Trzeci Świat może nas wiele nauczyć

Benny Ong projektował suknie dla księżnej Diany, teraz projektuje tkaniny dla kambodżańskich tkaczy

Już w drzwiach proponuje, że mi zaśpiewa. Lubi śpiewać, często śpiewa dla współpracowników i sąsiadów. Tym razem jednak rezygnuje z występu, a ja nie nalegam. Dzień wcześniej była u niego singapurska telewizja - kręcili o nim dokument - o 58-letnim Singapurczyku, który "zrobił karierę w wielkim świecie, a jednak wrócił do kraju". Benny Ong pod koniec lat 60. przeniósł się do Wielkiej Brytanii. Skończył St. Martin School of Art i od końca lat 70. piął się po szczeblach kariery w brytyjskim świecie mody. Suknie kupowała u nigo księżniczka Diana, królowa Jordanii, księżniczka Kent, sprzedawały lodyńskie i nowojorskie luksusowe domy towarowe. Do końca roku Muzeum Narodowe w Singapurze będzie pokazywać jego kolekcję sukni wieczorowych. Benny Ong znany jest też z projektów uniformów: dla pracowników brytyjskich lotnisk czy ochrony pekińskich hoteli. Projektant, który sławny zrobił się dzięki swoim projektom sukni wieczorowych dla rodziny królewskiej przyjmuje mnie w krótkich spodenkach i białej koszulce polo z wyszytymi pszczółkami. Siada na podłodze, bo tak najwygodniej, mi podaje poduszkę. Nie włącza wiatraka, bo lubi ciepło. Miła odmiana po tych wszystkich schłodzonych jak zamrażalki pomieszczeniach. Na moje szczęście 30 lat życia w Londynie sprawiło, że Benny Ong potrafi docenić ciepło. Mnóstwo razy już odpowiadałeś na to pytanie, ale muszę je zadać. Jak się projektowało dla księżny Diany? Benny Ong: - Tak jak teraz na to patrzę to była po prostu moja praca. Nie przykładałem do tego specjalnej wagi. Projektowałem stroje na wyścigi konne, na mecze krykieta, mecze polo - w Wielkiej Brytanii jest mnóstwo okazji, na które trzeba się specjalnie ubrać. Ale nawet w czasie przymiarek nie było mowy o pogawędkach czy ploteczkach. Diana przychodziła z całym sztabem ludzi i była chyba za bardzo nieśmiała, żeby wdawać się w pogawędki. Jedno muszę powiedzieć: była naprawdę piękna, idealny rozmiar 10. Cokolwiek się dla niej nie zaprojektowało, wyglądała w tym świetnie. Jak ci się udało zacząć pracować dla rodziny królewskiej? - Nigdy nic nie planowałem. Byłem studentem i potrzebowałem pieniędzy, więc zacząłem sprzedawać rzeczy, które szyłem. I poszło. Żadnego planowania kariery krok po kroku? - Absolutnie nie. Przeraża mnie, że ludzie wszystko starają się zaplanować. Po prostu robiłem swoje. Z czasem mieszkałem jak ludzie, dla których projektowałem, żyłem jak oni, bawiłem się jak oni. Byłem na bieżąco z ploteczkami z wielkiego świata, kto, z kim, kiedy. Tak naprawdę tylko wtedy możesz projektować dla konkretnej grupy osób, kiedy prowadzisz ten sam styl życia. Nie mógłbym projektować dla młodych, bo nie mam pojęcia o ich stylu życia. Czyli nie mógłbyś projektować mody, którą tu w Singapurze widać na ulicach. - Dokładnie. Z modą młodzieżową jest trochę jednak inaczej. Jest bardziej międzynarodowa. Nie muszę mieszkać w Singapurze, żeby projektować dla singapurskiej młodzieży. Muszę jednak znać styl życia młodzieży, rozumieć go, a najlepiej nim żyć. Dość miałeś projektowania dla wielkich? - Nie, nie chodzi o to, że miałem dość. W Londynie moda ma sezony, jest większy rynek zbytu, dla projektanta to tylko lepiej. Każda dekada oznaczała inne potrzeby, ale tak naprawdę w modzie niewiele się zmieniło. Okładki magazynów modowych wyglądają podobnie. I się zaciąłem. Nie mogłem dalej projektować. Po ponad dwudziestu latach musiałem wymyślić coś nowego. Wiele rzeczy możesz kupić, ale pomysłów nie da się kupić: albo je masz, albo nie. A ja utknąłem. Zapomniałem o jedynej prawdziwej zasadzie rządzącej światem: zmianie. Jeśli ciągle czegoś nie zmieniasz, jeśli stoisz w miejscu - nic nie osiągniesz. I dlatego wróciłeś do Singapuru? - Nigdy stąd tak do końca nie wyjechałem. Przyjeżdżałem dwa razy w roku, już w latach 80. miałem tu swoje sklepy. Azja jest coraz ciekawsza. To Alice - Benny Ong przedstawia asystentkę, która z pomocnikiem wynosi przygotowane do wystawy ręcznie tkane jedwabie według jego projektu. - To, co teraz robię nie do końca jest komercyjne. Nie mógłbym sobie na to pozwolić w Londynie. Chodzi o COW. Jeśli przetłumaczyć skrót - wychodzi "krowa", jeśli go rozwinąć do Council of Weavers - oznacza Kolegium Tkaczy. Rozpocząłeś współpracę z tkaczami w Kambodży. - Wyszedłem z założenia, że my musimy im pomóc, żeby oni mogli pomóc nam. Chciałem projektować tkaniny, a w Kambodży mają najlepszych tkaczy. Chcialem po prostu wrócić do korzeni. Kiedyś projektanci projektowali tkaniny od podstaw, nadzorowali ich powstawanie, i dopiero z nich projektowali kolekcje. Taka tkanina sama w sobie była dziełem sztuki. Materiał ręcznie tkany nigdy nie będzie taki sam. Wpływ na niego ma pogoda, humor tkacza, umiejętności tkacza. To nie fabryka. Ten projekt to otwarcie dialogu pomiędzy samymi tkaczami, pomiędzy tkaczami a tzw. pierwszym światem. Trzeci Świat wiele może nas nauczyć. Z iloma tkaczami współpracujesz? - Z trzema kilkuosobowymi grupami. Ale przez pięć lat odwiedziłem pewnie z tysiąc różnych tkaczy. Jak ich znalazłeś? - Nie bylo łatwo. Szukałem w Laosie, Tajlandii, znalazłem w Kambodży. Tkacze mieszkają w górach, ale schodzą do dolin sprzedawać swoje tkaniny. I tak z ust do ust dowiedziałem się, kto tka lepiej, a kto najlepiej. Nie mogę sobie pozwolić na pracę z ludźmi, którzy nie są najlepsi w tym, co robią. Ale jednocześnie mogę wesprzeć społeczność, żeby sama szkoliła lepszych tkaczy. Pozostawało jeszcze pytanie, czy oni by chcieli ze mną współpracować. Z tych tkanin nie będziesz projektował ubrań. - Nie, nie. Te tkaniny można ewentualnie powiesić na ścianę. Może za pięć lat wrócę do projektowania ubrań i wtedy ich użyję. Może zacznę od wystawy nowoczesnych kimon?

Rozmawiała Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska

Więcej o: