Tokijskie mydło i powidło

Przez pierwsze dni pobytu nie mogłem wcale zasnąć. Zbyt dużo bodźców

Biurowce są tu dziełami sztuki. Podobnie jak hotele, bary czy wystawy sklepów. Poczucie dobrego smaku jest bowiem w Tokio zjawiskiem masowym. Rękę designera widać w najzwyklejszych przedmiotach - pudełku zapałek, bilecie, opakowaniu najtańszej herbaty. Nawet leżące na sklepowych półkach tacki z jedzeniem (tylko włożyć do mikrofali) wyglądają piękniej niż bankietowe dania w drogim warszawskim hotelu.

W całym mieście nasycenie i jednocześnie rozproszenie piękna jest niemal równe - wędrówkę po nim można więc zacząć w każdym punkcie. Można wysiąść na dowolnej stacji metra, pomaszerować w dowolnym kierunku i co rusz wpadać na coś fascynującego. Tokio nie ma jednego centrum, lecz wiele, a w dodatku w każdej chwili może powstać nowe, tak jak trzy lata temu powstało najmodniejsze dziś Roppongi Hills (bo nowe jest tu nowe tylko przez mgnienie oka).

Zatem opowieść o Tokio z konieczności musi być jak spacer po kolejnych dzielnicach-okolicach, które dziś istnieją, lecz za chwilę przysłoni je nowy kaprys ludzkiej wyobraźni.

Shinjuku z dołu i z góry

Już samo Shinjuku (nazywane Shinjuku City) mogłoby być miastem, ba - nawet stolicą sporego kraju. Choć ma 300 tys. mieszkańców, zajmuje zaledwie 18 km kw.! To największy węzeł komunikacyjny Japonii - przez stacje metra przepływa tu każdego dnia więcej ludzi, niż liczy Warszawa z przyległościami. Ale kiedy idę do domu (12 minut marszu na zachód od stacji metra Shinjuku - Japończycy są w kwestii czasu bardzo precyzyjni), po chwili znajduję się w okolicy, która wcale nie przypomina metropolii. Wąskie uliczki, małe domki, starsi państwo, z którymi po tygodniu zaczynam wymieniać ukłony. Na dachach wylegują się koty, nad głową latają jaskółki. Tuż obok płynie rzeka, w nadbrzeżnych krzakach żyją ropuchy.

Wzdłuż uliczek ciągną się sklepiki z tofu, sake, świeczkami, kadzidłami, ręcznikami i pornograficznymi komiksami... Japońskie mydło i powidło - wszystko pod jednym dachem. Dalej maleńka świątynia szintoistyczna, a obok cmentarz z kamiennymi obeliskami. Na chodnikach tuż przy domach małe ogródki - kilka doniczek z kwiatami, drabinka, po której pełznie bluszcz, a z mikrogrządki wyrasta kwitnący krzew jaśminu.

Ale jeśli spojrzeć w górę, ujrzymy betonowe "ośmiotysięczniki" - minimum 30 pięter. Biurowce, hotele, centrale korporacji, ratusz projektu Kenzo (najwyższy w mieście - 248 metrów!). Jedne piękne i urzekające, inne szalone, jeszcze inne okropne. Nic do niczego nie pasuje, nie ma mowy o żadnym planie urbanistycznym. Wielkie firmy za bajońskie pieniądze kupują działki i realizują swoje sny o potędze. Wśród budowli wiele jest kopii - tu Kapitol, tam wieża Eiffla. Wielką ambicją wszystkich jest stworzyć coś, co z angielska nazywa się landmark , czyli budynek-symbol.

Kilkaset metrów od ratusza rozciąga się Central Park. Alejki, drzewka, fontanny, duże połacie trawy i "domki" z plastikowych płacht, w których mieszkają bezdomni. W obejściach idealny porządek: bielizna suszy się na sznurach, przed wejściem stojaki na parasole, zaparkowane rowery. Buty stoją na progu, bo tu oczywiście też się je zdejmuje, wchodząc do "domu" (swoją drogą parcela w tej części miasta musiałaby kosztować co najmniej pół miliona dolarów).

Żeby popatrzeć na wszystko z góry, jadę windą do panoramicznego baru na 52. piętro hotelu Hyatt tuż przy Parku (tu toczyła się akcja filmu "Między słowami" Sofii Coppoli, w którym Bill Murray zderzał się z dziwnością japońskiego świata). Jak okiem sięgnąć, betonowa, szara pustynia, która na obrzeżach zbiega się z sinostalowym niebem. Ufff!!!

Downtown - stare Tokio

Stare Tokio w okolicy parku Ueno to część miasta, która najmniej chce się zmieniać i modernizować. Nie jest duże i gdyby nie wieczny tłok, można by je przejść wzdłuż i wszerz w dwie godziny.

Tuż przy stacji metra Ueno rozciąga się gąszcz wąskich uliczek. Architektura koślawa, "bazarowa" - liczy się tylko towar. Zaułki pękają w szwach od ludzi i sprzedawanych dóbr, jedynie napisy po japońsku i pokrzykiwania sprzedawców uświadamiają, że to jednak Kraj Wschodzącego Słońca, a nie Szanghaj, Hongkong czy Bangkok. W bezwonnym i minimalistycznym Tokio, którego spora część bardziej przypomina poczekalnie na lotnisku niż żywe miasto, tu wreszcie poczujemy prawdziwe zapachy: kadzidła (tlą się na straganach), owoce morza i wodorosty w setkach odmian, skwierczące w głębokim oleju kawałki tofu... Każdy zachwala swój towar: herbatę, skarpetki, przecenione torby Louisa Vuittona, coś, co pływa w wanience i groźnie patrzy, plastikowe talerze z reprodukcją "Ostatniej wieczerzy"...

Malutkie knajpki powystawiały stoliki. Wszystkie zajęte, bo pogoda ładna, więc każdy ma ochotę siorbać z miseczek makarony, nalewać kolejną i kolejną szklaneczkę sake.

Roppongi Hills - Tokio zupełnie nowe

Roppongi Hills to jednak dowód na to, że charakter tokijskich dzielnic wyznacza obecność (bądź nieobecność) wielkich centrów handlowo-rozrywkowo-wystawienniczych.

Dawniej Roppongi było szemraną okolicą: koszary amerykańskich wojsk okupacyjnych stacjonujących tu po II wojnie światowej, bary pełne prostytutek i typów spod ciemnej gwiazdy, podejrzani obcokrajowcy robiący podejrzane interesy. Trzy lata temu otwarto wspaniale zaprojektowane centrum, które zmieniło charakter okolicy. Zabudowa 109 tys. m kw. kosztowała 4 mld dol. i zajęła 17 lat. W ramach jednego kompleksu mieszczą się 793 luksusowe apartamenty, sześć pięter ekskluzywnych knajp i sklepów oraz prestiżowe instytucje, jak TV-Asahi (główny nadawca telewizyjny Japonii), Yahoo! Japan czy Grand Hyatt Tokio.

Najważniejszy jest Mori Tower - 54-piętrowy budynek wysoki na 238 m, a w nim najciekawsze Mori Art Museum (MAM). Zajmuje 52. i 53. piętro i jest najwyżej położoną przestrzenią wystawienniczą świata. MAM, jak sugeruje nazwa, chciałoby konkurować ze słynnym MoMA, Nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Do stworzenia programu artystycznego zaproszono kuratorów z Centrum Georges'a Pompidou w Paryżu, Galerii Tate w Londynie i MoMA. Samo muzeum zaprojektowała zaś nowojorska pracownia Gluckman Mayer Architects, w sposób niezwykle pomysłowy łącząc surowy piaskowiec z superlekką stalą i ze szkłem. Symbolem MAM jest wysoka na 30 m brama prowadząca do galerii - jej rozmach, a zarazem lekkość są dobrym wstępem do tego, co zastaniemy w środku. MAM pokazuje sztukę z całego świata. Ostatnia wystawa "Chiny - skrzyżowania kultur" gromadzi 210 starożytnych obiektów, a pokazana tuż przed nią "Chodź za mną - sztuka chińska u progu nowego milenium" dotykała zjawisk współczesnych. W najbliższym czasie będzie można zobaczyć "Africa Remix" oraz "Tokio-Berlin, Berlin-Tokio" (wszystkie wystawy bardzo dobrze przygotowane, budżety bez ograniczeń).

A skoro jesteśmy przy sztuce, warto wpaść choćby na jedno Martini Dry do Oak Door Bar w tutejszym Hyatcie. To z pewnością jedno z najlepiej zaprojektowanych wnętrz na Roppongi (nie śmiem napisać, że w Tokio): w ogromnych srebrzystych kominkach piecze się mięso, w szklanej komnacie lodowej czekają na swoją kolej owinięte w płótno ogromne filety wołowe, podświetlane szklane szkatuły kryją najlepsze roczniki win z całego świata, a na podłodze leżą pocięte bale dębowe, które za chwilę wylądują w paleniskach. I wprawdzie Martini kosztuje ze 20 dolarów, ale zielona oliwka przebita jest długą na 10 cm srebrną szpilą

Kamakura

Pociąg podmiejski opuszcza Shinjuku, przelatuje przez kolejne śródmieścia, potem przedmieścia, jedzie wzdłuż plaży nad oceanem (Zatoka Sagami - świetne miejsce do surfowania!), wreszcie zatrzymuje się na małej stacyjce Kamakura. Nie do wiary, ale od XII do XIV w. ta mieścina była stolicą Japonii.

Niecała godzina jazdy z Tokio, tylko 50 km na południe i zupełnie inny świat. Dokoła zielone pagóry porośnięte lasem, krystaliczne powietrze, śpiewają ptaki, szemrzą strumyki. Szutrowe dróżki prowadzą do buddyjskich świątyń i klasztorów powstałych w XIII w. Mnisi suną wolnym krokiem, sandały stukają po kamiennych schodkach. Czas zatrzymał się dawno temu, zupełnie niezależnie od tego, że - wedle rozwijanych tu od wieków nauk - jest on tylko złudzeniem, pozorem, niebytem.

W klasztorach Kamakury powstał jeden z klasycznych kierunków japońskiego buddyzmu - zen rindzai . Jest bardzo wymagający, trudny i radykalny. Sprowadza się do wieloletniego siedzenia przed pustą ścianą i obserwowania własnego umysłu. Inną formą dochodzenia do prawdy i oświecenia jest próba rozwiązywania koanów , czyli buddyjskich zagadek-paradoksów. Np.: jaka jest twoja prawdziwa twarz sprzed narodzenia twoich rodziców? Podobno rozwiązanie takich zagadek zweryfikowane przez mistrza daje wgląd w prawdziwą naturę istnienia, a taki jest właśnie cel buddyzmu. Zen rindzai to wielki wysiłek fizyczny i duchowy, który trwa latami, z drugiej zaś strony szlachetne ubóstwo formy i obrzędów.

Ta oszczędność przenosi się i na architekturę - świątynie zbudowane na planie prostokąta, pokryte spadowym dachem i zieloną dachówką, wnętrza niemal puste, gdzieniegdzie odlany z brązu dzwon czy posąg Buddy. Budynki wspaniale wpisują się w krajobraz, otaczają je kępy od wieków starannie przystrzyganej zieleni. Niezwykłe formy przybrały zwłaszcza drzewa - za sprawą nożyc ogrodników rosną w dół i po skosie raczej niż do góry, są karykaturalnie poskręcane, jakby podlegały odwiecznym torturom.

Wracam pociągiem do centrum Tokio i zastanawiam się, która Japonia jest prawdziwa - ta stara czy ta nowa? Chyba jednak obie.

Miasto globalne

Tokio - po japońsku Wschodnia Stolica - to jedno z miast globalnych (należą do nich m.in. Paryż, Nowy Jork, Londyn). Stolicą zostało w 1869 r. (wcześniej było nią Kioto). Leży na wyspie Honsiu nad Zatoką Tokijską, zajmuje 2 187 km kw., liczy ok. 13 mln mieszkańców.

Poradnik przetrwania

Przez wiele lat wydawało nam się - słusznie zresztą - że wyjazd do Tokio jest bardzo drogi i nie warto się nad nim zastanawiać. Na szczęście w ciągu ostatnich lat wszystko potaniało i miasto można zwiedzić z portfelem chudszym od tego, który trzeba zabrać do Paryża, o Londynie nie wspominając.

Spanie - od kapsuły do namiotu

Ponieważ w tym ultranowoczesnym mieście najdroższe są czas i przestrzeń, w odpowiedzi na ich permanentny brak wymyślono hotele kapsułowe. Składają się z mikropokoików tak niskich, że nie można w nich stanąć, głębokich na długość człowieka i szerokich na metr. W każdej kapsule mieści się materac leżący wprost na podłodze, maleńka półeczka, na której można złożyć ubrania, i oczywiście telewizor. Wchodzi się więc do środka (czasami po drabince, jak do kuszetki, ponieważ na każdym piętrze hotelu są pokoiki górne i dolne), zasuwa za sobą klapę i - o ile ktoś nie cierpi na klaustrofobię - śpi spokojnie, czyta książkę lub ogląda telewizję. Każdy hotel ma też przechowalnię bagażu i wspaniałą łaźnię - jedno i drugie wliczone w cenę, która nie przekracza 30 dol. za dobę.

Kapsuły powstały z myślą o milionach tokijskich garniturowców, pracowników korporacji, którzy pijąc obowiązkową sake na obowiązkowych zakładowych kolacjach, albo spóźnili się na ostatnie metro, albo nie chcą nawet podczas snu oddalać się zbytnio od miejsca pracy. Stąd w recepcji każdego hotelu można kupić świeżą koszulę i krawat, by - należycie wyglądając - udać się do pracy. Obecnie w kapsułach mieszkają również turyści z całego świata.

Jeżeli ktoś chce pobyć w Tokio miesiąc lub dłużej, niech wynajmie pokój w pensjonacie - w porównaniu z kapsułami miejsca jest mnóstwo, w dodatku taniej. Apartament kosztuje ok. 800 dol. miesięcznie, łóżko w dormitorium 370 dol. Adresy pensjonatów znajdziemy w darmowym, dostępnym na każdym kroku anglojęzycznym(!) magazynie "Metropolis".

Dla najtwardszych lub najbardziej zdeterminowanych pozostaje jeszcze spanie w parkach. Tokijscy bezdomni (określiłbym ich raczej jako "ludzi żyjących na wolnym powietrzu") rozbijają w parkach czy nad rzeką namioty i bezpiecznie w nich żyją, bo pospolitej przestępczości prawie tu nie ma. W dodatku mieszkają wśród zieleni i mają jedne z najlepszych widoków w mieście (tytułem eksperymentu okryty śpiworem przespałem noc nad jeziorkiem w parku Ueno i obudziłem się rano wypoczęty). Pamiętajmy jednak, że zima w Tokio jest mroźna, a w czerwcu regularnie leje (najlepiej odwiedzić miasto jesienią lub wiosną).

Jedzenie - od tempury po pizzę

Tanie i doskonałe japońskie jedzenie jest dostępne na każdym kroku. W dodatku nie trzeba znać języka - na zdjęciach w witrynach restauracji (często zastępują je kolorowe, plastikowe makiety, przy nich ceny) palcem możemy wskazać, na co mamy ochotę. Miska tempury (zanurzone w cieście naleśnikowym i usmażone w głębokim tłuszczu warzywa, ryby czy owoce morza) plus ryż, pikle i zielona herbata kosztują ok. 5 dol., słodkie curry z ryżem mniej więcej tyle samo. Ceny sushi są niższe niż w Polsce - dolar za sztukę (koło poczty głównej w Shinjuku znalazłem znakomite miejsce, w którym dziesięć kawałków kosztowało równowartość ok. 20 zł!). Należy trzymać się zasady, że dobra i tania knajpa to ta, przed którą stoi kolejka. Idąc tym tropem, nigdy się nie zawiodłem.

Jeżeli ktoś z niezrozumiałych względów nie znosi japońskiej kuchni, a już na pewno nie weźmie do ust surowej ryby, niech idzie do saizerii - tych włoskich przybytków jest w Tokio sporo. Można tu zjeść pizzę za 3,5 dol. (niezłą, choć niedużą) i popić winem (6 dol. za litr).

Bardziej wytrwały podróżnik przeżyje na kanapkach dostępnych na każdym rogu i na onigiri , czyli paczuszkach ryżu owiniętych w wodorosty, z tuńczykową, fasolową lub kiszonośliwkową wkładką. W ulicznych automatach można kupować gorącą bądź zimną herbatę, a nawet zupę w puszkach (niebieski pasek pod puszką oznacza "serwowane na zimno", czerwony - "na gorąco").

W Shinjuku warto odwiedzić dom towarowy Isetan - w jego podziemiach mieści się gigantyczny, dwukondygnacyjny sklep z japońskimi przysmakami, z których wiele można spróbować za darmo.

Transport - tylko metro

Tokio jest zbyt rozległe, by poruszać się na piechotę - z południa na północ liczy co prawda tylko 25 km, ale za to ze wschodu na zachód aż 90! Najwygodniejsze jest metro, którym dotrzemy wszędzie, szybko i tanio. Na większych stacjach i w informacjach turystycznych należy poprosić o plan metra w języku angielskim. Potem obiera się kierunek, kupuje w automacie najtańszy bilet (130 jenów, czyli 4 zł). Opłata zależy od długości przejechanego odcinka i bywa, że przy wyjściu musimy trochę dopłacić. Jeśli bramka nie zechce nas przepuścić, cofamy się do automatu z napisem FARE ADJUSTMENT, wkładamy nasz bilet, automat wyświetla brakującą sumę, wrzucamy ją do środka, dostajemy nowy bilet-przepustkę i wychodzimy - opisuję tę kwestię szczegółowo, gdyż dopytanie się po angielsku jest trudne i czasochłonne.

Problemy z porozumiewaniem się sprawiają, że Tokio ogląda się jak przedziwny i trochę niezrozumiały film. Wprawdzie Japończycy uczą się angielskiego na potęgę, ale niewielu jest w stanie przezwyciężyć wstyd i porozmawiać, a o dłuższej wymianie zdań nie ma nawet co marzyć. Podobnie ma się sprawa z napisami, instrukcjami obsługi i komunikatami płynącymi z megafonów. Trzeba poruszać się trochę na wyczucie i rozwinąć mimikę (ale dzięki temu pobyt w Japonii bardzo pobudza wyobraźnię).

W sieci

http://www.GaijinPot.com - serwis po angielsku dla obcokrajowców

http://www.sakura-house.com

http://www.fontana-apt.co.jp - wynajęcie mieszkania albo pokoju

Więcej o: