Wyruszyliśmy 14 sierpnia o świcie przez przejście graniczne na Łysej Polanie (odprawa paszportowa odbyła się błyskawicznie). Kierując się na Zdziar, Tatrzańską Łomnicę, Stary Smokowiec, dotarliśmy do Tatrzańskiej Kotlinki. Między tymi ostatnimi miejscowościami widać hektary powalonych przez wiatr drzew i ślady po sierpniowych pożarach.
Z Tatrzańskiej Kotlinki asfaltową, wygodną drogą doszliśmy (1,5 godz.) do schroniska Śląski Dom (150 miejsc, nieprzytulne wnętrza). Nasz przewodnik jeszcze raz sprawdził, czy mamy dobre buty, kurtki, rękawiczki. Chwila odpoczynku, ostatnia herbatka i... w drogę.
Dobra pogoda, rześkie powietrze, w dolinach snują się białe mgły. Na dole błyszczy dach schroniska, bliżej Wielicki Staw z Ogrodami Wielickimi pełnymi kwitnących na biało i żółto ziół. Mały świstak, wychylając się zza skały, zastyga w bezruchu na nasz widok. Patrzymy sobie w oczy - znika szybko. W przeciwieństwie do kozicy, która nawet nie drgnęła na nasz widok. Ścieżka przechodzi w trawiaste piargi. Zatrzymujemy się pod ścianą Ponad Ogrodami Turni (2433 m), obok wylotu głębokiego Wielickiego Żlebu, spadającego z przełączki nad kotłem. Maciek pomaga nam założyć uprzęże. Wiążąc nas liną, mówi, jak mamy iść. Jesteśmy związani co dwa metry - to tzw. krótka lina, sposób zapożyczony od przewodników alpejskich, który umożliwia w miarę bezpieczne i szybkie poruszanie się z asekuracją. Kolejność: przewodnik, Agnieszka, Zbyszek, na końcu ja. Ruszamy. Pierwszy etap - Wielicka Próba - to 25-metrowa, zielonkawa od porostów ścianka. To dość trudna próba. Wspinamy się w eksponowanym terenie, gdy spojrzę w dół, widzę oddalającą się ziemię.
Następny etap - Przełączka nad Kotłem (2425 m). Osiągamy ją po dwóch godzinach, klucząc trawiasto-skalistym stokiem: na prawo od żlebu, potem żeberkiem w lewo. Odpoczywamy chwilę na płaskim kamieniu, jemy kanapki, pijemy wodę. Szczytu z tego miejsca nie widać. Za to stado kozic spokojnie skubie trawę na stromych półkach skalnych. Z przełęczy widać dolinę polodowcową z Kotłem Gerlachowskim o oryginalnym kształcie.
Dalszy odcinek drogi prowadzi po zachodniej stronie grani. Trawersując, przekraczamy kilka skalnych żeber i żlebów pełnych śniegu. Kilka metrów do góry, potem obniżamy się i znowu w górę. Staram się nie patrzeć w dół, idę uważnie. Kiedy widać, że ktoś się boi, Maciek uspokaja zdecydowanym, spokojnym głosem. Warunki są trudne przede wszystkim z powodu dużej ilości śniegu. Obniżamy się blisko ścian, parokrotnie przechodząc przez pola śnieżne do piarżystego żlebu pod Lawiniastą Przełączką. Stąd zakosami w lewo do kolejnego żlebu, tuż pod wierzchołek małego Gerlachu (2601 m). Nareszcie widać cel wycieczki - główny szczyt. Obserwuję schodzący z przewodnikiem zespół słowacki - idą powoli, asekurując się po połaciach śniegu.
Z dna Żlebu Batyżowieckiego wspinamy się stromą, skalną rynną, wrzynającą się w południową ścianę kopuły szczytowej. Tu nie ma śniegu, tylko lita skała. Nareszcie upragniony widok - krzyż na wierzchołku Gerlacha!
- Dawno się tak nie bałam - mówię, gdy bezpiecznie siedzimy na szczycie. Agnieszka i Zbyszek przyznają, że oni też. Widać stąd całe Tatry: Staroleśną, Łomnicę, Lodowy, Ganek, Wysoką. Od polskiej strony - Mięguszowiecki Szczyt i Świnicę. Po krótkim odpoczynku (z posiłkiem) przygotowujemy się do zejścia.
- Największe trudności jeszcze przed nami - mówi Maciek. - Jesteście zmęczeni, trzeba iść bardzo uważnie. Idziesz pierwsza - zwraca się do mnie. Kiedy protesty na nic się zdają - ruszam. Odwracam się do drogi i z przerażeniem patrzę na stromy, długi język śniegu nadziany kamieniami i na ślady butów na skrzącej w słońcu bieli.
Maciek szedł ostatni, asekurując wszystkich, wpinając linę w stałe haki, czasem z ręki. Pokonując monotonne grzędy skalne, zapierając się w kominkach, nieustannie parliśmy w dół, wprost do stromego żlebu. Stanęłam nad nim sparaliżowana. - Masz klamry, dasz sobie radę! - odezwał się Maciek. Ale klamry szybko się skończyły, zawisłam w niebycie: - Co mam zrobić? - zapytałam drżącym ze strachu głosem. - Masz chwyty na wysokości głowy, rozejrzyj się spokojnie i postaw nogi na stopniach, asekuruję cię.
Pomogło - znalazłam chwyty i oparcie dla nóg. Schodziliśmy wciąż niżej, uważnie, krok po kroku, przyklejeni do ściany. W dali widać było szeroką grzędę, a na niej człowieka. "Zaraz do niego dojdziemy" - pomyślałam.
- To już po trudnościach - ucieszyłam się, spoglądając na Maćka.
- Niestety, jeszcze tylko "próba Batyżowiecka" - rozwiał moje marzenia.
Szybko pokonaliśmy grzędę, która kończyła się najbardziej stromym żlebem ze wszystkich dotychczasowych. Kominek był stromy i mokry. Przesiąknięte wodą buty (każdy ważył kilogram) obsuwały się w zetknięciu ze skałą. Na szczęście obok zwisały łańcuchy. Ekspozycja - ze strachu przywarłam do ściany. - Odchyl się od ściany i zjeżdżaj po łańcuchach! - dobiegło z góry. Uspokoiwszy się, posłuchałam.
Zmęczeni, ale szczęśliwi staliśmy mocno na dwóch nogach w Dolinie Batyżowieckiej. Stąd, najpierw po piargach, potem ścieżką schodziliśmy nad Staw Batyżowiecki. Obchodząc rozległy masyw Gerlachu (1,5 godz.), na trzęsących się nogach doszliśmy do Doliny Wielickiej i Śląskiego Domu na zasłużone, zimne piwo.
Uwaga: wyjście na Gerlach nie jest możliwe bez przewodnika!
Można go wynająć np. w Biurze Przewodnickim MR. Travel (organizuje również wejścia na słowackie szczyty Wysoką i Lodowy) - http://www.mrtravel.pl
inni przewodnicy: http://www.PSPW.pl