Myślę sobie w cichości ducha - ale poszaleję, nikt mnie tu nie zna, mogę sobie poudawać Greka, użyć jak przysłowiowy pies w studni, nikt mnie nie zauważy. Łapanie się na takich obcesowych myślach graniczy z bezdenną głupotą, bo ani nie mieszkam w Irlandii od wczoraj, by czuć się w niej obco, ani wczoraj z Polski nie wyjechałam, by obecność Polaków na obczyźnie stanowiła dla mnie jakikolwiek pozytywny to czy negatywny bodziec. A jednak, z głębi podświadomości wyłania mi się niewygodne przeświadczenie, że wszechobecność rodaków stawia mnie na pozycji cenzurowanej.
Pomimo tego, że jako naród mamy tendencje do traktowania się nawzajem z nieufnością często graniczącą z agresją, potrafimy również rozpoznawać się wzajemnie bez najmniejszego wysiłku i w niektórych sytuacjach zbijać się w stada jak gęsi, gęgając sobie radośnie i obcokrajowo pośród nic nierozumiejących a najwyraźniej nieobojętnych tłumów autochtonicznych. Wbrew założeniu, że Polak Polakowi na obczyźnie wilkiem, lgniemy do siebie nieodparcie przyciągani, wydawać by się mogło, przemożną siłą potrzeby porozumienia. Podczas, gdy sytuacje tego typu są zupełnie zrozumiałe wśród osób prywatnych, dziwią mnie one w takich przypadkach jak tak często obecnie spotykane zachowania Polaków wykonujących usługi publiczne. Z moich obserwacji wynika, że osoba taka, czy to ochroniarz, parkingowy, kasjer czy inny public service employee w momencie, gdy tylko upewni się, że jego klient czy adwersarz pochodzi z kraju nad Wisłą, poczyna radośnie doń mówić po polsku.
Boże broń mnie przed odpolszczeniem czy nienawiścią do ojczystego języka. Nasuwa mi się jednak refleksja, że tworzenie sytuacji, w której trzech ochroniarzy pilnujących zawzięcie wejścia do szpitala mówi po polsku nie zważając na obecność pacjentów i osób wizytujących, które w znacznej, nie chcę bowiem powiedzieć znakomitej, większości językiem tym nie włada, oraz zwracanie się do rozpoznanych Polaków w rodzimym języku zakrawa na izolowanie się od społeczeństwa, którego powinniśmy stać się spójną częścią. W moim pojęciu powstają w takich przypadkach przesłanki jakiejś mafijności naszej grupy narodowościowej. Nikt mnie nie przekona, że gdyby podobna sytuacja zaistniała w Polsce, bylibyśmy, jako naród autochtoniczny, szczęśliwi. Proszę sobie wyobrazić, że idąc w odwiedziny do chorej matki natykamy się w drzwiach szpitala na grupę rosłych mężczyzn prowadzących mniej lub bardziej wesołą rozmowę w jakimś obcym a niezrozumiałym dla nas języku, powiedzmy rumuńskim. Poczucie alienacji we własnym kraju pojawia się natychmiast i bynajmniej nie przyczynia się do naszego pozytywnego wizerunku danej grupy etnicznej.
Ryzykując odrobinę kontrowersji uczynię niniejszym wyznanie natury osobistej: nie czuję się dobrze, gdy się do mnie pracownik publiczny zwraca po polsku. Mam wrażenie, że przylepia mi się etykietę z napisem made in Poland, która, choć nie przynosi wstydu, nie powinna być, moim zdaniem, noszona na zewnątrz ubrania, że się tak wyrażę. Dodatkowo, gdy już pan ochroniarz, zupełnie miły i kulturalny notabene, zaczyna mówić do mnie w języku ojczystym, to pomimo oporów względem nieodpowiedniości zaistniałej sytuacji, czuję się zobowiązana odpowiadać mu w tym samym, po to chociażby, by obrażony pan nie zabronił mi wejścia na teren kliniki, co prawdopodobnie leży w jego gestii.
Sytuacje tego typu są prawdopodobnie zrozumiałe pośród tej części naszej społeczności, która nie włada językiem angielskim. Dla nich obecność rodaków na stanowiskach, na których ich pomoc bywa niezbędna jest bardzo mile widziana, a możliwość komunikacji warunkowana ich znajomością polszczyzny gwarantuje sukces przeprowadzenia zamierzonego planu. Chciałabym jednak, by tam, gdzie na forum publicznym możemy nie afiszować się swoim odmiennym kodem, udawało się nam pokazać wszystkim zainteresowanym, że, mimo, iż Polacy nie gęsi, to mają nie tylko swój język, ale częstokroć władają kilkoma innymi.
źródło: Polski Express