Podróże na zaproszenie. Abruzzo z Osservatorio ENIT*

Krajobrazy nie gorsze od toskańskich, wyśmienita kuchnia, średniowieczne miasteczka we mgle - Abruzzo warto odwiedzić nie tylko latem
W Rzymie pada, jest kilka stopni powyżej zera. Cóż, koniec listopada nawet we Włoszech nie zachwyca. Ale naszym celem jest region Abruzzo w środku kraju, ponad 200 km na wschód od stolicy. Z jednej strony jego granicą jest Adriatyk, z drugiej - Apeniny Środkowe. Latem jest tu nieco chłodniej niż np. w Toskanii, a zimy są ostrzejsze. Czy uda się zobaczyć w słońcu sławne z urody krajobrazy?

***

Udało się już następnego dnia. Gdy rozwiały się poranne mgły, ukazały się rudozłote winnice, kolorowe drzewa, z których nie opadły jeszcze liście, rzędy szarozielonych oliwek ("Molti olivetti, molti vignetti" - jak mówią mieszkańcy regionu). Nad nimi ośnieżony szczyt Maielli, górujący także nad piękną doliną rzeki Sangro (Val del Sangro). W sadach i przy drogach dojrzewają mandarynki i cytryny, jest o wiele bardziej zielono niż w Polsce o tej porze.

Niestety, mamy tylko dwa dni na podziwianie krajobrazów Abruzzo. Nie zobaczymy więc żadnego z czterech parków narodowych, nawet najbliższego Lanciano (tu nocujemy) Parco Nazionale della Maiella. W drodze z Lanciano do Guardiagrele przewodniczka opowiada o żyjących w parku wilkach apenińskich, 50 niedźwiedziach brązowych, dzikich kozach (Abruzzo Chamois), ptakach drapieżnych, m.in. orłach. Zbliża się południe, opadają snujące się w dolinie mgły, nareszcie wychodzi słońce. Teraz lepiej widać kolory: brązy, rudości, ciemne zielenie. A drogi w prowincji L'Aquila (jednej z czterech w regionie), choć świetne, składają się właściwie z samych zakrętów. - Tutte curve - mówi z dumą nasz kierowca.

W średniowiecznym Guardiagrele, które poeta Gabriele d'Annunzio nazwał "cittá da pietra" (miasto z kamienia), bo zbudowane jest z białego kamienia z Maielli (pietra bianca della Maiella), spacerujemy główną ulicą - wąską via Roma. Po obu jej stronach stoją zielone choinki w wielkich donicach. Mijamy katedrę Santa Maria Maggiore z wbudowaną dzwonnicą. Na zewnętrznej ścianie dobrze zachowany XV-wieczny fresk Andrea Delitio - ogromny, muskularny św. Krzysztof przenosi przez potok małego Jezusa. Z drugiej strony - w gablocie za szkłem bardzo tu czczona Madonna di Latte (Karmiąca) z dzieciątkiem. Guardiagrele słynie z artystycznych wyrobów z miedzi, żelaza, złota i srebra. Tu żył i tworzył sławny złotnik Nicola da Guardiagrele (1395-1462). Zachowało się niewiele jego dzieł - piękny srebrny krzyż procesyjny zobaczymy niebawem w muzeum w Lanciano. Na via Roma zatrzymujemy się w małej, ale sławnej pasticcerii (cukierni) Lullo Emo, założonej w 1889 r. Jej specjalnością są pyszne ciastka z kremem wyrabiane tylko w Guardiagrele. Zwane są Tre Monti (Trzy Góry) od trzech wierzchołków Maielli, u której podnóża leży miasteczko, albo Sise del Monache (piersi zakonnic) - według legendy dawno temu piekły je klaryski (www.pasticcerialullo.it ).

Krętą górską drogą wracamy do Lanciano. W centrum starego miasta na placu Plebiscytu stoi XII-wieczna katedra pod wezwaniem patronki Lanciano - Madonna del Ponte, gdyż zbudowano ją na rzymskim Ponte Diocletiana. Przechodzimy po jego fragmencie (dziwne uczucie!), patrząc na tyły domów na placu, uboższe i bardziej zaniedbane niż od frontu. Pobliski kościół św. Franciszka kryje prawdziwy skarb regionu Abruzzo - pierwszy potwierdzony Cud Eucharystii. Zdarzył się w VIII w., kiedy podczas mszy odprawianej przez wątpiącego zakonnika wino zamieniło się w krew, a hostia w ciało Chrystusa. Obie relikwie - pięć skoagulowanych kropli krwi i okrągły, cienki kawałek ciała - przechowywane są w ozdobnej monstrancji w stylu neapolitańskim. Co roku przybywają tu tysiące pielgrzymów z całej Europy, głównie Hiszpanie, Niemcy i Polacy (w rankingu turystyki religijnej Abruzzo znajduje się we Włoszech na 6. miejscu). Kiedy wychodzimy na plac, zegar na pięknej białej campanili wybija kolejny kwadrans.

W piątkowy wieczór na kolację w tym katolickim regionie jemy tylko ryby (pyszne!). Ale jest też świecki akcent - rozkoszom smakowym towarzyszy muzyka na żywo. Dwaj artyści śpiewają, akompaniując sobie na gitarze i pianoli włoskie i międzynarodowe przeboje.

***

W słoneczny sobotni ranek wyjeżdżamy w kierunku Pescary i Bari. Autostrada prowadzi Val del Sangro. Wspaniałe widoki na dolinę, znowu rudziejące winnice i gaje oliwne, zagospodarowany każdy skrawek ziemi. Bliżej Vasto pojawiają się fabryki, magazyny - bogaty region Abruzzo jest bardzo uprzemysłowiony, może dlatego rzadziej odwiedzany przez turystów? Po lewej przez chwilę widać błękitny Adriatyk, nad którym leży Vasto - ten fragment wybrzeża nazywa się zresztą Costa di Vasto. W środku miasteczka (20 tys. mieszkańców) potężne mury obronnego Castello Caldoresco, niegdyś własność rodziny Caldora, i katedra San Giuseppe z XIII-wieczną fasadą. Ale kolejny religijny skarb Abruzzo (i kolejny cel pielgrzymek) mieści się w kościele Santa Maria Maggiore - tym razem jest to cierń z korony ukrzyżowanego Jezusa, który Pius IV podarował rodzinie D'Avalos, bardzo zasłużonej dla Vasto, że nie wspomnę o przerażającej mumii męczennika św. Cesario. W XIV-wiecznym Palazzo D'Avalos (przebudowanym w stylu renesansowym) dziś mieści się muzeum archeologiczne i galeria obrazów. Choć trwa remont, do niektórych sal można już wejść. Oglądamy tu m.in. wspaniale zachowany sarkofag z I w. p.n.e. i wysmukłą amforę z tego samego okresu - zostawiono przyczepione do niej muszle z dna morskiego, skąd zapewne została wydobyta.

Obok pałacu zachował się niewielki, pięknie utrzymany ogród św. Klary w stylu neapolitańskim (il giardino napoletano). Rosną w nim kwiaty, ozdobne krzewy, ale przede wszystkim owoce i warzywa. Dawniej, spacerując i podziwiając z góry linię wybrzeża, można było chrupać marchewkę wyrwaną z grządki, pogryzać jabłko zerwane z drzewa (nie wiem, jak jest dzisiaj).

Perłą Vasto jest oczywiście wybrzeże, z najszerszą plażą w regionie. Niestety, oglądamy je tylko z wysokości ogrodu. Widać biały piasek, posąg kobiety na małej skale wystającej z wody i trabucchi - starożytne drewniane mola na wysokich palach, wysunięte daleko w morze, z których rybacy łowili ryby już w XIII w. (nazwa pochodzi od nazwiska zakonnika Stefano Traboschiego, który opisał je w rękopisie z 1400 r.).

Za to z bliska oglądamy po południu gospodarstwo agroturystyczne (jemy tu też obiad) w pobliżu miasteczka Scerni, w samym sercu Montepulciano d'Abruzzo. Dotychczas kojarzyłam tę nazwę z winem, teraz wiem, że winorośl, z której powstaje, rośnie w pięknej, pagórkowatej okolicy, z ośnieżonymi szczytami Apeninów na horyzoncie. W słońcu błyszczy tłusta, żyzna ziemia. Mieszkańcy tej cudnej krainy wbrew zaleceniom UE nie wprowadzili monokultury i nie zrezygnowali z uprawy winorośli, oliwek, papryki, wyrobu serów czy z hodowli świń. Powołali Accademia della Ventricina (www.ventricina.com ), której głównym, sławnym produktem są salumi, rodzaj salcesonu z dodatkiem czerwonej papryki. Gospodarz najpierw pokazuje nam zagrody z czarnymi świniami (karmi się je żołędziami z gór, niektóre osiągają 250 kg wagi), potem laboratorium (przez szybę, bo mogą tam przebywać tylko pracownicy), na koniec gotowe salumi w kształcie szynek. Nie dodaje się żadnych konserwantów - świetnie się przechowują w świeżym, górskim powietrzu. Od nich też zaczynamy obiad (nie jadam mięsa, więc nie opiszę, jak smakują). Nie opiszę też smaku wina i oliwy, trzeba ich po prostu spróbować - koniecznie w Abruzzo...

* Włoska Izba Turystyki w Polsce, ul. Nowy Świat 39, 00-029 Warszawa, tel. (22) 826 34 88, faks 826 34 89

www.enit.it