Niemal w każdym polskim domu w Londynie pojawi się jakiś tradycyjny element Świąt Wielkanocnych. Częściowo dzięki poczcie, częściowo dzięki inwencji Polaków.
Mieszkający od 2 lat w Londynie Tomek szykuje się psychicznie do gotowania żurku. Nie pochodzi z tradycyjnej rodziny, więc nie zagania żony do kuchni (choć też żona będzie się w niej nieśmiało udzielać), tylko sam planuje menu, stosunkowo konserwatywne. Żona dostała zakaz kupowania mięs do żurku, bo Tomek jest przekonany, że wie, co i jak zrobić.
- Muszę sam dobrać mięso, bo wiem, jaki żurek jest najbardziej aromatyczny. Musze też iść do kościoła ze święconką, bo uważam, ze będzie to przedziwne doświadczenie- zobaczyć setki Polaków w angielskich, zwykle pustych kościołach, jak święcą jajka. Żona zostaje, bo ona zupełnie odwrotnie, akurat nie ma ochoty zobaczyć setek Polaków z koszyczkami w angielskich kościołach, wiec się trochę pokłócimy, jak to zwykle w święta, ale mniej niż w Boże Narodzenie- śmieje się Tomek - No i musimy rozwiązać problem braku baranka. Chyba pożyczę go ze święconki znajomych...
Robert, muzyk, i Ewa dostali paczkę z Polski, w której znajdowały się wędliny, baranek i koszyczek, już gotowy do święcenia. Uznali, że mięsa kupione w Wielkiej Brytanii nie będą tak dobre, jak te, przesłane przez bliskich. Sami są bardzo tradycyjni i ogromną wagę przywiązują do duchowego aspektu Świąt. Co jednak podkreślają, nie chcą tego nikomu narzucać.
- Pomysł siedzenia w pubie w święta, jak to się zdarza tubylcom, zupełnie do mnie nie trafia. Nie oznacza to, że potępiam Brytyjczyków. Jak spędzają swój wolny czas - to ich prywatna sprawa. Ja mam po prostu inne potrzeby, chce uniknąć ślepej konsumpcji - opowiada Robert, który jest w Londynie trzy lata- Oczywiście, będziemy smacznie jeść, ale też umówiliśmy się z moimi znajomymi, Polakami, że wybierzemy się do muzeów, że pójdziemy na spacer. Pub jednak wykluczam.
Maja w niedzielę organizuje wielkie przyjęcie, na które każdy gość ma coś przygotować. Będzie dużo jedzenia z rożnych kultur, bo, jak zapowiada, spotkanie będzie wielonarodowe.
- Nie mam pojęcia, co z okazji świąt jedzą na przykład Rumuni. U nich zresztą święta wypadają później. Ma się pojawić Rumunka i coś przynieść. My oczywiście, ze strony polskiej, będziemy mieć żurek i pieczony schab. Ale ja przygotuję też coś mniej tradycyjnego, być może jakieś sałatki inspirowane kuchnią włoską? Zdecydowanie coś z akcentem wiosennym. Znajomi pójdą do polskiego kościoła na Ealing i tam poświęcą koszyczek, który dostali paczką z Polski, wiec będziemy mogli się podzielić święconym jajkiem.
Sąsiedzi Mai, Brytyjczycy, dowiadywali się niedawno, jak spędza się w Polsce święta Wielkanocne. Zainteresował ich szczególnie śmigus - dyngus, której to tradycji zupełnie nie mogą zrozumieć.
- Nie wiem, czy ich brutalnie uświadomię w tym roku, na czym dokładnie śmigus dyngus polega Chyba nie, bo to starsi i stateczni ludzie. Przyjeżdża do nich wnuczka, więc może jej wyjaśnię - żartuje Maja. Wnuczka, Walijka, ma zawsze w święta za zadanie znaleźć w ogródku ukryte słodkości i zabawki. Dopiero, gdy jej się to uda wszyscy zasiadają do stołu.
- Myślę, że w tym roku przyniesiemy im trochę żurku, żeby spróbowali. W Boże Narodzenie dostaliśmy od nich Chritsmas pudding. Żurek łatwo zdobywa sobie entuzjastów, więc i tym razem liczę na jego urok osobisty.
Zrobienie dobrego żurku, jest trudne bez porządnego zakwasu. I ten najczęściej przybywa do Wielkiej Brytanii droga lotniczą z Polski. Ale niektórzy mają też inny sposób.
Kasia, która studiuje w Londynie i po raz pierwszy postanowiła spędzić święta z dala od domu (wcale nie jest jej z tym łatwo), chce spróbować odtworzyć świąteczną tradycyjną atmosferę, a wiadomo, że żurek to połowa sukcesu.
-Mam kilka żurków w proszku, więc będę je doprawiać - wyjaśnia. - Bez żurku i koszyczka nie ma świąt. Trudno by mi było tak zupełnie się odciąć od tych tradycji, znam z domu. Muszę więc przenieść je na londyński grunt. Choć bez bliskich może być trochę smutno.