedziele

Niedziele były najtrudniejsze, każdy chciał mieć wtedy wolne. Schodziły się maltańskie rodziny, żeby dzień święty święcić. Jedli i pili dużo, co wcale nie przekładało się na napiwki. Patrzyli na nas, cudzoziemców, z pogardą i mieli postawę roszczeniową. Rzadko kiedy mówili "dziękuję".

Maltańska rodzina to nie jest mama, tata i dziecko. To około dwudziestu rozwrzeszczanych osób, ubranych w najbardziej odświętne stroje (w stylu błyszczących ciuszków z bazaru), pokrzykujących, że chcą więcej coli, wina czy keczupu.

Walka o zmiany

I wcale nie zmiany na lepsze. Ponieważ chcieliśmy zarobić na dalszą podróż, potrzebowaliśmy jak najwięcej zmian w pracy. Zarabialiśmy 4,20 euro za godzinę na rękę. Na Malcie nie jest drogo, czynsz za mieszkanie, w którym żyliśmy w pięć osób wynosił po 100 euro na osobę. Gdybyśmy nie chcieli ruszać dalej, moglibyśmy spokojnie przeżyć za te sześć zmian w tygodniu, od 18 do 23. Tak przynajmniej mieliśmy rozłożony dzień pracy w meksykańskim barze. Nieraz prosiliśmy menedżerkę o więcej zmian, a ona ciągle nas upewniała, że tak, że oczywiście, że będzie ich więcej. Dla wszystkich. Nic takiego się nie stało. Trochę żałowaliśmy, że mamieni obietnicami nie zrezygnowaliśmy z tego miejsca i nie pojechaliśmy w inną część wyspy.

Po dłuższym czasie błagania udało mi się jednak załatwić zmiany u Angela. "Tak?" - zapytał - "Chcesz mieć więcej zmian? No dobra." Przychodziłam do beach baru przed pracą w meksykańskiej knajpie. Zaczynałam rano, koło 10, kończyłam godzinę przed zmianą w drugim barze. Miałam więc godzinę, żeby odpocząć, a po 11 godzinach pracy w upale ledwo doczłapywałam do łóżka.

Angelo widział, że się męczę, ale za nic w świecie nie chciał oddać zmian mojemu chłopakowi. Albo ja, albo z większej ilości pracy nici.

Plaża Golden BayPlaża Golden Bay Fot. Shutterstock Plaża Golden Bay/ Fot. Shutterstock

Podsumowanie

Nie mogę powiedzieć, że żałuję naszego wyjazdu. Udało nam się kupić bilety do Meksyku w jedną stronę, a po drodze do domu zrobiliśmy sobie wspaniałą wyprawę po Włoszech. Dużo się nauczyliśmy, wiemy, jakich błędów nie popełniać. Dodatkowo przez te pięć miesięcy cieszyliśmy się piękną pogodą, opalenizną, plażą i zupełnie innym życiem.

Niestety z żadnym z naszych współpracowników czy szefów nie utrzymujemy kontaktów.

Macie podobne wakacyjne historie? A może zupełnie inne? Czekamy na Wasze opowieści, piszcie w komentarzach.

Więcej o: