"Ziemniaki są bez mięska, tylko pani trochę sosikiem polaliśmy". Weganie i wegetarianie na wakacjach [OPOWIEŚCI TURYSTÓW]

Na Michała, weganina, kelnerzy patrzą jak na przybysza z kosmosu, bo poza sałatką w zwyczajnej restauracji nie może zjeść prawie nic. Bartek, też weganin, zawsze pyta o to, z czego zrobione zostało np. ciasto na pierogi, ale obsługa zwykle nie rozumie pytania. "Bezmięsna" twarz wakacyjnej gastronomii w Polsce wciąż wygląda trochę tak, jak na obrazku*, który krąży w sieci: "Opcja wegańska? Możesz wyjść".

Kto się nami zajmuje na wakacjach? Jak wygląda biznes turystyczny od kuchni? Przez całe wakacje rozmawiamy z tymi, którzy siedzą w nim nie od dziś.

W tym odcinku o kulinarne doświadczenia z wakacji pytamy turystów. Szczególnych, bo wegan i wegetarian. O tym, jak wygląda ich zderzenie z pomysłowością restauratorów, jak odnoszą się do nich kelnerzy i jak wielkim problemem jest wysłanie na kolonie dziecka, które korzysta z wegetariańskiego lub wegańskiego menu, opowiadają nam Kasia, Bartek, Magda i Maja.

Wegezupa na mięsnej kostce? "Jakiej mięsnej, to sama chemia"

Kasia: Ja jestem wegetarianką, w dodatku sporadycznie jedzącą ryby, więc i tak mam o niebo łatwiej niż mój chłopak, który jest na diecie wegańskiej. Tak naprawdę wychodzi na to, że powinniśmy urlop spędzać albo poza granicami Polski, albo w miastach, bo tylko w nich (i to też chyba wyłącznie w większych) można znaleźć restauracje wegańskie, a także jakiekolwiek sklepy, w których można kupić coś na ząb dla Michała.

Dobija mnie głównie to, że będąc wegetarianką jestem skazana na jedzenie sałatek, bo ciężko w polskiej restauracji zaufać nawet zupie. Nie zliczę, ile razy kelner gorąco zapewniał mnie, że zupa jest wegetariańska, a ewidentnie była gotowana na mięsnej kostce. Żarcik: "w jakiej mięsnej? To sama chemia" mnie nie bawi. Podobnie jak pierożek z niespodzianką, czyli ruskie pierogi wymienione w karcie dań jarskich, a nie tylko sowicie okraszone skwarkami na wierzchu, ale także z ukrytymi mięsnymi skrawkami w nadzieniu. Szlag mnie trafia, gdy zadaję pytanie i jestem solennie zapewniana, że danie nawet koło mięsa nie stało, a potem trafiają mi się takie niespodzianki.

Na Michała to już w ogóle kelnerzy patrzą jak na przybysza z kosmosu, bo on w zasadzie poza sałatką nie może zjeść w zwyczajnej restauracji nic. Nawet na co dzień w restauracjach tajskich czy chińskich, a także idąc na sushi - tez przecież popularne w wakacyjnych kurortach - musi dopytywać, co jest z sosem rybnym, na czym smażone są potrawy, na czym gotowane są zupy. Ja bym się chyba poddała, bo wychodzi na to, że jak ma się "fanaberie", to się powinno siedzieć w domu i gryźć trawę. A specjalistycznych restauracji w "urlopowych rejonach" ze świecą szukać.

Kuchnia wegetariańska nie musi być nudna. Sprawdź książkę z przepisami na smaczne dania >>

embed

Pierogi ruskie. Wegetariańskie, czyli ze skwarkami. Fot. CC BY-SA 2.0 avlxyz/Flickr.com

"W krajach śródziemnomorskich jest tak, jak w Polsce. Tylko owoce tańsze"

Bartek: Od siedmiu lat jestem na wegańskiej diecie i już się przyzwyczaiłem, że chodzenie do restauracji w polskich kurortach czy na Mazurach mogę sobie spokojnie darować. Ok, zdaję sobie sprawę z tego, że żyjemy w kraju, w którym kuchnia bez jajek, mleka, sera i mięsa w zasadzie nie istnieje, co nie znaczy że mnie to jakoś pociesza. O ile poruszając się po mieście mam zazwyczaj jakiś wybór restauracji - zwłaszcza egzotycznych - to wyjazd na żagle oznacza dla mnie zawsze oddzielne gotowanie i problem z zakupami. Żyję z reguły na warzywach, zawsze mam na podorędziu banany, które często ratują sytuację, bo są bardzo sycące. A co do wyboru - dramat.

Ostatnio byliśmy z kumplami w górach. Idziemy na obiad. Z dań bezmięsnych w karcie - ryby (no oczywiście, przecież to nie z mięsa, tylko z kartonu), pierogi z soczewicą, placek zbójnicki z leczo warzywnym. Pytam, jak zostało zrobione ciasto na pierogi. Pani kelnerka nie rozumie pytania, precyzuję je zatem: czy ciasto jest z dodatkiem mleka i jajek (tak, zdarza się), czy klasycznie na wodzie i mące. Pani potwierdza, że tylko woda i mąka. Już chciałem zamawiać, gdy dopytałem o soczewicę - gotowana w bulionie i dosmażana na masełku. No to odpada. O placek nawet nie pytałem.

embed

Z czym ta surówka? Fot. CC BY 2.0 Ian Sane /Flickr.com

W związku z tym postawiłem na klasyczny plan minimum, czyli surówkę z marchewki, kukurydzy i białej kapusty i ziemniaki z wody. Zastrzegłem oczywiście, żeby na ziemniaki nie wrzucać mi masła. Gdy odebrałem danie, naprawdę się wkurzyłem, surówka, która opisana była jako mieszanka trzech warzyw, była suto doprawiona majonezem. A ziemniaki dostałem tłuczone, bo pani powiedziała, że niestety te z wody już tam w garnuszku były masłem polane, to mi dała "piure". Z czym ubite? Oczywiście ze śmietaną.

Pizzerie i włoskie knajpy? Ze świecą szukać makaronów zrobionych bez dodatku jajek. Z pizzą łatwiej, ale wytłumaczenie, że ma być bez sera, nie jest wbrew pozorom łatwe. Nawet z głupią kawą jest problem, bo jak się okazuje - mleko sojowe jest głównie w miejskich sieciówkach - poza miastem nie istnieje inne niż krowie.

Nie zawsze mam tyle czasu i kasy, żeby wolne dni spędzać poza Polską, ale z drugiej strony, o ile wegetarianie mają cała masę restauracji do wyboru, to w krajach śródziemnomorskich tak, jak i w Polsce, trudno znaleźć restaurację ogarniającą potrzeby wegan. Wygląda to podobnie jak u nas - w dużym mieście zjesz zawsze. Ale wystarczy wyjechać poza miasto i już masz bardzo ograniczony wybór. Tyle, że owoce są tańsze i zwykle smaczniejsze.

embed

Owoce! Tych na wakacjach na szczęście zwykle nie brakuje. Fot. CC BY 2.0 zeevveez /Flickr.com

"To słyszał już chyba każdy wegetarianin"

Magda: Jestem wegetarianką, nie jadam też ryb i owoców morza. Wyjazd za miasto połączony ze zjedzeniem czegokolwiek w restauracji, to zwykle problem a nie przyjemność. Wkurza mnie to, że większość rzeczy zaliczanych do dań wegetariańskich to sałatki, podejrzane i ciężkie pierogi i pyzy, jakieś zwiędłe paszteciki i tym podobne przysmaki.

Szczęśliwie jako wegetarianka mam o tyle łatwo, że coś dla siebie znajdę w pierwszej lepszej pizzerii i mam wtedy całkiem przyzwoity wybór. Pizzerie to już stały element krajobrazu, nawet w małych miastach i miasteczkach - zatem rzadko bywa z tym jakikolwiek kłopot. Ale każda wizyta w innej restauracji kończy się zwykle tym, że albo do wyboru mam fryteczki i sałatkę, albo kelner uparcie wmawia mi, że makaron z łososiem to danie wegetariańskie.

Szczytem była moja wizyta w jakiejś mazurskiej restauracji, w której naprawdę wszystko poza dwiema mało ciekawymi surówkami i ziemniakami z wody było mięsne lub rybne. Jednak ku swojej radości zobaczyłam, że jednej z pieczeni towarzyszą gnocchi, zatem poprosiłam kelnera, aby podał mi je z surówką. Starszy pan był bardzo zafrapowany, ale powiedział że chyba da się zrobić. Po dwudziestu minutach dostałam swoje danie, a towarzyszyły mu znane mi już z domu słowa: "Mięska nie ma, tylko trochę pani sosikiem polaliśmy". To słyszał już chyba każdy wegetarianin.

Kolejną zmorą są restauracje, które z dań jarskich proponują tylko dania na słodko, a ja ich po prostu nie znoszę. Placki z jabłkami, racuchy z morelami, makaron z rozmiękłymi truskawkami - żyć, nie umierać. Nawet cholerne placki ziemniaczane nie są zwykle jarskie, bo już w cieście czai się boczek. I te idiotyczne tłumaczenia: "No przecież to tyle, co nic". Zero myślenia, zero zrozumienia.

embed

Pizza bez mięsa to żaden problem. Ale jak wytłumaczyć, że ma być też bez sera? Fot. CC BY 2.0 Kari Sullivan /Flickr.com

"Jak syn tłumaczy, że galaretka jest z kopyt, to mówią żeby się nie mądrzył"

Maja: Jestem weganką, moje dziecko wychowuję jednak (jak na razie) na diecie wegetariańskiej. I to tylko dlatego, że młody jeździ w lecie na kolonie i obóz harcerski, a w zimie na obozy narciarskie. Gdyby był weganinem, to wysłanie go na jakiekolwiek kolonie byłoby istną makabrą. Bo już teraz jest kiepsko.

Oczywiście w ofertach wyjazdowych jest jasno napisane, że istnieje opcja wyboru diety wegetariańskiej dla dziecka, a co zmyślniejsi nauczyli się już, że ryby też w pewnych kręgach uznaje się za mięso. I notorycznie ten sam scenariusz. Kotlet z soi sprawia wrażenie deficytowego towaru, bo ani razu dziecko go na wyjazdach nie dostało. Czym zatem pasą "biednego chłopczyka"?

Podstawa to zupa owocowa - bo jedyna, której nie trzeba naszpikować kostkami. Truskawkowa, jagodowa, z owoców leśnych. Czyli, jak mówi moje dziecko: "znowu obleśny kompot z makaronem". Makarony z owocami. A ściślej - zakładałam, że skoro lato, to na pewno będą z owocami. I są. Na przykład z owocami z syropu. Inna wersja - kluchy z... dżemem truskawkowym. Szczyt - żelatynowa galaretka z owoców. A jak syn tłumaczy, że galaretka jest z kopyt, to mówią żeby się nie mądrzył.

Poza tym same zdrowe rzeczy. Smażony ser z frytkami. Jakiś camembert z piekarnika z frytkami. Naleśniki z serem - zawsze na słodko. Pierogi - tylko z owocową pulpą. Mam dwa wyjścia - albo go tam nie wysyłać, albo uzbrajać w kasę na świeże owoce, nabiał i inne dobra. Oczywiście do zeżarcia w ukryciu, bo do kuchni go nie wpuszczą. Nie wolno. Tylko na obozie harcerskim może sobie sam coś ukręcić.

Zdrowo wkurzyła mnie metoda "odwalania śniadania" dla małych wegetarian (zwykle jest ich tam maksymalnie dwóch lub trzech). Na śniadanie masa kanapeczek, obowiązkowo z serem i kiełbasą. Oczywiście wszystkie razem. Syn mówi, że nie ma nic dla nich, na co kucharka ze zdumieniem: "przecież możecie sobie zdjąć kiełbaskę". Jajecznica? Kto by się wysilał - to samo, "a kiełbaskę sobie na bok odłóżcie". Dodajmy, że dla większości tych kucharek starej daty, kurczak to też nie mięso. Szkoda słów.

embed

Opcja wegetariańska dla dziecka na koloniach wygląda zwykle tak: jajecznica jest jedna dla wszystkich, "kiełbaskę sobie odłożycie". Fot. CC BY-SA 2.0 avlxyz/Flickr.com

W tym roku zirytowałam się tym wszystkim, powiedziałam młodemu żeby jadł, co chce, jest już starszy, niech sam decyduje. Jestem dumna, bo postanowił pozostać na popieranej przeze mnie diecie, a w domu nawet jeść tylko po wegańsku, za to poza domem trzymać się starej diety, bo jak sam stwierdził "inaczej umrze z głodu".

Weganie i wegetarianie, czy macie podobne problemy na wakacjach? A może macie swoje sprawdzone wegemiejsca nad polskim morzem, w górach, na Mazurach, gdzie dają jeść smacznie i ze zrozumieniem rzeczy? Może wcale nie jest tak źle? Czekamy na Wasze komentarze.

embed

* Kiedyś będzie lepiej... Źródło: memgenerator.net

Więcej o: