Do wspomnianego zdarzenia doszło w czwartek, 18 kwietnia. Jak poinformowała jedna z użytkowniczek facebookowej grupy "Podróżniczki", tego dnia jej rodzice mieli udać się do Egiptu na wycieczkę organizowaną przez biuro podróży Itaka. Niestety, początek ich urlopu nie obył się bez problemów.
Z relacji zaniepokojonej córki wynika, że chwile grozy nastąpiły mniej więcej w połowie lotu. Wówczas na pokładzie wszczęto alarm wynikający z podejrzenia, że w samolocie znajdowała się bomba. Załoga pokładowa miała rozpocząć kontrolę, przeszukując pasażerów i ich bagaże. Podróżni byli przerażeni całą sytuacją, a w kabinie rozległy się krzyki.
Skończyło się awaryjnym lądowaniem w Rumunii, na lotnisku pełno antyterrorystów i innych służb [...] Szczerze mówiąc, jestem przerażona całą sytuacją
- napisała internautka w poście opublikowanym na Facebooku.
Jak możemy dowiedzieć się z Flightradar24, strony służącej do śledzenia lotów, wspomniana sytuacja dotyczyła połączenia z Wrocławia do Hurghady. Z mapy wynika, że samolot egipskiej linii czarterowej FlyEgypt zawrócił nad granicą serbsko-bułgarską, po czym skierował się do Timisoary w zachodniej Rumunii.
Pasażerowie zostali zakwaterowani w tamtejszym hotelu, gdzie oczekiwali na dalsze informacje. Okazało się, że podróż została przełożona na kolejny dzień, piątek 19 kwietnia.
"Podróżuje od dziecka, zarówno sama, jak i z biurem podróży, rodzice zresztą też od lat, ale to pierwsza taka sytuacja, stąd ogromny stres. Dostałam informację, że za pięć godzin lecą dalej" - napisała w piątek autorka posta.
Co na to firma Itaka? Przedstawiciele biura podróży twierdzą, że nie otrzymali informacji o alarmie bombowym. Po stracie lotnisko we Wrocławiu otrzymało jednak... "anonimowy, niepokojący telefon". "Ze względów bezpieczeństwa samolot wylądował w Rumunii na lotnisku w Timisoarze. Pasażerom został zapewniony hotel" - poinformowano nas w oświadczeniu.