Fasady kamienic, pokryte kożuchem tropikalnej pleśni do złudzenia przypominają te z Paryża czy Marsylii. Niebieskie tabliczki z nazwami ulic po tamilsku i francusku, śniadzi policjanci w czerwonych kepi żujący betel, piękny corniche - nadmorski bulwar, mała imitacja nicejskiego. Wszędzie stada kotów uganiające się za ważkami i małymi jaszczurkami. Restauracje i bistra serwują bouillabaisse i quiche lorraine z masalą i piekącymi sosami. Zaśniedziałe rzeźby galijskich kogutów na bramach domów tonących w tropikalnych kwiatach. A poza tym, jak wszędzie w Indiach, ubłocone krowy pod centrami handlowymi, hinduskie aśramy, śpiewający muezini, świątobliwi mężowie w turbanach, trąbiące motoriksze, wszechobecny zapach prażonych przypraw i dochodząca zewsząd przenikliwa hinduska muzyka. Mimo trójkolorowego sztandaru powiewającego na konsulacie francuskim to jednak ciągle Indie.
Tak, to Indie Przypomina o tym także oblepiająca ciało straszna wilgoć i piekące promienie słońca. I deszcze lejące z mocą prysznica, ciepłe jak zupa, jeżeli - tak jak ja -przyjedziecie tutaj w porze monsunowej. Ale także odświeżająca bryza wiejąca od turkusowego morza. To właśnie Pondicherry - była francuska enklawa na wschodnim wybrzeżu Indii. Albo Puducherry, albo Podocherry, czasami Paduceri, albo jeszcze trochę inaczej. Mieszkańcy z dużą swobodą podchodzą do nazwy swojego miasta, która w niezliczonych wersjach pojawia się na szyldach, znakach, reklamach i biletach autobusowych. Turyści mówią po prostu "Pondy". Przyjemne miasto nad oceanem i do tego strefa wolnocłowa. Francuzi pojawili się tutaj w 1674 r. i założyli faktorię handlową na ziemiach odkupionych od muzułmańskiego sułtana. Prężnie rozwijające się miasto na początku XVIII w. liczyło już ponad 40 tys. mieszkańców i było jednym z największych w ówczesnych Indiach. W latach 40. XVIII w. zacięte walki toczyli o nie Francuzi i Anglicy, zakończone po prawie dwudziestu latach zajęciem przez Anglików większości ziem okalających Pondicherry. Samo miasto pozostało jednak francuskie aż do roku 1956, kiedy na mocy traktatu parlamentu francuskiego wróciło do niepodległych już Indii.
Pondicherry (220 tys. mieszkańców), przypominające nieco śródziemnomorskie miasta francuskie, położone jest na planie elipsy z szeroką, główną ulicą będącą jednym wielkim nowoczesnym supermarketem połączonym z azjatyckim bazarem. Zadbane (jak na warunki indyjskie) uliczki dochodzą do szerokiego, nadmorskiego bulwaru, przy którym zgromadziła się większość hoteli. W Pondicherry można nocować stosunkowo tanio w komfortowym hotelu, bowiem to wolne od podatków miasto oferuje niższe ceny od tych w pobliskim stanie Tamil Nadu. Pondicherry to także jedno z nielicznych miejsc w Indiach, gdzie można spotkać pijanych ludzi. Alkohol jest sprzedawany legalnie i tanio (w Tamil Nadu bardzo trudno go dostać). Na ulicach stoją znaki z napisami "Don't drunken drive" (tak!) ostrzegające amatorów piwa i taniej lokalnej whisky przed zbyt zygzakowatą jazdą. W razie czego delikwentem zajmą się uśmiechnięci od ucha do ucha policjanci w czerwonych kepi, którzy na co dzień spokojnie przemierzają senne uliczki, witając turystów serdecznym "Bonjour, ca va?". Pondicherry, to niezwykle spokojne i bezpieczne miejsce, w którym mało się dzieje, a przestępczość jest zjawiskiem praktycznie nieznanym.Ten spokój, a nawet nuda jest błogosławieństwem dla podróżników przemierzających południowe Indie - naprawdę można tu wypocząć po trudach podróży. A Indie są męczące, momentami nawet bardzo męczące. W Pondicherry mamy szumiący ocean, wygodne hotele i znakomite restauracje. To relaks innego typu niż ten w Goa czy w Bangalore. Nie ma prawie wcale nocnych klubów, dyskotek i tłumów nawiedzonych neohipisów rozglądających się za narkotykami i tanią duchowością. Za to można poleżeć na cichej plaży (ok. 8 km za miastem), zrobić bardzo tanie zakupy i spędzić kilka wieczorów w knajpach, serwujących mieszankę kuchni indyjskiej i francuskiej. Spróbujmy np. ragout de mouton et de legumes - popularnej we Francji potrawki z baraniny duszonej w warzywach. Różnica między wersją francuską a indyjską leży w dużej ilości ostrych i aromatycznych przypraw, używanych w tej drugiej. I oczywiście w tym, że ragout w Pondicherry nigdy nie będzie z wołowiny, tak jak we Francji. Tutaj podaje się to świetne danie z dużą ilością ryżu z jeerą (przyprawa indyjska), z chlebkami ciapati albo dhol . I z miseczką piekącego kokosowego sosu. I z zielonym palącym zmiksowanym kalafiorem. No i nie na talerzu, tylko na liściu bananowca. Właściwie mało przypomina to ragout z Paryża, ale w tym też jego urok. Miejsca, gdzie spotykają się odmienne od siebie kultury, zazwyczaj owocują znakomitą kuchnią. Spróbujmy także popularnej francuskiej zupy consomme julienne, dosłownie pokrytej kożuchem zapierających dech w piersiach zielonej chili i pav bhaji - rewelacja! To wszystko zjemy w stylizowanych na francuskie knajpach w ville nouvelle , nowszej części miasta, gdzie za taki obiad zapłacimy aż 20-25 zł (cena w Indiach naprawdę wysoka). Jeżeli pozostaniemy jednak przy kuchni tamilskiej, to małe restauracyjki na bulwarze zaserwują nam curry , dosę , idli albo smażoną rybę prosto z oceanu z dużą ilością chutneyu z mango, ryżu z warzywami i prażoną obtaczaną w papryce ciecierzycą za ok. 8 zł. Nie zapomnijmy o zamówieniu od razu dużej bardzo ilości wody mineralnej albo innych płynów. Tamilska kuchnia jest wyjątkowo ostra. Od pikantnych przypraw drętwiały mi palce (je się tutaj zazwyczaj palcami) i wargi. Podobno ta potworna ostrość zabija liczne tutaj bakterie i drobnoustroje, ale i tak turyści z wrażliwszymi żołądkami powinni przed wyjazdem zaopatrzyć się w leki wspomagające nieprzyzwyczajone do takiego jedzenia europejskie organizmy. Łatwo o żołądkowe zakażenia, więc starajmy się jeść w restauracjach, gdzie jest zawsze dużo ludzi (sprawdzone miejsca) i najlepiej potrawy gorące, bez nadmiernej ilości świeżych warzyw.
Po takim obiedzie udajmy się na spacer po Pondicherry, najlepiej o zmierzchu, kiedy opada męczący upał. Pierwsze wrażenie, oprócz błogosławionego spokoju, to prawie zupełny brak natrętnych żebraków. Nie udało mi się ustalić, dlaczego akurat tutaj ich nie ma, skoro w Indiach są wszędzie. Spotkania z nimi to smutna strona podróży po tym fascynującym kraju. Tłumy zabiedzonych, wychudzonych, żebrzących ludzi, często niemających dosłownie nic, skutecznie niszczą wyidealizowany przez wielu Europejczyków obraz Indii jako kraju Niezmierzonej Tajemnicy, Transcendentalnej Niesamowitości i Wszechobejmującej Duchowości. Tu przede wszystkim jest porażająca bieda z nędzą i nieludzka wręcz nierówność społeczna. Każdy, kto widział gołe, zasmarkane, często chore dzieci błagające o cokolwiek do jedzenia, do końca życia nie zapomni tego strasznego widoku... Ale w Pondicherry takich scen nie ma. Także i z tego powodu miasto jest ukojeniem dla podróżnika. Są natomiast piękne parki i ocienione drzewami uliczki, przy których stoją pełne uroku, pastelowe kościoły zdradzające swoje gotyckie pochodzenie. Elegancją i wielkością wyróżnia się różowo-kremowa katedra Notre Dame de Anges, której wewnętrzne ściany wyłożono mieszanką tynku, zmielonych na pył muszli i milionami skorupek od jajek. Co charakterystyczne dla kościołów w Pondicherry i w innych rejonach Indii - w wielu z nich nie ma ławek, podobnie jak w świątyniach hinduistycznych czy w meczetach. Koniecznie odwiedźmy Śri Aurobindo Ashram - niedużą świątynię zbudowaną w 1926 r., która nie należy do żadnej szeroko znanej religii. To miejsce założone przez Śri Aurobindo (1872-1950), indyjskiego filozofa, mistyka i poetę oraz przez Mirrę Alfassę (1878-1973), francuską myślicielkę znaną jako Matka. Miejsce to uznawane jest za pierwszy ośrodek popularnej obecnie parafilozofii New Age. Sama świątynia to nieduży budynek z patio, na którym znajdują się groby Aurabinda i Matki oraz niewielkie muzeum i sklep, w którym można kupić ich niezliczone prace. Świątynia pokryta jest ogromną ilością kwiatów, których pod żadnym pozorem nie wolno dotykać, gdyż znajdują się dokładnie w takich miejscach i pozycjach, w jakich pozostawiła je Matka, zanim deportowała się ze swojego ciała (tak informuje tablica przed wejściem do muzeum). Miejsce to zawsze wypełnia tłum pielgrzymów medytujących przy obu grobach. Pełno tutaj także bosych obwieszonych koralami Europejczyków propagujących nauki New Age. W ośrodku można kupić pocztówki przedstawiające Matkę i Aurabinda leżących na marach. Zaraz obok znajduje się hinduistyczna świątynia ku czci boga-słonia Ganesza - Manakula Vinayagar Temple. Często stoi przed nią prawdziwy pomalowany farbami słoń, który po włożeniu mu monety do trąby, w podzięce składa nią oślizły pocałunek na głowie darczyńcy, a monetę oddaje stojącemu obok właścicielowi. Świątynia wewnątrz jest piękna, wyłożona radżastańskim marmurem, ze ścianami pokrytymi freskami i złotymi inkrustacjami. Zajrzyjmy też do miejskiego muzeum, znajdującego się w starym, kolonialnym budynku. Wewnątrz czeka kolekcja unikalnych rzeźb z czasów dynastii Pallawów i Czolów, zbiór kolonialnych mebli, kolekcja bardzo starych monet oraz niezwykle interesujące XIX-wieczne zdjęcia przedstawiające codzienne życie miasta.
Podróżnicy znający język francuski powinni odwiedzić liczne tutaj księgarnie francuskie czy ośrodek Alliance Francaise, w których znaleźć można dosyć rzadkie książki o Indiach. Innym znakiem francuskiej obecności w Pondicherry są pomniki Joanny d'Arc, gubernatora kolonii Josepha Francoisa Dupleixa oraz wielki, nieco kuriozalny pomnik poświęcony indyjskim żołnierzom wcielonym do francuskiej armii i poległym na frontach I wojny światowej. Pozostałością po Francuzach jest także ratusz miejski (na frontonie można dostrzec nieco już zamazany napis "Hotel de Ville") oraz Pałac Gubernatora, naprzeciwko którego znajduje się piękny park Rządowy, w którym można odpocząć... na ławce. To dosyć istotne, bo w Indiach ławki to rzadkość, nawet w parkach. Są bardzo cennym kąskiem dla żebraków, którzy czynią z nich natychmiast swoje łóżka. Ale w parku Rządowym w Pondicherry są piękne, szerokie, kamienne ławki pod rozłożystymi drzewami chlebowymi i palmami. Można na nich siedzieć do woli i rozkoszować się cieniem oraz świeżą papają kupioną na straganie. Owoce i warzywa w Indiach smakują zupełnie inaczej niż w Europie. Nie ma w nich chemicznych środków konserwujących, mają prawdziwy smak i zapach. Niedaleko nadbrzeża znajduje się kolejna ciekawostka pozostawiona przez francuskich kolonizatorów - linia kolejowa, która jako jedyna w Indiach ma inny rozstaw szyn od reszty torów w kraju. W Indiach obowiązuje rozstaw angielski (szerszy), a w Pondicherry francuski (węższy). Z miasta odchodzi pociąg tylko do jednego miasta - oddalonego o 40 km Villapuram, gdzie trzeba się przesiąść na inny pociąg o angielskim rozstawie szyn. Pondicherry to także miejsce dla tych, którzy chcą zgłębić tajniki jogi i innych indyjskich technik relaksacyjnych. Zaraz za miastem mieści się zbudowane pod koniec lat 60. miasteczko Auroville, międzynarodowy ośrodek "Jedności Ludzkiej" (tak głosi nazwa), w którym, w kilku oddzielnych aśramach prawie dwa tysiące przybyszy z całego świata poświęca się sztuce medytacji. Właśnie tu znajduje się słynny Matrimandir - ośrodek medytacyjny w kształcie ogromnej kuli, w środku której znajduje się mniejsza kula, a w niej wielki, biały pokój przeznaczony do ezoterycznych praktyk. Zwykłych turystów traktuje się w Auroville trochę jak intruzów przeszkadzających w duchowych praktykach, za które sami zainteresowani płacą dosyć znaczne sumy. Okazując jednak zainteresowanie filozofiami hinduskimi, można zjednać sobie sympatię któregoś z adeptów i z jego pomocą zwiedzić ośrodek. Dla mnie najprzyjemniejszą rozrywką w Pondicherry było siedzenie na nadbrzeżnym bulwarze (są ławki!) i kontemplowanie scen dziejących się na plaży i chodnikach corniche'u . Schodzą się tam całe rodziny, aby godzinami oglądać akrobatów występujących na brzegu morza, teatry uliczne czy grających muzyków. To jedno z nielicznych miejsc w Indiach, gdzie można posłuchać klasycznej muzyki indyjskiej na tablę i sitar. Ta wspaniała, niezwykle głęboka muzyka, znana szeroko poza granicami Indii, w swojej ojczyźnie jest coraz większą rzadkością, ustępując miejsca muzyce rozrywkowej. Czasami, podczas zachodu słońca, ocean niespodziewanie zmienia barwę z zielonej na krwistoczerwoną, w wyniku wypłukiwania się czerwonej gliny zwanej terra rosa . Czerwone morze w połączeniu z zapadającym się w nim czerwonym słońcem to widok zupełnie niesamowity. Jeżeli jeszcze towarzyszą temu kojące dźwięki sitaru, to wrażenie jest naprawdę niezapomniane. Pondicherry to miejsce magiczne.
Najlepiej jechać między listopadem a marcem - mniej pada, temperatura nieco niższa, ok. 30 st.
Półroczna wiza kosztuje 184 zł., należy przedstawić ksero biletu, czeka się 2-3 dni od złożenia wniosku; Ambasada Republiki Indyjskiej, Warszawa, ul. Reytana 15, tel. 0 22 849 58 00, 0 22 849 62 57, http://www.indianembassy.pl
Najbliższe lotnisko międzynarodowe znajduje się w Madrasie; bilet powrotny z Warszawy w promocji - ok. 2 tys. zł; z lotniska można dojechać do Pondicherry taksówką za 100 zł
Rupia indyjska, 100 rupii = ok. 6,50 zł
Trzeba koniecznie zabezpieczyć się przed malarią oraz zaszczepić się na kilka tropikalnych chorób, należy zabrać repelenty przeciwko moskitom i leki na choroby żołądkowe; konsultacje: Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna, Warszawa, ul. Żelazna 79, tel. 0 22 620 90 01
Nie wolno pić wody innej niż butelkowana! Apteki w Pondicherry są dobrze zaopatrzone, a większość leków kupimy bez recepty. Najbliższy szpital o wysokim standardzie znajduje się w Madrasie - ok. 140 km
Bardzo tanio, np. dwójka z łazienką w dobrym hotelu - 50 zł.; transport kosztuje grosze; posiłek w ulicznej knajpce - 6-7 zł
Drogie jest wynajęcie samochodu (tylko z kierowcą!) - ok. 120-150 zł/dzień; lepiej wynająć taksówkę na cały dzień - ok. 50-60 zł.
http://www.webindia123.com/Territories/PONDICHERRY/land/land.htm