Samotne Święta emigrantów

Nie ma emigracji bez samotności - twierdzą zgodnie polscy emigranci w Irlandii. Najtrudniej znieść ją w Święta.

Nowy serwis dla Polaków w Irlandii

Samotność może dopaść nas wszędzie, w różnych okolicznościach i o każdej porze. Jednak poczucie wyobcowania jest bardziej odczuwalne, gdy los rzuca nas w nieznane. Tak, na przykład, dzieje się na emigracji. Oderwani od rodzin, przyjaciół, swojskich klimatów stajemy twarzą w twarz z nieznanym: z nową rzeczywistością, kulturą, z nowym językiem ale też, a raczej, przede wszystkim stajemy sami.

Samotność w Irlandii

Piotr wyciąga z portfela zdjęcie. - Proszę, zobacz - mówi - Oto moje prawdziwe życie. Na zdjęciu rozpromieniona twarz mężczyzny obejmującego żonę i córkę. Nie ma cienia wątpliwości, że ten człowiek zostawił serce w Polsce. - Dopóki nie przyjechałem tutaj nie wiedziałem, co to samotność. Prawdę mówiąc, to nigdy nie zastanawiałem się nad jej sensem - przyznaje Piotr. Opuszczając dom doskonale wiedział, że nie będzie łatwo, ale nie przypuszczał, że aż tak trudno. - To była nasza pierwsza rozłąka od chwili ślubu, a minęło już ponad 15-lat - mówi. Gdyby nie utrata pracy (zamykali firmę) nawet przez chwilę nie pomyślałbym o wyjeździe. - W zasadzie to do wyjazdu przekonali mnie znajomi i kuzyn, który już na dobre zadomowił się Dublinie. "Jedź, nic nie tracisz, zrobisz trochę, zobaczysz nowe miejsca" - przekonywał. - I przekonał - przyznaje Piotr. - Jednak już po miesiącu wiedziałem, że to nie dla mnie, że nie dam rady.

Piotr wraca do Polski, już za kilka tygodni...

Andrzej odwrotnie, wyjechał z kraju właśnie z powodu tęsknoty za utraconą rodziną. Jego była żona zdecydowała się na wyjazd do Irlandii i zabrała ze sobą ich syna. - Na początku myślałem, że to tylko na chwilę, na wakacje - wspomina Andrzej.- Gdy powiedziała mi, że wysyła małego do szkoły w Dublinie, przestałem wierzyć w ich powrót. Miałem w Polsce własną firmę, małą ale dość dobrze prosperującą, nigdy nie myślałem o wyjeździe za granicę. Jednak po pół roku rozłąki z moim dzieckiem wiedziałem, że nie mogę żyć z dala od niego. Spakowałem walizkę i oto jestem, sam w obcym kraju, ale nie samotny. Spędzam z moim synem każdą wolną chwilę i cieszę się tym co mam.

Andrzej przyznaje, że nie potrafiłby żyć z dala od bliskich. Nie ważne gdzie, byle razem - oto jego dewiza.

Klikając zabijam samotność

Zmęczeni samotnością emigranci często szukają bratniej duszy w Sieci. Dla wielu z nich Internet jest miejscem, gdzie spełniają się marzenia, a zwłaszcza te o drugiej połowie.

Tomek, od 3 lat w Irlandii, ma już za sobą kilka związków i każdy z nich zaczął się w wirtualnym świecie. Dlaczego tą drogą? - Bo tak jest prościej i szybciej - kwituje. - W Polsce było inaczej, miałem więcej znajomych, ci zaś innych znajomych. Wspólne imprezy, wypady, no i rzecz jasna nowe znajomości i nowe miłości - mówi. - A tu każdy zajęty sobą, zarabianiem i odkładaniem. Nie ma czasu na życie towarzyskie.

Kacper też wybrał "neta" bo - jak twierdzi, są na siebie skazani. - Wracam do domu, a tam jedynie komputer na mnie czeka - i jak tu się nie zaprzyjaźnić? Włączam, kilka kliknięć i już jest pełno ludzi, pełno słów, które w pewien sposób wypełniają ciszę, łagodzą poczucie samotności.

Nie ma emigracji bez samotności to fakt, który po prostu trzeba zaakceptować i nauczyć się z nim żyć -twierdzą zgodnie emigranci

Kasia i Ewelina też wybrały wirtualne życie towarzyskie. To ich antidotum na "stęsknione serce". Rozmawiają na czatach, przez skypa z rodzinami, na GG ze znajomymi, wysyłają maile. Jednak wszystko to daje jedynie złudne poczucie bliskości. Nic nie jest w stanie zastąpić bezpośredniego kontaktu z drugą osobą; przegadanych nocy, uścisku rodziców, kuksańca od brata. Dlatego tęsknią, dlatego doskwiera im samotność, dlatego czują się źle.

- Wirtualny świat jest sposobem ucieczki przed samotnością, przed pustym pokojem i ogłuszającą ciszą. To próba wybudowania fikcyjnego połączenia emocjonalnego z druga jednostką - mówi psychoterapeuta Krystian Fikert. Za pomocą różnego rodzaju medium, można wypełnić lukę, która rodzi się w chwilach samotności, gdy brakuje nam bliskich.

Razem, lecz obok

Inna grupa, to tak zwani "samotni inaczej" .Pozornie mają wszystko: rodziny, przyjaciół, znajomych. Jednak z dnia na dzień czują się coraz bardziej wyobcowani, nierozumiani, źle im wśród ludzi. Dwadzieścia cztery godziny sam na sam z samotnością, która świdruje coraz to większą dziurę w głowie, wyciska coraz więcej łez, zabiera słowa. Podobno człowiek jest sam na świecie, a tylko czasami spotyka kogoś, kto potrafi wypełnić tę pustkę.

- Mam męża, wspaniałą córkę, przyjaciół jeszcze z czasów studenckich (oni też podzielili mój los emigranta) a mimo to czuje się samotna. Dla mnie to nic, podobnie było w kraju, ale tu czuję, że coraz bardziej oddalam się od świata - mówi Małgosia.

Podobnie Marek, nie może odnaleźć się wśród tłumu, a dublińskie życie nie pomaga mu w tym, wręcz przeciwnie. - Zawsze miałem problemy z nawiązywaniem kontaktów, nigdy nie brylowałem w towarzystwie - wybierałem rolę obserwatora. Jednak teraz ta rola zmienia się w bierne wegetowanie, oczekiwanie niewiadomo na co - przyznaje. Marek oczywiście chciałby to zmienić, ale jak, od czego zacząć? Zwłaszcza tu, w obcym kraju, pośród mnogości kultur i różnorodności języków.

Oswoiłam samotność

Dla Weroniki każdy dzień jest taki sam. - Codziennie rano zastanawiam się, po co w staję. Po południu myślę o powrocie do kraju, a wieczorem zalewam się łzami. I tak w kółko - mówi. To nie jest reakcja na nowe miejsce, bo jest tu już od 2 lat. To echo męczącego ją od dawna pytania, dlaczego właśnie ją to dopadło, dlaczego to ona jest sama! - Powoli zaczynam myśleć, że tak już będzie zawsze, że jestem skazana na samotność. Zaczynam tracić wiarę w samą siebie i nawet jeśli poznaję kogoś nowego, staram się utrzymać bezpieczny dystans - zwierza się Weronika.

- Spotkana nużą mnie i denerwują, a jak już muszę z kimś rozmawiać, to są to tylko słowa. Nie czuję żadnego kontaktu, relacji z tymi ludźmi, wszystko jest płaskie i sztuczne - mówi natomiast inna emigrantka, Marta. - Jestem młoda i powinnam teraz spijać śmietankę życia, a ja po prostu nie mam na to ochoty. Nie chce walczyć ze swoją samotnością, oswoiłam ją i razem jest nam - no może nie dobrze - ale znośnie, a już na pewno bezpiecznie. To lepsze niż kolejne rozczarowanie - z przekonaniem kwituje Marta.

- Nie można powiedzieć, iż ktoś jest skazany na samotność - uważa jednak psychoterapeuta Krystian Fikert. - Czasami jednak los płata nam figle, rzuca w nieznane, wystawia na próby, skazuje na walkę z tęsknotą i samotnością. Dla wielu osób właśnie emigracja jest takim meandrem losu.

źródło: http://www.polskiexpress.ie