Politykę mamy we krwi

Czy ja też jestem morderczynią? Czy ja też mogłabym zabijać? - zastanawia się kalkucka poetka Mandakranta Sen

Nie wierzyła, że do niej dojadę. Umówiłyśmy się na środę, kiedy do strajku wezwała opozycyjna do rządzących w Kalkucie komunistów partia Trinamool Congress. Partia prowadzona przez charyzmatyczną, czasami histeryczną, ale poważaną Mamatę Banerjee co i rusz wzywa do strajków. A to oznacza zamknięte sklepy, urzędy, brak taksówek i prywatnych autobusów. Właściciele sklepów się podporządkowują, bo jak nie, mają zapewnioną wizytę paru jegomości z kijami. Kilkunastomilionowe miasto zamiera. Stoję więc na przystanku na pustej ulicy, bo nawet mieszkańcy chodników gdzieś się wynieśli, z jakimś "wujaszkiem", który jest przekonany, że autobus jednak przyjedzie, tak jak pisały gazety. Dzwoni Mandakranta. Nie wierzy, że się doczekam: - Nie ruszaj się stamtąd. Za 15 minut przyjedzie po ciebie mój mąż. Przyjechał, uśmiechnięty facet z wąsem z kierowcą. Pędzimy przez puste ulice. Jak już ktoś w taki dzień wyjeżdża na ulice, to właśnie pędzi z jednego miejsca do drugiego, żeby jak najszybciej podróż mieć za sobą. Tuż za mostem Dhakuna pierwsza blokada. Znajomi mówili mi wczoraj, że w okolicy, gdzie mieszkam, nawet z taksówkami nie powinno być problemu, bo tam przewagę ma partia rządząca. Im dalej na południe, tym większe wpływy ma opozycja, ale nie na tyle duże, żebym niepodzielnie rządzić w dzielnicy, więc zwolennicy jednych i drugich spotykają się na ulicy. - Najlepiej w ogóle nigdzie nie wychodź" - radzili mi. - Tollygunge! Nie, tam na pewno będzie się coś działo. Nie możesz przełożyć spotkania na wieczór? Po 18 strajk się kończy i wszystko wróci do normy. Kierowca poetki omija blokadę, kilkudziesięcioosobową demonstrację zwolenników Trinamool Congress z flagami Indii i kijami w dłoniach i po 10 minutach jesteśmy w Tollygunge. To tu mieszczą się bengalskie studia filmowe - dziś zamknięte z powodu strajku - i przyjemne wielorodzinne wille. 35-letnia Mandakranta Sen z rozpuszczonymi karbowanymi włosami wita w drzwiach. Studiowała medycynę, ale tuż przed ostatnimi egzaminami ustnymi, po zdanych pisemnych, wyszła z uczelni i już nie wróciła. Miała już wtedy za sobą nieudane małżeństwo i psujący się związek ze starszym o 27 lat żonatym mężczyzną, próby samobójcze. Pierwszy zbiór poezji wydała w 1999 r. i od razu dostała prestiżową nagrodę Ananda, przyznawaną bengalskim pisarzom. Potem nagród było więcej, zaczęła pisać powieści, jak większość bengalskich pisarzy, którzy parają się i poezją i prozą. Rok temu niewielki tomik jej wierszy ukazał się w Niemczech. Mandakranta Sen: - Bengalczycy politykę mają we krwi, więc po pierwszej powieści osobistej, opisującej moje tragiczne małżeństwo, też przerzuciłam się na pisanie polityczne. W 2002 r. wybuchły zamieszki w Gudżaracie. Nie mogłam zrozumieć, skąd u biednych hinduskich kobiet z niskich kast taka gotowość do zabijania muzułmańskich dzieci. Wystarczyło, że prawicowa rządząca w Gudżaracie BJP dała im zielone światło i ludzie nagle stali się bezwzględni i żądni krwi. W każdym z nas Hindusów to siedzi? Mieszkam w okolicy zamieszkałej głównie przez hindusów, ale zaraz obok mam muzułmański slums. Czy jak nasz rząd powiedziałby "Idźcie zabijać muzułmanów" to ja też bym poszła? Nie mogłam spać. Pytałam samą siebie, czy ja też jestem morderczynią. W Kalkucie zamieszki na tle religijnym są raczej mało prawdopobne. - Dlatego bohaterowie mojej książki nie zabijają. Ale wiedzą, że możliwość krwawych zamieszek gdzieś tu wisi w powietrzu. I nigdy nie wiadomo, kto stanie przeciwko tobie. Od ponad 30 lat mamy tu lewicowy rząd. Wierzę, że to właśnie lewicowe poglądy powstrzymują przed zabijaniem innych ludzi. To chyba najdłuższe demokratycznie wybierane komunistyczne rządy na świecie. Tu intelektualiści są głównie lewicowi. Lewicowości nabieramy z mlekiem matki. Tu pisarze inspirują się wydarzeniami w Libanie, Bośni, Iraku, Palestynie. Powstają powieści o seksie, lesbijkach, homoseksualizmie. Nie wszędzie w Indiach opublikują wiersz, w którym składasz waginę na czole bogini. - Są mocniejsze teksty bengalskie. Ja nie potrafię być tak bezpośrednia jak inne poetki. Fakt, że tutaj możemy pisać, o czym chcemy. Nie musimy nawet przejmować się aplauzem. Tu poeta może być buntownikiem i jest postrzegany jako romantyk. Poza tym - Mandakranta się śmieje - prawda jest taka, że Bengalczycy czytają wszystko, co im wpadnie w ręce. Nie dzielą książek na dobre czy złe. Jeśli coś ma zadrukowane strony, to je czytają. Dlatego na święto Puja magazyny wydają po kilkuset stronnicowe dodatki z kilkoma powieściami w środku. To kilogramy słów. Do których pisarze piszą na zamówienie. - Ja ostatnio przestałam. Bo jak to jest, że większość uznanych pisarzy ma pomysły akurat na dwa-trzy miesiące przed świętem Puja? Coś do powiedzenia zaczynają mieć nie w styczniu, nie w maju, ale akurat we wrześniu. Chciałam z tym zerwać i mogę sobie na to pozwolić, bo mąż i matka o mnie zadbają. Następna książka?

- O Dalitach, kaście niedotykalnych. W Kalkucie nikt nie przywiązuje wagi do kast, a jeśli ktoś nawet zaczyna, to zaraz inni go wyśmieją. Ale na południu Indii to ciągle jest problem. Po ponad dwóch godzinach rozmowy Mandakranta z kierowcą odwozi mnie do centrum. W tym czasie deszcz przepędził z ulic demonstracje. Lunęło tak, że teraz tylko niedobitki z flagami brną po łydki w wodzie. - Tym razem mieliśmy szczęście. Deszcz nie dał szansy na poważniejsze rozruchy - śmieje się Mandakranta. Demonstranci wspierający rządzących komunistów wyrobili się tylko na północy Kalkuty, gdzie starli się z policją: kije przeciwko bambusowym tarczom.

Więcej o: