Bali: w świecie dobrych duchów

Dzięki zaproszeniu balijskiej rodziny wzięłam udział w jednej z masowych ceremonii kremacyjnych

Przed podróżą na Bali bałam się rozczarowania, zderzenia swoich wyobrażeń, opowieści podróżników i znajomych Indonezyjczyków z rzeczywistością. Bałam się, że będę się czuła jak na planie filmu kręconego dla turystów.

Przypłynęłam promem z Jawy Wschodniej i pojechałam prosto do Denpasar. Nie było rozczarowania - zachłysnęłam się innością i intensywnością życia. Wkroczyłam w świat, który zaskakuje na każdym kroku. To, co w ciągu pierwszych godzin najsilniej odcisnęło się w mojej pamięci, to ofiary z kwiatów i ryżu umieszczone w koszyczkach z liści bananowca leżące przed domami, na chodnikach, przy ruchliwych skrzyżowaniach, na maskach samochodów. Pudża , ofiara dla bogów, składana jest trzy razy dziennie. Przed posiłkiem domownicy karmią duchy. Złe, naziemne trzeba udobruchać, a dobrym - podziękować, zatrzymać przy sobie. Ale - jak tłumaczy Ketut, właściciel hotelu, w którym zatrzymałam się w Ubud - żaden z nich nie jest tylko zły albo tylko dobry. Są jak ludzie - czasem źli, czasem dobrzy. Trzeba dbać, by duchy nie były głodne, bo wtedy łatwo wpadają w złość.

Kiedy idziemy ulicą, co rusz z którejś ze świątyń słychać hipnotyczne dźwięki gamelanu (balijskiej orkiestry). Jeśli zajrzymy przez bramę, to czy zostaniemy zaproszeni do środka lub nie, niewiele zmieni. Z naszą obecnością czy bez wszystko potoczy się swoim rytmem.

Z czasem zrozumiałam, że choć przemysł turystyczny wpływa na życie mieszkańców, nie odziera ich z autentyczności - Balijczycy pozostają sobą. Wszystko, co mają do pokazania turystom: tańce, ceremonie religijne, gamelan , tradycyjne stroje, tarasy ryżowe to "wielki show", ale również ich codzienność, prawdziwe życie. Wystarczy zejść z utartego szlaku, by się o tym przekonać.

***

Mieszkając w Ubud, kulturalnej stolicy Bali, wypożyczyłam kiedyś rower (pomysł karkołomny, biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu) i pojechałam prosto przed siebie. W mijanych wioskach trwały właśnie przygotowania do ceremonii kremacyjnych odbywających się mniej więcej co cztery lata. Biorą w nich udział rodziny, których nie stać na to, by w pojedynkę dopełnić obowiązków względem zmarłego. Po śmierci chowają jego ciało do ziemi i czekają, aż nadejdzie wyznaczona data masowych kremacji. Zdarza się też, że mniej zamożni dołączają do ceremonii kremacyjnych ludzi bogatych.

Ayu i Ade poznałam przy świątyni w Petomon (10 km od Ubud), do której dotarłam śladami procesji. Zmieszana wycofałam się sprzed głównego wejścia - nie znałam zasad, nie czułam się odpowiednio ubrana. Wtedy podeszła Ayu, studentka turystyki z Kuty, ze swoim starszym bratem Ade. Po krótkiej rozmowie zaproponowała, że pożyczy mi sarong (kawałek materiału, który owija się wokół bioder), sasz (pas podtrzymujący sarong ) i kebaję (bluzka z długim rękawem zapinana z przodu), i razem wrócimy na ceremonię do świątyni. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Po kilku dniach zamieszkałam w ich domu i uczestniczyłam w ceremoniach z pozycji niemalże członka rodziny.

Przygotowania do ceremonii kremacyjnych trwają wiele miesięcy. Matka Ayu i Ade przyjechała pół roku wcześniej do rodzinnej wioski swego męża z sąsiedniej wyspy, na której mieszkają (wielu Balijczyków żyje w zachodniej części wyspy Lombok). Trzeba przygotować tysiące ofiar nie tylko na kremację, ale i na poprzedzające ją ceremonie: ciastka z kolorowego ryżu pieczone w oleju kokosowym, owoce, jaja, mięso - wszystko umieszczone w koszykach wyplatanych z liści bananowca. Na każdą z mniejszych ceremonii musi zostać zaproszony kapłan (pedanda ). Trzeba zbudować zadaszenia, pod którymi będą się odbywać kolejne etapy ceremonii, wieże kremacyjne, sarkofagi (niektóre mają kształt zwierząt: byk lub krowa w przypadku mężczyzny lub kobiety pochodzących z wysokiej kasty, a lew lub jeleń dla osób z kasty niższej). Trzeba zorganizować grupę muzyczną, pożyczyć krzesła, wydrukować i rozesłać zaproszenia. Zarzyna się i piecze kaczki i świnie, by wyżywić wszystkich uczestników przygotowań. W przypadku masowych kremacji zarówno koszty, jak i obowiązki dzielą między siebie członkowie wspólnoty sąsiedzkiej (banjar ). Choć nikt nie czuwa nad całością, panuje pozorny chaos i zamieszanie, to wszystko jest gotowe na czas.

Ciało zmarłego nie odgrywa w rytuałach znaczącej roli. To tylko tymczasowa powłoka, pojemnik na duszę, kotwica, dzięki której dusza przytwierdzona została na jakiś czas do ziemi. Przed kremacją zostaje ono wykopane z ziemi przez najstarszego syna, zawinięte w białe sukno i włożone do sarkofagu razem z ubraniami, przedmiotami codziennego użytku, zdjęciami i starymi chińskimi monetami. W końcu po modlitwie ogień trawi sarkofag, ofiary i ciało. Temperatura jest tak wysoka, że trzeba stać w sporej odległości. Gdy ogień gaśnie, rodzina wybiera zwęglone szczątki i kości, umieszcza je w skrzynce, którą po południu wrzuca do morza lub rzeki.

W książkach ceremonię kremacyjną opisuje się jako niezwykle radosne wydarzenie. To, co ja widziałam na twarzach ludzi, którzy mnie gościli, nie było radością, ale ogromnym zmęczeniem. Ayu przyznała też, że mama płakała, wspominając teściową.

Dzisiejsze rytuały odprawiane są z taką samą pieczołowitością i namaszczeniem jak kilkadziesiąt lat temu. Młodzi ludzie powątpiewają czasem w sens tej kosztownej tradycji - nawet średniej wielkości ceremonia to wydatek kilku tysięcy dolarów.

Na Bali panuje przekonanie, że nie powinno się oszczędzać na ceremonii, ponieważ dusza stanie się w krótkim czasie czczonym przodkiem, który posiada wielką moc. Może ją wykorzystać, by pomóc lub zaszkodzić rodzinie. Oszczędność świadczyłaby o braku szacunku dla przodka.

Ayu nie kryła zazdrości, słuchając o mojej podróży. Też jest ciekawa świata, chciałaby podróżować, ale pewnie nigdy nie będzie mogła sobie na to pozwolić. Pieniądze potrzebne są na kolejne ceremonie, które wyznaczają na Bali poszczególne etapy życia i pomagają odnaleźć się w nowej roli lub zapewniają przychylność świata duchów, którego my, Europejczycy, w większości nie rozumiemy.

Korzystałam z: Fred B. Eisman "Bali. Sekala & Niskala. Vol. I: Essays on Religion, Ritual and Art", Periplus Edition 1990

Wyspa świątyń

W departamencie religii zarejestrowanych jest 11 tys. świątyń. W rzeczywistości jest ich dużo więcej. W każdej wiosce znajduje się zespół trzech świątyń: pura puseh (poświęcona założycielom wioski oraz Brahmie, bogowi stwórcy), pura desa (dla duchów opiekujących się społecznością wioski i dla Wisznu, boga podtrzymującego życie) i pura dalem (świątynia zmarłych, poświęcona Sziwie, bogowi zniszczenia, śmierci i płodności lub Durdze, jego żonie). Przy każdym domu znajduje się świątynia rodzinna, w której oddaje się cześć duchom przodków, i pomniejsze kapliczki, w których składa się ofiary bogom. Świątynia znajduje się również w miejscu, w którym spotyka się banjar .

Więcej o: