Tekst i zdjęcia: Sławomir Orłowski Galeria, zdjęć - USA - Los Angeles - Beverley Hills
Miasto cechuje niezwykle przyjemny klimat. Latem jest tu rzadko powyżej 35C i rzadko poniżej 15C w zimę przy niskiej wilgotności. Nas pod koniec lipca zastało przyjemne suche 28C. Niecałą godzinę od przekroczenia city limit byliśmy przy słynnej alei gwiazd, zaskoczyła ona nas miło mnogością pustych parkometrów (rzecz niebywała w NY City). Wiec za 8 quarterek zaparkowaliśmy nasza Sienne przy samej alei gwiazd. Po odnalezieniu gwiazdy Harisona Forda, Dolly Parton , kosmonautów, Sylvestra Stalone rozejrzeliśmy się wokół. Cóż zabudowa wokół Hollywod Blvd. Jest, delikatnie mówiąc, nie specjalna, maksymalnie 1-3 piętrowe papierowe budynki, każdy ''z innej parafii'', sporo naprawdę zapuszczonych, wrażenie raczej słabe. Nie było nawet co fotografować mimo szczerych chęci. Obok na Highland wpadliśmy na sklep z rzeczami gwiazd i nasze kobiety spędziły w nim 3 razy tyle czasu co na słynnej alei gwiazd.
Centrum z typowymi dla USA drapaczami w LA jest dziesięciokrotnie czystsze niż dobrze nam znane nowojorskie ale tez dziesięciokrotnie mniej barwne, mniejsze i przez to mało atrakcyjne zdjęciowo. Co ciekawe pomimo ze LA ma największą liczbę teatrów w USA ponad 90, to przemysł filmowy nie jest wcale głównym jego źródłem dochodów (jedynie źródłem sławy międzynarodowej) ale produkcja, stąd słynny wieczny smog nad miastem. City of Angels jak jest romantycznie nazywane jest największym ośrodkiem przemysłowym USA!
Czekał nas nocleg na słynnej Sana Monica gdzie ceny hoteli zaczynają się od 200USD za noc, nam udało się zarezerwować 6 miesięcy prędzej nocleg za 75$ na dobę za pokój z dwoma ''king size'' łóżkami. Cenę z żalem potwierdził w recepcji właściciel, z żalem bo odprawił z kwitkiem świeżo przybyłych gości gotowych zapłacić 150$ za miejsce. Motel totalnie zaniedbany, obsługa kolorowa co nie jest zaskoczeniem, bo biali nie są najliczniejszą etniczną grupą w LA, 47% mieszkańców mówi po hiszpańsku a tylko 42% po angielsku. Wystrój motelu i pokojów jak z czasów PRL-u. Ale co tam, nocujemy na Santa Monica, 300m od oceanu (w tym 200 metrów plaży) i słynnego molo. Właściwością Californi jest ze im bliżej oceanu tym zimniej, na samej plaży temperatury nawet w lipcu rzadko przekraczają 27C, za to z niemalże każdą milą w głąb lądu potrafiła wzrosnąć o 1C. Niestety na Santa Monica nie spotkaliśmy żadnych bombshellow ani kuzynów Arniego, tłum był raczej nijaki. Nocleg za to był wpadający w pamięć, rozbawione towarzystwo imprezowało do 5 tej rano. Gdy już mieliśmy nadzieję że wacko poszli spać i mamy 3h snu w ostatnim zrywie niczym koguty poszli przywitać świt na balkonie hotelowym przeciągłym wyciem. Cóż spanie w "tanich" motelach daje możliwości poznania bezpośrednich potomków zdobywców dzikiego zachodu wciąż jeszcze dzikich.
Kolejny dzień, kolejne wyzwania. Dziś celem jest słynne Beverly Hills, dzielnica mająca zaledwie ok. 35.000 mieszkańców, średnia cena domów w Beverly to skromne 2.2mln co daje dzielnicy 1-sze miejsce w USA jeśli chodzi o ceny nieruchomości. Ale podobno zdarzają się małe domki poniżej 300m2 w cenach poniżej 1mln, tylko trzeba czekać na okazje. Same okolice już wyglądały ekskluzywniej, widać było że jedziemy we właściwym kierunku.
Wpadamy i wypadamy z butików na Rodeo i znajdujemy jeden z cenami, są w nim szklane pociągi i inne wyroby kolekcjonerskie w cenach od 20-40tys dolarów. Muszę przyznać ze są wykonane z dużą dbałością o szczegóły i gdy przyciąć jedno zero uznałbym to za realną wartość. Ale jak mówią "price is in the eyes of the gold credit card beholder". Musze dodać że wyglądamy podejrzanie i w każdym sklepie ochrona depcze nam po piętach, niezrażeni, niestrudzenie szukamy czegoś dla siebie. Na rogatkach Rodeo Dr. znajdujemy sklep nieznanego nam projektanta. Jego szmatki wyglądają naprawdę normalnie, oczywiście brak cen, znajdujemy najzwyklejsza koszulkę na ramiączkach w nie najmodniejszym kolorze tego sezonu i z wieka nadzieja w głosie pytamyelegancką panią z obsługi ile to kosztuje ? Zanim jednak elegancka pani z idealnie wyważoną nutka ironii, pobłażliwości i współczucia w głosie udziela nam odpowiedzi ochroniarze niczym wygłodniałe sępy zacieśnili kręgi wokół nas: 700USD pada odpowiedz, na co wymuszamy uśmiech i w pośpiechu ewakuujemy całą grupę i wracamy do rzeczywistości. Dociera do nas, że gdyby na Rodeo sprzedawano zapałki to kosztowałyby 20$ za paczkę, wnuki będą musiały zadowolić się zdjęciami.
Kolejna noc wśród wnuków zdobywców dzikiego zachodu, tym razem dali spać już od 3-ciej, wiec i dla nich jest nadzieja. Ostatni punkt programu to Universal Studios.
16km od hotelu udało nam się przejechać w 1h i nie wiele dłużej wieczorem w godzinach szczytu, jest to możliwe w LA miejscu gdzie jest tyle samochodów co ludzi bo główne arterie są 4 pasmowe (na stronę oczywiście). To tu nakręcono Szczeki, ET (Spielberg), Rzecz (John Carpenter), Pożegnanie z Afryka, Powrót do Przeszłości, Park Jurajski, Wodny Świat, Apollo 13, Terminatora, Gladiatora. Universal to prawdziwe city zaczym z parkingu udało nas się dojść do wejścia do budek z biletami minęliśmy pół kilometra zaparkowanych samochodów, 1km sklepów o tematyce filmowej i przeróżnych restauracji, głośno i kolorowo. Pierwszego odwiedziliśmy Frankensteina wyskakujące ze ściany trupy wilkołaki wycie ryczące godzille, cóż chyba wyrośliśmy, wrażenie za to zrobiła wspaniale wyposażona sala tortur, nie powstydził by się jej żaden dyktator. Potem przyszedł czas na Universal Tour. Zostaliśmy zapakowani w rodzaj tramwaju którym objechaliśmy miasto filmowe, które szczyci się największa ilością zrobionych filmów. Każdego dnia kręci się tu około 9-ciu różnych filmów, nie jest to sztuka tylko prawdziwy przemysł filmowy jak jest zresztą nazwany.
Około 40 wielkich hangarów, każdy mający wystarczająco miejsca, aby pomieścić dekoracje w skali 1:1 dla większości filmów. Dane nam było zobaczyć sceny filmowe z wielu westernów, przeżyć powódź. Następnie przejeżdżaliśmy przez most i przewodnik objaśnił, że właśnie pojawiło się doniesienie o trzęsieniu ziemi, most pod nami zadrżał, popękał i spadliśmy... jedyne 20cm w dół, ale wrażenie było o wiele większe. Oczywiście symulacja i po chwili się sam zrekonstruował. Most hydrauliczny grał już w kilku filmach i zagra pewnie w jeszcze nie jednym, recycling scen filmowych jest tu na porządku dziennym. Kolejną wartą wspomnienia atrakcją był przejazd przez jeden z hangarów, w których kręcą filmy. Przeżyliśmy kolejne, dość realistyczne trzęsienie ziemi, wybuch pożaru w metrze, na naszych oczach spowodował on wykolejenie się metra, zawalił się peron, oczywiście wszystko to realistyczne makiety w skali 1:1 potężne efekty dźwiękowe i masę hydrauliki w służbie inżynierów plus wielka Hollywoodzka wyobraźnia. Wszystko to robi wrażenie. Film, który ma o wiele mniejszą rozdzielczość niż nasze oko rejestruje na żywo, nie pozwala odróżnić tych wyrafinowanych dekoracji od rzeczywistości. W rzeczywiści widać jednak było ze mamy do czynienia z fikcja niestety nasza 4 letnia córka nie potrafiła tego dostrzec i każda pokazówka kończyła się głośnym szczerym płaczem, prawdziwa rozpacza z powodu kolejnej nieuchronnej straty życia.
Ostatni punkt programy to słynna scena z wojny światów Stevena Spielberga gdy widzimy rozbity jumbojet Boeing 747, tym razem realizm był 100 procentowy, nie byłem w stanie zauważyć żadnej fikcji: porozrzucany wokół dobytek na przestrzeni kilkunastu arów, może nawet prawdziwy jambojet (tak zapewniał przewodnik) jest w wielu kawałkach, oderwane spalone silniki wciąż dymiły! To była prawdziwa rewelacja, zaaranżowanie tego musiało zając tygodnie, przewodnik powiedział ze 1min tego filmu kosztowała w kręceniu ponad 1mln dolarów!
Jednak nr.1 atrakcja wg, zwiedzających od kilku lat był "Wodny Swiat" z Kevinem Costnerem. Przedstawienie teatralne na zewnątrz z żywymi aktorami, zbudowana scena w skali 1:1 z filmu, kaskaderskie popisy aktorów, skoki do wody z kilkunastu metrów, bójki, walki na skuterach wszystko co w filmie, prawdziwe wybuchy, z 20m czuć było fale uderzeniowa gorąca, i na końcu dosłownie z nikąd w wodzie wylądowała rzeczywistych rozmiarów atrapa samolotu zalewając 5 pierwszych rzędów widowni woda od stop do głów, dosłownie. (Na szczęście UW jest w głębi lądu wiec jest tu dość upalnie). Wtedy zrozumiałem czemu security na początku przedstawienia bez podania przyczyny gdy wyjąłem swój nie najtańszy sprzęt foto powiedziało mi "Sir, ty chciałbyś się przesiąść do ostatniego rzędu tonem przypominającym rozkaz którego wykonania nie chcesz odmówić sam nie wiedząc dlaczego". Dla samego tego przedstawienia warto było odwiedzić Universal Studios, naprawdę niezłe kino niestety nie od odtworzenia w warunkach kina domowego.
Realizm był tak pełny ze 4 letnia córka nawet na chwile nie przestała krzyczeć podczas 30 minutowego przedstawienia (przedstawienie było ta głośne, że nie przeszkadzało to innym), może jednak dla rodzin z dziećmi Disneyland byłby lepszy ?
Takie parki narodowe to tylko w USA