Szopka Słowackie Betlejem

Malowane chaty, niezwykłe zamki, urocze miasteczka. Szopka Słowackie Betlejem poprowadzi nas po tym kraju lepiej od mapy

Najpierw poznałam ją w miniaturze. Cała Słowacja miała kilka kroków długości i bez trudu można ją było objąć wzrokiem. Stojąc za barierką, podziwiałam więc zamek w Bojnicach i chałupy wioski Cicmany, zbieraczy winnych gron w regionie Nitry i kuracjuszy taplających się w leczniczym błocie uzdrowiska Piescany. W ciągu najbliższych kilku dni miałam to wszystko obejrzeć na żywo. Tymczasem w wielkiej szopce Słowackie Betlejem w Rajeckiej Leśnej stały przede mną misternie wystrugane z drewna zabytki, wieśniacy zajęci gospodarskimi pracami, a obok nich zwierzęta i drzewa... Warto właśnie tutaj zacząć wędrówkę po Słowacji i - patrząc na szopkę - wyznaczyć sobie trasę (lepiej niż palcem po mapie).

"Słowacja w miniaturze" powstawała 15 lat, jej autor Józef Pekara zmarł w 2002 r. (dwa tygodnie po tym, jak Słowackie Betlejem odwiedził i poświęcił Jan Paweł II). Można zobaczyć o nim film: siwy szczupły staruszek którejś nocy wyśnił ruchomą szopkę ze Świętą Rodziną w centrum i całym krajem dookoła. By ją stworzyć, przeprowadził się z rodzinnych Rajeckich Teplic do Rajeckiej Leśnej. Tuż obok kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny z XVII w. (na wzgórzu obok stoi kalwaria) wystawiał kolejne fragmenty dzieła, a inżynier Stanisław Machovcak ożywiał drewniane figury za pomocą ukrytych łańcuchów rowerowych i mocnych gum na silniczkach. Wkrótce pielgrzymki częściej zaczęły kierować się do szopki niż w stronę kalwarii. W sezonie odwiedza ją ponoć 15 tys. osób dziennie.

***

Nasza trasa prowadzi z Rajeckiej Leśnej na południe. Łagodne zbocza gór, wioski pod czerwoną dachówką i lasy, lasy, lasy. Zieleń aż kipi, a przewodnik przekonuje: - Słowacja po krajach skandynawskich zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem powierzchni lasów przypadającej na mieszkańca.

Z gęstwiny sosen i limb wpadamy prosto na chałupy malowniczej wsi Cicmany.

Sławę przyniosły jej hafty. Ale nie te w zakurzonych gablotach maleńkiego muzeum, tylko na ścianach obejść, na które mieszkańcy przenieśli najpiękniejsze wzory. Tradycja liczy blisko 200 lat. Początkowo zdobiono tylko okiennice; z czasem ptaki, serca, baranie rogi, szlaczki, kwadraty, kropki i spirale rozpełzły się po ścianach, przeszły z domów na stodoły, sławojki, a nawet mostki i przydrożne krzyże. Wzory odnawia się co roku po zimie. Każdy gospodarz robi to według swojej fantazji i wtedy, kiedy uzna za stosowne. W 1979 r. wieś wpisano do rejestru zabytków i od tamtej pory można tu stawiać tylko chałupy kryte gontem (od paru lat to modne dacze mieszkańców Bratysławy).

Przed odjazdem wspinam się jeszcze na wzgórze z XVII-wiecznym murowanym kościołem. Jasne ściany kryje stromy miedziany dach, obok zegarowa wieża, ze wszystkich stron widać "haftowane" domy.

***

Myślałam, że Bojnice to po prostu kolejny zamek, jakich mija się wiele, przemierzając kraj (malownicze ruiny sterczą na skalistych wzgórzach, to wynurzają się wśród lasów). W Słowackim Betlejem nie stoją nawet w rzędzie głównych zabytków, tylko nieco w głębi. Tymczasem to miejsce niezwykłe.

Z jednej strony zamek chroni wzniesienie, z drugiej - mury i fosa z omszałych kamieni. Kwadratowe baszty wieńczą flanki bądź kryte dachówką wieżyczki z metalowymi chorągiewkami na czubkach. Cały zamek jest z kamienia, w środku znajdują się liczne dziedzińce, na które wychodzi mnóstwo okien (od zewnątrz jest ich niewiele). Całości dopełniają dwie okrągłe wieże - widoczne z daleka stożki z niebieskawej, spatynowanej miedzi strzelają w niebo długimi iglicami. Jak oczarowana oglądam lśniące w słońcu potężne mury oplecione bluszczem.

Jesteśmy w sercu dawnego Państwa Wielkomorawskiego. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1113 r., gród powstał w tym miejscu trzy wieki wcześniej, a zamek kamienny wiek później. Rezydowały tu szlacheckie rody, a nawet królowie (Maciej Korwin, 1443-90). Ostateczny kształt nadał Bojnicom węgierski hrabia Jan Palfy w latach 1889-1910, inspirując się zamkami nad Loarą. Ponoć chciał tu sprowadzić francuską hrabiankę i starał się, by czuła się na Słowacji jak u siebie. Ona jednak odrzuciła w końcu jego względy i Palfy z rozpaczy kazał zwieńczyć jedną z wież cierniową koroną.

Niektórych sal - choćby Orientalnej czy Złotej - nie powstydziłby się sam Ermitaż. Złoto aż kapie z plafonów i odbija się w kryształowych żyrandolach, a intarsjowane meble mają wzór tak delikatny, jakby nie był łączeniem różnych rodzajów drewna, lecz misternym malowidłem. Na ścianach i witrażach z weneckiego szkła (jakby na potwierdzenie burzliwych dziejów tej części Europy) widnieją portrety władców wielu dynastii, m.in. Habsburgów i Romanowów. Oglądamy też osobliwości: schody dla koni prowadzące z dolnego dziedzińca na środkowy, salę z alegoriami sześciu grzechów głównych w postaci płaskorzeźb i z symbolicznym przedstawieniem siódmego w postaci ogromnego łoża, wreszcie jaskinię pod zamkiem (wygląda niczym lochy z powieści Dumasa, choć przewodniczka przekonuje, że ludzi tu nie więziono).

***

Z daleka witają nas ceglaste dachówki i kryte blachą kopuły kościołów. Senne miasto kryje się wśród zielonych wzgórz i aż trudno uwierzyć, że kiedyś posiadało bajeczne złoża złota, ołowiu, metali kolorowych, a przede wszystkim srebra. Jeszcze w XVIII w. była to jedna z największych metropolii Austro-Węgier i pierwszy światowy eksporter szlachetnych kruszców. Ostatnią kopalnię zamknięto pięć lat temu, ale wyobraźmy sobie, jak tu było przed 200-300 laty - Bańska Szczawnica jest największym na świecie producentem srebra. W rekordowym roku 1740 wydobywa się go aż 23 tys. kg; działa szkoła górnicza, która w 1762 r. awansuje do rangi akademii - pierwszej tego typu w Europie; każdy co majętniejszy obywatel jest właścicielem prywatnej koplni (złoża są tak płytkie, że do szybów wchodzi się po prostu od tyłu domów). Słowem, złoty - czy raczej srebrny - wiek.

Gdy najpłytsze złoża wyczerpują się, właściciele minikopalni postanawiają połączyć siły. Powstają więc korporacje zdolne budować kopalnie z prawdziwego zdarzenia z głębokimi szybami i kilometrowymi korytarzami, wielopoziomowe (jedną z nich - Banskie Muzeum w Prirode - można zwiedzić). Szczawnica staje się perłą Habsburgów: rosną kamienice, pałace i pomniki, a liczba mieszkańców sięga 25 tys. (dziś 10 tys.).

Od 1993 r. miasto znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. O czasach świetności przypominają bogate kościoły i kamienice, elegancki ratusz, wspaniałe pomniki, dwa zamki. Spacerując po krętych ulicach, idziemy to w górę, to w dół (mieszkańcy śmieją się, że nie ma w Szczawnicy równego kawałka drogi). Warto wspiąć się zwłaszcza na dwa wzgórza po dwóch stronach miasta, na których królują zamki - Stary i Nowy. Ten pierwszy, XIII-wieczny, był na początku bazyliką, którą w XVII w. zamieniono w warownię. Dziś to kamienna budowla bez dachu otoczona potężnymi białymi murami z krytymi gontem basztami wspartymi na ciemnych belach. Nowy Zamek to biały czworokątny budynek z okrągłymi basztami w narożach, pochodzi z XVI w. W obydwu mieszczą się muzea poświęcone najazdowi tureckiemu.

W 1672 r. bogata Bańska Szczawnica znalazła się na linii ataku armii osmańskiej. Wtedy powstały mury obronne, a częścią fortyfikacji uczyniono nawet gotyckie i renesansowe kamienice w rynku. Jedną z sal starego zamku wypełniają podziurawione kulami obrazy (olej na drewnie) - tak wyglądały XVII-wieczne tarcze strzeleckie. Mieszkańcy wprawiali się w celowaniu, mierząc do malowanych rycerzy, strojnych mieszczanek, no i Turków

Warto zatrzymać się na rynku, a właściwie na podłużnym placu Św. Trójcy (mieszkańcy walczą, by zamknąć go dla ruchu). Ratusz, kościół św. Katarzyny i pięknie odrestaurowane gotyckie i renesansowe kamienice otaczają kolumnę św. Trójcy ufundowaną w 1711 r. dla uczczenia końca epidemii dżumy (oryginalne rzeźby z niej dłuta włoskiego artysty Sanettiego obejrzymy w Starym Zamku).

***

Zjeżdżamy z gór Trybecz (pasmo ciągnące się wzdłuż rzeki Nitra). Im dalej na południe, tym mniej pagórków porośniętych lasem i ciemnoszarych skał przebijających się z gęstwiny drzew. Są za to pola i piękne aleje wysadzane czereśniami. Zbliżając się do Nitry, raz po raz mijamy też winnice. Do Bratysławy, Pragi i Wiednia jest stąd zaledwie po 100 km z okładem.

Nitra liczy dziś 85 tys. mieszkańców. Słowacy mówią o niej z dumą - kolebka chrześcijaństwa i naszego państwa. W IX w. książę Pribin założył tu pierwsze słowackie księstwo Nitrava, które stało się zalążkiem, a potem jednym z głównych ośrodków Państwa Wielkomorawskiego. Tu również stanął pierwszy w kraju kościół ufundowany przez Cyryla i Metodego (bracia misjonarze przybyli na Morawy w 863 r.). Gdzie dokładnie stał, pewności nie ma, choć przewodnicy wskazują bez wahania na katedrę św. Emmerama. I opowiadają o nim samym (mało znany poza Nitrą, na świecie są tylko dwa kościoły pod jego wezwaniem) legendę: wielce szanowany Emmeram zasiadał w Nitrze na stolcu biskupim. Gdy niezamężna córka wojewody zaszła w ciążę, o sprawstwo oskarżyła biskupa. Wojewoda zabił go więc i poobcinał mu członki. O swej pomyłce przekonał się dopiero wówczas, gdy nogi Emmerama same poszły do nieba. Inna, bardziej prawdopodobna wersja mówi o rywalizacji między wojewodą a biskupem o władzę (sytuacja podobna do zatargu św. Stanisława z Bolesławem Śmiałym).

Górująca nad miastem katedra stoi na wzgórzu zamkowym obok imponującego Pałacu Biskupów otoczona potężnymi murami (i tu widać, jaki popłoch wywołała inwazja Turków). Jej najstarsza, romańska część zachowała się jako oddzielna boczna kaplica. Tu przechowuje się najcenniejszą relikwię - kawałek ramienia św. Cyryla. Reszta katedry jest gotycka, przebudowana w XVII i XVIII w. w stylu barokowym. Uwagę przykuwa boczny ołtarz tuż przy wejściu do romańskiej kaplicy - w jego górnej części alabastrowe rzeźby przedstawiają zdjęcie Chrystusa z krzyża. Poniżej "Złożenie do grobu" (w brązie), które miało wyjść spod ręki samego Donatella. Na wzgórzu przez wieki rezydowali benedyktyni. Miejscowi wyrażają się o nich z uznaniem, bo to oni w XIII w. zaczęli uprawiać w okolicy winorośl. Tutejsza Frankovka Modra cieszy się sławą najlepszego wina w kraju (a jest tak tania, że wracamy do domu obładowani butelkami).

Schodząc z zamkowego wzgórza, mijamy szykowne pałace, kościoły i kamienice. Fronton kamienicy naprzeciwko biblioteki wspiera niejaki Corgon, bohater walk z Turkami (ponoć uciekali na sam jego widok), który wsławił się w obronie Nitry. Jego wizerunek zdobi też większość knajp - mocarz użyczył wizerunku marce piwa.

Chodzimy po brukowanych ulicach, które zbiegają się na głównym deptaku Stefanickovej Triede. Zaglądamy do świeżo odrestaurowanej synagogi z początku XX w. (dziś nieduże, ale przejmujące muzeum słowackich Żydów).

***

Pora jechać dalej. Przed nami kąpiele w gorących źródłach i masaże z leczniczym błotem w uzdrowisku Piescany. Wrócę po nich pachnąca siarką i zdziwiona, że w tak małej części tak małego kraju tak dużo jest do zobaczenia.

W sieci

http://www.slovakiatourism.sk, sacr@poczta.onet.pl - Narodowe Centrum Turystyki Słowackiej

http://frivald.host.sk - Słowackie Betlejem

http://www.muzeum.sk/default.php?obj=muzeum&ix=ci_pvm- Cicmany

http://www.bojnice.sk - Bojnice

http://www.banskastiavnica.sk - Bańska Szczawnica

http://www.nisys.sk , http://www.nitra.sk - Nitra

Więcej o: