Korowód

Pociąg mknął, a u naszych stóp nieustająco płynął strumień ludzi i usług

Jakim cudem udało nam się wsiąść do tego pociągu po dwóch dniach kolejowych niepowodzeń pozostanie tajemnicą naszego hinduskiego kierowcy Ghopala. Przejechałyśmy z nim kawał Indii i na koniec miał nas wsadzić do - dawno już opłaconego - pociągu Agra - Waranasi (Benares). Obiecanych biletów jednak nie było, wielogodzinne koczowanie na dworcu z tysiącami świergoczących ptaków "u powały" i buszującymi szczurami nic nie dało, kłopoty się mnożyły... A nam się spieszyło nad Ganges!

Wreszcie mamy bilety, zwykłe zamiast sypialnych, w dodatku bez miejscówek (co z miejsca dyskwalifikuje kandydata na podróżnego). A pociąg - jak i poprzednie - dosłownie pęka w szwach. Jednak Ghopal w porozumieniu z tragarzem w czerwonym uniformie sprawiają, że konduktor przydziela nam miejsca i wskazuje wagon (samemu nigdy by się go nie odnalazło).

"Nasze" miejsca oczywiście są już zajęte i trzeba pozbyć się intruzów. W końcu zdobywamy coś w rodzaju ławeczki pod oknem (i to bez bójki, ale widziałyśmy zażartą wymianę ciosów na górnych półkach w głębi wagonu - poszło o miejsce właśnie).

Pozbawione drzwi przedziały z siedzeniami z niebieskiej dermy łatwo zamieniającymi się w łóżka (w końcu jedziemy wagonem z napisem Sleeping! ) szczelnie wypełniają ludzie i tobołki, w niewielkich okienkach metalowe pręty (teraz zrozumiałam, dlaczego katastrofy indyjskich kolei przynoszą tak liczne ofiary; nasze niewygodne miejsce blisko wyjścia uznałam już za całkiem niezłe). "Bezmiejscówkowi" okupują korytarze i przejścia, u sufitu przedpotopowe wentylatory i jarzeniówki, podłoga pełna śmieci. Tuż u wejścia do wagonu dwaj mężczyźni rozłożyli maty, przykryli się płachtami i śpią całą drogę, z przerwami na jedzenie.

Podróż rozpoczęta o godz. 11.15 potrwa do 22. W tym czasie korytarzykiem u naszych stóp nieustająco płynie strumień ludzi i usług. Żebracy, kaznodzieje, pucybuci... Stosy kartonowych wytłaczanek z jajkami na twardo plus musztarda; cynkowe wiadra w kształcie wielkich odwróconych dzwonów pełne butelek z napojami; plastikowe wiadra z sałatką warzywną plus kiełki plus cytryna (składniki zaczerpuje się na kawałek gazety-tacki, zgrabnie podrzuca i miesza w powietrzu); drewniana szuflada pełna papierosów, gum do żucia i podejrzanych łakoci; szuflada-kiosk z gazetami; dziwna skrzynka z bóg-wie-czym; słomiany kosz wypełniony gotowaną soczewicą; woreczki z orzeszkami ziemnymi i mandarynkami; stosy chusteczek do nosa; termosy z kawą; potężne czajniki z herbatą ("cziaj, cziaj" - słychać wciąż wołania); wiadro zielonego groszku z ryżem; termosy zupy pomidorowej...

My zamawiamy kolację u "człowieka kolei" w niebieskim uniformie z blaszaną wizytówką. Za 30 rupii dostaję tacę, a na niej porcja ryżu z warzywami curry, miseczka sosu z ciecierzycy, cienki placek paratha , foliowy woreczek z wodą i pyszny jogurt naturalny w glinianej skorupce.

Można się też pożywić na postojach. Wagon błyskawicznie osaczają gromady nowych usługodawców (nie mylić z tymi, którzy non stop wędrują po pociągu). Na peronach wciąż zagniata się i smaży bądź piecze placuszki nan i paratha , gotuje warzywa i sosy. Garkuchnie to blaszane niby-stoliki na czterech kołach od roweru. Do nich przylepiono gliniane piecyki na węgiel drzewny lub gazowe palniki z olbrzymimi kociołkami. Obok stosy miseczek uplecionych z liści i tacki z gazet.

Nasi towarzysze podróży są znakomicie zorganizowani (kto wie, ile dni już jadą i ile jeszcze przed nimi!). Mają wielkie torby pełne naczyń i jedzenia, na noc wyciągają zafoliowane koce i dmuchane poduszki... My na szczęście wkrótce wysiadamy i przenocujemy w Benares, od którego dzieli nas ok. 20 km i potężny, święty Ganges. Nie wiemy jeszcze, że w środku nocy pokonamy go zdezelowaną motorikszą, śmigając przez niemal zanurzony w wodzie wąski drewniany most pełen dziur i blaszanych łat.

Więcej o: