Wędrówki po Białorusi - stroiczka nad Świtezią

Znana jest wszystkim z ballad Mickiewicza, mało kto jednak dociera nad jej brzegi. A szkoda, bo warto

Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie,

Do Płużyn ciemnego boru

Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,

Byś się przypatrzył jezioru.

Jest rzeczywiście osobliwe. Niezbyt duże (niewiele ponad 1,5 km kw.), leży w sercu Nowogródczyzny, na morenowym wzgórzu, 258 m n.p.m.

Choć teren jest tu pagórkowaty, prawie nie spotyka się jezior. Odosobnioną, niemal doskonale okrągłą Świteź otacza ziemny wał i las. Od strony lasu wał jest wysoki na pół metra, od wody na półtora. Można obejść nim całe jezioro (trzeba tylko uważać na splątane, śliskie korzenie). Jedni sądzą, że stworzyły go fale, zdaniem innych usypali go ludzie. Nie do końca wiadomo, jak powstało jezioro. Laikowi kojarzy się z uderzeniem wielkiego meteorytu (ta regularność kształtu plus wał), a zapewne jest polodowcowe, choć lodowiec wycofał się stąd bardzo dawno, bo aż 150 tys. lat temu (z Suwalszczyzny i Mazur zaledwie 10 tys. lat temu). Świteź nie ma żadnego dopływu ani odpływu, zasilana jest przez opady i podziemne źródła. Do samego brzegu dochodzi gęsta puszcza. Przeważają potężne sosny i dęby, są też wiekowe świerki, graby, jesiony, lipy. Pomiędzy nimi drobniejsze jarzębiny, leszczyny, brzozy, czeremchy, kaliny. No i krzewy malin, jeżyn, a jeszcze niżej jagody, dywany zielonych mchów, porosty, grzyby.

Podmywane przez fale drzewa zwieszają gałęzie nad wodą - to ulubiony tutaj fotograficzny motyw. A woda jest zdumiewająco przezroczysta. Na białym, piaszczystym dnie na głębokości sześciu metrów widać łodygi, liście i narzutowe głazy. Zachwycający widok. W najgłębszym miejscu jezioro ma około 15 m.

Woda jest tak przejrzysta na skutek słabego zmineralizowania (innymi słowy: jest jałowa, uboga w składniki, zwłaszcza w wapń). Tego typu jeziora nazywają się "skąpożywnymi" lub "głodnymi". Mogą w nich żyć tylko takie rośliny, które zadowalają się małą ilością pokarmów. Stąd nietypowa flora Świtezi, niemal w całości wpisana do Czerwonej Księgi - prastara, reliktowa, z końca epoki lodowej. Choćby taka stroiczka wodna - na płytkich nabrzeżach w lipcu i sierpniu zobaczymy całe łany, które "białawym kwieciem, jak białe motylki, unoszą się nad topielą" na prostych, cienkich pędach dochodzących do metra wysokości. Wąskie liście ułożone w rozetkę rozwijają się tylko u dołu łodygi, tworząc na piasku dna zwartą darń (przypominają las miniaturowych agaw). Stroiczka zawiera trujący alkaloid - lobelinę. Nic dziwnego, że miejscowa ludność osnuła legendą kwiaty, które na Nowogródczyźnie zobaczymy tylko w tym miejscu.

Jezioro ma też niewielu mieszkańców. O żadnej porze roku nie usłyszy się tu żab. Nie ma większych mięczaków ani raków, mało jest ryb (podobnie jak w jeziorach górskich lub położonych daleko na północy).

Kult Mickiewicza sprawił, że florę i faunę Świtezi skrupulatnie zbadali polscy przyrodnicy. Pierwsze prace opublikowano już w XIX w., wiele w dwudziestoleciu międzywojennym.

***

Ciekawa jest historia właścicieli jeziora. Za czasów Mickiewicza należało do rodziny Niezabytowskich. Odebrane im za udział w powstaniu listopadowym, przeszło na skarb rosyjski, a po powstaniu styczniowym, za zasługi rusyfikatorskie, przekazano je urzędnikowi osławionego Murawiewa - Ochłapkowi. Był to majątek "instrukcyjny", którego nie wolno było sprzedać ani nawet wydzierżawić Polakowi.

Kolejni rosyjscy właściciele walory przyrodnicze Świtezi traktowali raczej lekceważąco. W 1904 r. Puszkarski, właściciel barbarzyńca, rozkopał wał i spuścił wodę, obniżając jej poziom prawie o dwa metry. Na zdjęciach z tego okresu widać zdewastowany brzeg i gnijące na piasku rośliny. Dopiero po odzyskaniu niepodległości wykupiono jezioro z rąk prywatnych i utworzono chroniący je Park Natury. W 1970 r. władze białoruskie założyły rezerwat krajobrazowy.

***

Gdy byliśmy nad Świtezią, woda nie była "gładka jak szyba lodu" . Wręcz przeciwnie, spore fale rozbijały się o brzeg z chlupotem. W altanie na końcu pomostu wypiliśmy kawę. Zagotowaliśmy ją na turystycznej kuchence, bo choć latem - mimo rezerwatu - jest tu spory ruch (ośrodek wypoczynkowy, bar, pole biwakowe, nawet wypożyczalnia łódek), to jesienią nie spotkaliśmy nikogo. Jedynie ślady po ogniskach. Czar jeziora podziwialiśmy w samotności. Pomost długi, drewniany, altana pomalowana na niebiesko. To ulubiony kolor na Białorusi. Tak maluje się tu obramowania okien, płoty, werandy, a nawet całe domy i cerkwie.

Tak spędziliśmy ostatni dzień na Nowogródczyźnie, przed nami było już tylko czterdzieści kilometrów na rowerach do Baranowicz. Stamtąd pociąg do Polski. Po godzinie dotarliśmy do wsi Solenniki, ukrytej wśród lasów niczym Świteź. Przy samym wjeździe na rozległą polanę stał krzyż, na nim sztuczne kwiaty i biały, haftowany "ręcznik". Jesienne słońce padało nisko, rzucając długie cienie. Oświetlało piaszczystą drogę z głębokimi koleinami, stogi siana, rzędy drewnianych płotów oddzielających pastwiska i brunatnoszare, drewniane chaty. Wokół domów owocujące jabłonki i pełne kwiatów ogródki. Przy drodze pasły się kozy, za nimi białe stado gęsi. Żywy skansen. Nagle spostrzegłam, że w moją stronę biegnie kobieta w czerwonej chustce. Bardzo zła, bo zobaczyła, że robię zdjęcia. Tłumaczę, że pięknie tu, że podoba mi się. Kobieta powoli łagodnieje. Ogląda rower, nie może uwierzyć, że jedziemy z Lidy, że nocujemy pod namiotem, dopytuje się, co jemy. - At kuda wy?

- Z Warszawy.

- Eto Ameryka?

Teraz ja nie mogę uwierzyć. - Nie, eto Polsza.

- A... Polsza.

Byliśmy w prostej linii 150 kilometrów od granicy.

Więcej o: