Boże Narodzenie po nepalsku

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie w ciągu jednego tylko dnia można ze szczytu wzgórza obserwować ośnieżone Himalaje, w pobliskiej knajpce zjeść przepyszną pakorę lub daal bhat tarkari, wrócić do domu na dachu autobusu, a potem w kafejce internetowej opisać to wszystko przyjaciołom...

Lotnisko w Katmandu przywitało mnie światełkami migoczącymi wśród otaczających miasto wzgórz. Szybka odprawa, pieczątka z wizą w paszporcie i... zaczęła się moja przygoda z Nepalem. Choć to jeden z najbiedniejszych krajów świata już wkrótce miałam się przekonać, jak niezwykle gościnni są jego mieszkańcy.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a ja znalazłam się w malutkim Panauti, gdzieś u podnóża Himalajów. Ku mojemu zdziwieniu od pierwszej chwili poczułam, że jestem na właściwym miejscu. Nie wiem, czy sprawiły to cudowne widoki na ośnieżone, białe szczyty, mili i serdeczni ludzie czy dzieciaki, zawsze uśmiechnięte i skore do żartów.

***

Miasteczko oddalone od Katmandu o ok. 40 km otaczają wzgórza pokryte ryżowymi tarasami (byłoby oazą spokoju, gdyby nie stacjonujący na jednym z nich oddział Royal Nepal Army). Liczy zaledwie 6 tys. mieszkańców, ale ma aż 42 świątynie, w tym jedną z najstarszych w kraju - Indreshwar Temple z 1294 r., poświęconą bogowi Śiwie. W samym centrum stoi stupa o kształcie dzwonu wyrastająca z trzystopniowego tarasu (żółta farba, którą ją co jakiś czas malowano, utworzyła charakterystyczne wzory). Dookoła zawsze bawią się dzieci, a tuż obok codziennie rano starsze kobiety rozkładają ziarno do suszenia. W Panauti żyją głównie Newarowie, jedna z kilku najważniejszych grup etnicznych Nepalu (zamieszkują przede wszystkim Dolinę Katmandu), i to właśnie oni stworzyli te wspaniałe budowle. Wznosząc świątynie, klasztory czy rezydencje, łączą cegły z misternie rzeźbionym drewnem, osiągając w tej sztuce absolutne mistrzostwo. Uwielbiałam przechadzać się wąskimi uliczkami, zadzierać wysoko głowę i podziwiać te wszystkie cuda.

Zaledwie 10 km od Panauti, na wysokości ponad 2000 m n.p.m. leży ogromny kompleks klasztorny Namobuddha. Według legendy tu właśnie, w jednym z poprzednich wcieleń, Budda poświęcił życie, by ratować tygrysicę i umierające z głodu jej młode. Tutejszy klasztor Tangho tybetańskiej szkoły kagju liczy kilka wieków i jest jednym z najważniejszych miejsc buddyjskich pielgrzymek (dzięki pomocy buddystów z całego świata powstaje nowoczesne centrum medytacyjne, odnowiono wiele pawilonów, świątynek i kapliczek).

***

W tak pięknym otoczeniu spędziłam dwa tygodnie, tyle bowiem trwał mój obóz wolontariacki. Znalazłam się tu tylko z Francuzką Camille, bożonarodzeniowy termin odstraszył resztę kandydatów. Na powitalnie obdarowano nas owocami, kwiatami i błogosławieństwem w postaci tiki (czerwona lub żółta kropka rytualnie malowana na czole). Codziennie rano - po małym śniadaniu i kubku gorącej, mlecznej herbaty - malowałyśmy szkołę, w której zresztą mieszkałyśmy. Nie brakowało gapiów chętnych popatrzeć na dwie dziewczyny, całe czerwone od farby, stojące na bambusowej drabinie, z zapałem machające pędzlami. Wkrótce dołączyli do nas Sushil, Anil i Punya, trzej chłopcy z Panauti (zamieszkali w sąsiedniej klasie).

Choć prawie 80 proc. mieszkańców Nepalu stanowią hinduiści, a pozostałe 20 proc. buddyści, nie mogłyśmy zapomnieć o Bożym Narodzeniu. Gdy nadszedł 24 grudnia, postanowiłyśmy zrobić ozdoby choinkowe. Rozłożyłyśmy na stole kolorowe papiery, kartony, nożyczki i kredki. Wielką przyjemność sprawiało nam klejenie, wycinanie i rysowanie gwiazdek i bombek, również w kształcie nepalskich świątynek. Sushil, Anil i Punya też ochoczo zabrali się do pracy. Wkrótce dołączyła do nas gromada dzieciaków (nauczycielkom nie udało się zagonić ich z powrotem do klas). Spod ich małych rączek zaczęły wychodzić istne cudeńka. Pewien chłopczyk zaczął kreślić na skrawku papieru jakieś rysunki, wkrótce w jego ślady poszła reszta, a ja nie nadążałam z cięciem papieru.

Postanowiliśmy zawiesić wszystkie obrazki na rosnącym nieopodal drzewie. Po chwili łopotało ich na wietrze kilkadziesiąt! Nasza "choinka" z ozdobami też prezentowała się świetnie, choć była to tylko sucha gałąź.

Wieczorem wydałyśmy z Camille wigilijne przyjęcie, na które przyszli nasi przyjaciele, burmistrz Panauti i nauczyciele (w tym jeden z piątką swoich dzieci). Przyszedł też Sabindra, szef organizacji charytatywnej, i Carol, Belgijka, która przyjeżdża tu od lat i uczy francuskiego. Usiedliśmy wokół ogniska i choć nie było opłatka ani kolęd, świąteczny nastrój udzielił się wszystkim. Raczyliśmy się pysznymi pierożkami momo (nadziewane mięsem lub warzywami, gotowane na parze), popijając je lassi , czyli jogurtem z owocami. Do tego ryż na co najmniej pięć sposobów.

Po kolacji przyszedł czas na tańce. Ćwiczyliśmy układy polsko-nepalsko-francuskie. Zabawa przy ognisku trwała niemal do rana.

***

Nazajutrz był dzień jak co dzień: malowanie szkoły, lekcje angielskiego... Ale w samo południe Sushil, Anil i Punya zrobili nam niespodziankę. - U was w pierwszy dzień świąt idzie się chyba do kościoła, prawda? No to idziemy!

Nic nie mówiąc kazali nam podążać za sobą i po pół godzinie wędrówki przez pola ryżowe znaleźliśmy się przed drewnianym kościółkiem. Ku mojemu zdziwieniu był wypełniony po brzegi. Wszyscy siedzieli na dywanie i śpiewali (buty zostawili na zewnątrz). Jeden z Nepalczyków podał mi Biblię. Była w nepali , więc nie rozumiałam ani słowa, ale msza przebiegała podobnie jak u nas. Na koniec ksiądz przedstawił gości wiernym i wszyscy życzyli nam wesołych świąt.

Nasza "choinka" stała jeszcze przez jakiś czas. To było najbardziej niesamowite Boże Narodzenie w moim życiu, wypełnione wspólną pracą i przebywaniem z przyjaciółmi. Wspominam je z sentymentem przeglądając zdjęcia i myśląc o ludziach, od których dostałam najpiękniejszy gwiazdowy prezent - pewność, że marzenia się spełniają, jeśli tylko mocno w nie wierzymy i trochę pomożemy szczęściu.

Mój udział w obozie wolontariackim był możliwy dzięki organizacji Jeden Świat, która jest polskim oddziałem Service Civil International (SCI). Za jej pośrednictwem można np. budować domki w Holandii, sadzić drzewa w Brazylii, pracować z uchodźcami w Czechach, czy ratować starożytne budowle w Turcji. Wystarczy wnieść opłatę członkowską i zakwalifikować się do wybranego programu, koszty dojazdu pokrywa uczestnik, a pobytu - miejscowy oddział SCI.

www.jedenswiat.org.pl

Więcej o: