List z Osturni

Wysunięta najbardziej na zachód łemkowska wioska leży u podnóża Tatr Bielskich, już po słowackiej stronie granicy, 20 km od Zakopanego i 30 km od Nowego Targu. To mieszanina kultur, która oparła się politycznym naciskom

Tylko jeden kilometr dzieli słowacką Osturnię od polskiej Łapszanki. Obie wioski łączy polna droga. Trzy lata temu planowano tu nawet otwarcie turystycznego przejścia granicznego, ale pomysł upadł (nieliczni turyści - o czym pewnie Straż Graniczna nic oficjalnie nie wie - przekraczają tu zieloną granicę).

Osturnia ciągnie się przez dziewięć kilometrów wzdłuż Potoku Osturniańskiego, który po polskiej stronie zwie się Kacwinianką, w górskiej dolinie na Zamagurzu Spiskim, okres (powiat) kieżmarski. Drewniane, parterowe domy pamiętają XIX stulecie (blisko trzysta zabudowań, ale wiele opuszczonych, mieszka tu około pięciuset osób). Okiennice mają białe, czerwone i niebieskie - kiedyś mówiły kawalerom, gdzie mieszkają mężatki, wdowy, a gdzie panny, dziś te symbole już się zatarły. Pod koniec XX w. wieś uczyniono rezerwatem architektury ludowej.

W przeszłości komunistyczna władza miała sporo problemu z osturnianami, którzy nie chcieli podporządkować się odgórnym nakazom w kwestii wyznania. - My są rusnaki, czyli grekokatolicy - wyjaśnia pani Marta, jedna z mieszkanek. - W 1950 r. komuniści kazali nam przejść na prawosławie. Ale nie daliśmy się. Sprowadzili nam prawosławnego duchownego, to odprawiał nabożeństwa w pustej cerkwi, a my modliliśmy się na cmentarzu.

Rusnaki to Łemkowie, którzy przed II wojną licznie zamieszkiwali polski Beskid Niski. Osturnię założyli w 1313 r., przybywając wraz z pasterzami wołoskimi. Jeszcze w 1918 r. w wiosce odbywały się wiece rusińskie popierające powołanie Ruskiej Ludowej Republiki Łemków (gdyby osturnianie założyli swoją wioskę zaledwie o kilometr na północ, po II wojnie światowej znalazłaby się granicach Polski, a wówczas po 1945 r. objęłaby ich przesiedleńcza akcja "Wisła"; taki właśnie los spotkał mieszkańców przygranicznej łemkowskiej wsi Jaworki położonej już po polskiej stronie niedaleko Szczawnicy).

Zdaniem etnografów mowa osturnian opiera się na gwarze podhalańskiej, dialektach rusińskich i języku słowackim. Bez problemu porozumiemy się tu po polsku. Bo, jak mówią w Osturni, "Polaki z sąsiednich wsi blisko mają, często tu chodzą i z nimi gadamy". - Ja to jeszcze do polskiej szkoły do Jurgowa chodziłem, to tylko pięć kilometrów stąd - wspomina 86-letni pan Michał. - Dzieci wyjechały do Popradu. Zostało tu wielu staruszków, razem się trzymamy i żyjemy sobie po dawnemu.

Więcej o: