Nóż Tuarega

Z zadumy wyrwał mnie czyjś dotyk. Tuareg w brązowym turbanie na głowie wyciągał w moją stronę rękę z małym zawiniątkiem. Na migi pokazał, żebym odwinął szmatę

Żar lał się z nieba. Uciekłem przed nim z Timbuktu nad pobliski Niger, który dla mieszkańców Mali i sąsiednich państw jest tym, czym Nil dla Egiptu. W skąpym cieniu bezlistnego drzewa patrzyłem na kąpiące się w rzece hipopotamy. Kiedyś było ich dużo, ale teraz pojawiają się rzadko i - jak mówią tubylcy - trzeba mieć dużo szczęścia, żeby je zobaczyć. Ja miałem.

Z zadumy wyrwał mnie czyjś dotyk. Tuareg w brązowym turbanie na głowie wyciągał w moją stronę rękę z małym zawiniątkiem. Na migi pokazał, żebym odwinął szmatę. Ujrzałem mały nożyk ze skórzaną pochwą, imitację tradycyjnego tuareskiego noża, symbolu męskości - jego kształt i wygląd świadczą o plemiennej przynależności. Próbowałem zagadnąć nieznajomego, ale nie znaleźliśmy wspólnego języka. Dopiero gdy spod tagelmustu (typowy strój Tuaregów) wyciągnął tysiącfrankowy banknot (1 euro = 650 franków środkowoafrykańskich) zrozumiałem, o co chodzi. Zaprotestowałem - nożyk mi się nie podobał, ale mężczyzna wytłumaczył na migi, że potrzebuje pieniędzy na jedzenie dla dzieci. Zrobiło mi się go żal, dałem mu więc banknot takiej samej wartości. Nożyka nie chciałem - rozczarowany na siłę wciskał mi go do plecaka, a gdy się opierałem, głośno protestował. Ciągle pokazywał coś na przeciwległym brzegu. W końcu - jak mi się wydawało - dał za wygraną. Wstał, uścisnął mi dłoń i odszedł. Dopiero wieczorem w hotelu, kiedy układałem rzeczy w plecaku, znalazłem nożyk...

Teraz leży na półce. Wcale go nie chciałem - mały, tandetny, zrobiony z myślą o turystach. Ale przypomina mi człowieka, który był zbyt dumny, by prosić o jałmużnę.

Więcej o: