Nasz dom to skłot

"O dziewiątej rano przyszła atanda. Osiem osób. Przebrali się za rogiem. Kominiarki, mundury jak antyterroryści, sprzęt do wyważania drzwi, w rękach łomy i pałki" - mówią Polacy mieszkający do niedawna na największym skłocie w Londynie. "Kazali nam znikać"- cytują.

O polskich skłotersach na Clapham pisały w środę największe londyńskie popołudniówki. "Skłotersi eksmitowani w wyniku skarg milionerów", "Mieszkańcy pustostanów wyrzuceni z osady naprzeciw posesji wartych ponad milion funtów", "Skłotersi zwrócą całe osiedle" - to tylko niektóre z tytułów, jakie trafiły na łamy gazet.

Artykułom towarzyszyły obszerne fotoreportaże. Zdjęcia przedstawiały komorników przecinający kłódki i łańcuchy, asystujących im policjantów i strażników pilnujących wejść do budynków. Kolejne fotorelacje pokazywały młodych mężczyzn w pośpiechu wywożących swój dobytek w wózkach z supermarketu. Nie zabrakło też zdjęć matek i dzieci.

Zdaniem samych skłotersów wizja brytyjskiej prasy, zbudowana na podstawie "wyrwanych z kontekstu obrazków" tylko częściowo pokrywała się z prawdą.

Od rana czekamy na vana

W środę o szesnastej na Limerick Close są już tylko nieliczni. Siedzą przy postawionym na chodniku stole. Obok nich dwa rowery i motocykl. Żartują ze strażników, którzy pilnują, aby nikt nie dostał się na teren pustych posesji. Wyglądają przeciętnie. Jeden z nich ma długie dredy. Nie są zaniedbani ani wyczerpani przeprowadzką. Czekają. Na co? Chyba sami nie do końca wiedzą. Śmieją się, że "od rana czekają na vana", ale on "coś nie przyjeżdża". Głównym tematem rozmowy jest oczywiście eksmisja.

- We wtorek dostaliśmy informację, że przyjdą. Właściwie dowiedzieliśmy się o tym przypadkowo od policji. "Jutro was tu nie będzie. O dziesiątej macie eksmisje i fajnie by było, jakbyście się już spakowali i nie robili problemów" - tak nam powiedzieli - opowiada Tomek, wśród znajomych znany jako Landlord. Wygląda na dwadzieścia kilka lat. Jest krótko ostrzyżony, ma na sobie krótkie spodenki i przeciwdeszczową kurtkę.

- Wiara pouciekała już wcześniej. Było wiadomo, że sprawa jest przegrana i kiedyś się zjawią. My zostaliśmy do końca, bo nie znaliśmy daty. Zazwyczaj jest data. Wiadomo, że dokładnie do tego dnia trzeba uciec - tłumaczy siedzący obok Sebastian.

W rozmowę włącza się też Olo, który przed chwilą przyjechał na motocyklu. - Były dwie sprawy sądowe. Najpierw pierwsza - wygraliśmy ją, bo któryś ze skłotersów znalazł jakieś niedociągnięcia w prawie. Potem była następna i ją przegraliśmy. A później przyszedł papier, że od ósmego sierpnia wyrok jest prawomocny i nastąpi eksmisja - opowiada. - Większość to byli tutaj Polacy, ale też Argentyńczycy, Włosi, Hiszpanie. Razem cztery bloki ludzi. 48 "flatów". Jakieś 150 osób. Tak na prawdę była tylko jedna rodzina z dzieckiem. Anglik i Hiszpanka - wyjaśnia.

Dużo ludzi zostawiło swoje rzeczy, wzięli tylko te najpotrzebniejsze. Reszty po prostu nie mieli, gdzie zabrać - dodaje.

Weszliśmy, zajęliśmy, zamknęliśmy

Bloki zajmowane do tej pory przez skłotersów na Clapham wyglądają zwyczajnie. Cztery trzypiętrowe budynki. Trzy z białej i jeden z czerwonej cegły. Pod oknami stoją zaparkowane samochody. Jak ktoś się uprze, to znajdzie kilka śmieci. Nic nadzwyczajnego. Wejścia na "osiedle" od rana pilnują strażnicy. Nikomu nie pozwalają przekraczać wyznaczonej przez siebie linii.

- To były normalne mieszkania. Nie było tylko pralek - opisuje wspólny "dom" Seba. - Wejść było łatwo. Na dole tylko kilka blach w oknach. Weszliśmy, zajęliśmy, zamknęliśmy.

Niektórzy musieli doładowywać prąd czy gaz. Inni mieli zwykłe łącza. Jedni płacili miesięcznie, większość wcale. Zaraz później Seba sprzedaje receptę na znalezienie "taniego" mieszkania w Londynie. - Skłota szuka się idąc po ulicy. Rozglądając się. Puste mieszkania rzucają się w oczy. Przechodzi się raz, drugi. Nawet blachy nam nie przeszkadzają. To są nasze domy - wiemy jak je otwierać - śmieje się.

Świat po drugiej stronie ulicy

Polscy skłotersi wiedzą, co dobre. Ulica, na której zamieszkali, Atkins Road, to bardzo dobra lokalizacja. Stosunkowo blisko do centrum, czysto, spokojnie. Nie dziwi więc fakt, że właśnie na nią się zdecydowali.

Mniej z takich "sąsiadów" zadowoleni są lokalni mieszkańcy. Po drugiej stronie drogi jeden obok drugiego stoją warte co najmniej milion funtów domy. Życie toczy się tam znacznie spokojniej. Chodnikiem spacerują rodzice z dziećmi i staruszkowie. Ten obraz kontrastuje z siedzącymi na chodniku razem z całym dobytkiem Polakami. Okazuje się, że to właśnie mieszkańcy "lepszej strony" interweniowali u lokalnych władz o rozwiązanie kwestii skłotersów.

Sąsiadom dziwi się Landlord: - Tu nigdy nie było ani głośno, ani brudno. Nigdy nikt nie zwrócił nam uwagi. Nie było żadnej interwencji policji - zarzeka się. - Co tydzień wystawialiśmy śmieci. Kazali sortować to sortowaliśmy. Jedzeni osobno, butelki osobno. Co tydzień w środę. Nie było syfu na ulicy - zapewnia.

Swoje trzy grosze dorzuca Olo: - Nie znaliśmy nikogo z drugiej strony ulicy. My mieliśmy nasz świat tu, oni tam. Smutne, ale prawdziwe.

Wszystkie drogi prowadza na skłot

Z Limerick Close prowadzi tylko jedna droga. Na kolejny pustostan. - Stąd pójdziemy na nowe skłoty. Zarabiamy 150 albo 200 funtów tygodniowo. To raczej nie jest dużo. Trzeba kupić "trawelkę" i coś jeść. Jak przyjechałem do Londynu, to jadłem chleb za 15 pensów z Lidla, najtańsze masło, najtańszą szynkę. Dobrze pamiętam te czasy. Cztery miesiące tak jadłem. Skłoty to jedyna alternatywa dla naszych zarobków. Gdybym miał 300 funtów, to bym wiedział, że mogę spokojnie iść na jakąś dwójkę. Wiadomo, osiem dych, stówka. A zarabiając dwieście od poniedziałku do soboty? To jest nic - zauważa Seba.

Gdyby dostali szanse zostać, za takie kwoty jak np. mieszkania councilowskie, to pewnie by zostali. - Co do tego miejsca są już plany. Tu już nigdy nie wrócimy. Rozmowa jest tak owocna, że w jej trakcie udaje się nawet znaleźć rozwiązanie dla problemu squattingu w Londynie. - Te chaty, które stoją puste - pustostany, trzeba po prostu rozdać ludziom. Niech normalnie płacą. Jeszcze na tym miasto zarobi. Tego jest tyle, że się w pale nie mieści - wpada na pomysł Sebastian. - Takie eksmisje nic nie dają. Tak to przynajmniej mieli nas w jednym miejscu. A teraz otworzymy inne domy i rozproszymy się po mieście - dodaje Landlord.

Do Polski nie chcą wracać. Chyba, że będą mieć pracę i mieszkanie. Nie chcą mieszkać "u matki pod dachem". Dobre chłopaki.

Squat, squaters, squatting

Zajęcie opuszczonego domu czy mieszkania prawo wielu krajów uważa za przestępstwo. W niektórych państwach postrzega się je jednak tylko jako konflikt między właścicielem i zamieszkującym posesję. Squatting, czyli zamieszkiwanie pustostanów, wiele osób uważa za część współczesnej ideologii anarchistycznej. Squatersi sądzą , że zaspokojenie własnej potrzeby, w tym przypadku znalezienie lokum, jest ważniejsze niż prawo. W takim rozumieniu squaty stają się jednak nie tylko miejsce zamieszkania, ale też pełnią role centrów alternatywnej kultury.

Występują w większości większych miast w Europie. Nawet w Polsce można je znaleźć m.in. w Poznaniu (Rozbrat), Wrocławiu (Era Kromera, Centrum Reanimacji Kultury, Wagenburg), Warszawie (Fabryka, Elbląska), Krakowie (Wielicka), Gliwicach (Krzyk), Częstochowie (Elektromadonna), Białymstoku (DeCentrum) i Sosnowcu (M9). Squaty cieszą się szczególna popularnością w Barcelonie, Amsterdamie, Rzymie, Genewie i Berlinie. Największe "miasto" w mieście znajduje się w kopenhaskiej Christianii.

Także spora część Londyńczyków uważa squatersów za osoby nadające "klimat" stolicy.

- Squatting to jedna z najlepszych rzeczy w tym mieście. Dlaczego domy mają stać puste, skoro wybudowano je po to by mieszkali w nich ludzie? - pyta na internetowym forum Isis. Chodzi tylko o pieniądze. Dlaczego mam się martwić, że ci ludzie skończą na ulicy, skoro marnują moje podatki mieszkając w domach, które do nich nie należą? Ponieważ wszyscy jesteśmy ludźmi - odpowiada.

Przeczytaj także jakie zmiany w systemie wspierania bezrobotnych szykuje brytyjski rząd.