Dziewięcioletnia Devi miała się uczyć w szkole z internatem. Potraktowano ją jak towar

Przed sierocińcem w Nepalu zatrzymują się autokary. Pilot prowadzi grupy turystów do domu dziecka. Umorusane, zaniedbane maluchy wyciągają do dorosłych ręce, rzucają się na szyję przybyszom. Opiekun sprawia wrażenie szczerze przejętego ich losem. A gdybym ci powiedziała, że to nie jest ludzkie zoo? A ten miły pan, który wydawał się tak zatroskany i zrobił na tobie tak dobre wrażenie, prowadzi w tym miejscu intratny biznes?

Zapaliła mi się czerwona lampka

- Kilka lat temu w 2015 r. pojechałam do Nepalu jako turystka. Prywatnie. Odwiedziłam między innymi sierocińce. Zresztą nie było to trudne, żeby tam trafić, bo po dzielnicy Thalmel chodził naganiacz i krzyczał, że za rogiem jest dom dziecka i w każdej chwili można do niego wejść, zrobić zdjęcie i zostawić datek. Po odwiedzinach w dwóch placówkach zapaliła mi się czerwona lampka - mówi Magdalena Szymańska, prezeska fundacji Go'n'Act i pomysłodawczyni projektu Podróże a prawa dziecka.  

- Gdy zobaczyłam powtarzające się zachowania dzieci, te same gesty, że one rzucają się na szyję każdemu, kto wejdzie do sierocińca, wydało mi się niepokojące. Przypomniałam sobie zdjęcia moich znajomych wracających z egzotycznych podróży z podpisem: "Wszedłem do domu dziecka z cukierkami i dziecko rzuciło mi się na szyję" i pomyślałam, że coś tu jest nie tak. Dziecko, które zachowuje się w ten sposób jest zaburzone. Zdrowe dziecko ma mechanizmy obronne, nie rzuci się w ramiona każdemu, kto przekracza próg jego domu, wręcz przeciwnie - obserwuje go i podejrzliwie na niego patrzy. A te od samego początku były przytulaśne - słyszę od Szymańskiej, która pracowała wówczas zawodowo w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, zajmując się formami zastępczej opieki nad dziećmi. - W Polsce miałam do czynienia z dziećmi, które w swoim życiu sporo przeszły, byłam też mamą. Zaczęłam zgłębiać ten problem.

Devi wyrusza w świat po lepsze jutro

Kalawati ma 39 lat, mieszka wysoko w Himalajach w wiosce Humla. Ma troje dzieci, dwójkę straciła z powodu trudnych warunków panujących na wysokościach, a także z braku dostępu do służby medycznej. Pracuje ciężko fizycznie, jest półgłucha, nie stać jej na zapewnienie godziwych warunków do życia swoim pociechom. Jedynej szansy na poprawę losu swojego potomstwa upatruje w dostępie do edukacji. Gdy więc pewnego dnia do jej wioski przybył mężczyzna, który przekonywał, że reprezentuje międzynarodową organizację i jedno z jej dzieci, najmłodsza, wówczas dziewięcioletnia Devi, będzie mogła się uczyć w Katmandu w nowo otwartej szkole z internatem - kobieta potraktowała to jako nadzieję na odmianę losu swej córki. Matka i dziewczynka myślały, że dziewięciolatka wyrusza w świat po lepsze jutro.

DeviDevi Stopklatka / Youtube / Aljazeera

Dlaczego jest tak dużo sierocińców?

- Po wizycie w Nepalu zaczęłam zgłębiać problem i zastanawiać się, jak to jest możliwe, że w Katmandu jest tak dużo domów dziecka? Nie dawało mi spokoju, ze zatrudniani są naganiacze, żeby ściągać jak najwięcej ludzi. Zastanowiła mnie ta masówka - opowiada Szymańska.  

Szymańska dodaje: - Wyobraźmy sobie sytuację w naszym kraju, że polski dom dziecka jest atrakcją turystyczną dla urlopowiczów z Europy Zachodniej. Każdy może wejść, przytulić dzieci, pocałować je, zrobić sobie z nimi zdjęcie i opublikować w internecie. Niedopuszczalna sytuacja, prawda? To jest absolutne zaburzenie prywatności dziecka. Nie należy odwiedzać sierocińców, ponieważ dom dziecka to jest dom - jak sama nazwa mówi - czyli ich strefa życia osobistego. Przewijający się obcy ludzie w czyimś domu są dla rozwoju dziecka zupełnie niewłaściwym zjawiskiem - podkreśla psycholog.

Wolonturystyka

Na świecie rozpowszechnione jest zjawisko wolonturystyki. Wydaje się, że ten trend ma same pozytywy, można jeździć po świecie, a przy okazji mieć wrażenie, że realnie odmienia się los innych, bardziej potrzebujących osób. Nic bardziej mylnego.

- W krajach Globalnego Południa turyści w ramach wolonturystyki bardzo często decydują się na pobyt w domu dziecka. Zatrzymują się tam na dwa tygodnie, miesiąc lub trochę dłużej. Czy takie zjawisko byłoby dopuszczalne w Polsce? Czy zgadzalibyśmy się, żeby na dwa tygodnie przyjeżdżały młode osoby, które przez ten czas przytulają dzieci, zapewniają, że je kochają, przywiązują się do siebie nawzajem, a po 14 dniach mówią: "było miło, ale musimy wracać". I tak co dwa tygodnie, miesiąc, dwa miesiące przyjeżdżają nowe osoby, kochają przez jakiś czas, wyjeżdżają i zapominają. Ten wzorzec powtarza się w większości tego typu placówek. Dzieci w tych sierocińcach w zdecydowanej większości cierpią na zaburzenia przywiązania, ponieważ nie są wychowywane przez stałych dorosłych, tylko bardzo przypadkowe osoby, które pojawiają się w ich życiu na bardzo krótki czas. Ich społeczny rozwój jest nie tyle zaburzony, co kompletnie rozstrojony - tłumaczy psycholog.

Wolontariusz, który nie ma wiedzy z psychologii rozwojowej dziecka, myśli pewnie, że przyczynia się do poprawy świata. Wzruszony losem dzieci wraca do swojego kraju, prowadzi zbiórki pieniędzy albo sam z własnej kieszeni wspiera finansowo placówkę.

Mali podopieczni zaś zmuszani są również do występów w koncertach czy przedstawieniach, żeby zarabiać pieniądze. - Wyobraźmy sobie dzieci, które co wieczór dla gawiedzi muszą występować. Oczywiście muszą się uśmiechać i odpowiednio wyglądać, ale są do tego trenowane. Im bardziej ich zachowanie będzie chwytać za serce, tym więcej zapłacą turyści, więc dzieci nie mogą sobie pozwolić na odmówienie udziału w przedstawieniu, bo zaraz oberwą - opowiada psycholog. - Tańczą więc i uśmiechają się, a przecież to współczesna praca dzieci. Pieniądze zaś z różnych źródeł szerokim strumieniem płyną do sierocińców.

I pewnie myślisz, że się czepiam. Pewnie sądzisz, że skoro w krajach Globalnego Południa panuje przeraźliwa bieda, to liczy się każdy grosz za zdjęcie, przelew od wolontariusza czy opłata za występ. A jeśli powiem ci, że ani jeden dolar, euro czy złotówka nie trafiły do tych potrzebujących dzieci? A ty właśnie zasiliłeś konto człowieka bez skrupułów i norm moralnych, który bogaci się na krzywdzie najmniejszych i bezbronnych? Z raportu UNESCO wynika, że ok. 80 proc. dzieci przebywających w sierocińcach w krajach Globalnego Południa ma przynajmniej jednego rodzica. W poszczególnych krajach statystyki mogą być jeszcze bardziej wstrząsające - w Ghanie czy na Sri Lance ich odsetek wynosi nawet 90 proc. Problem dotyczy różnych krajów, począwszy od Haiti, przez Ugandę czy Kenię, po Kambodżę czy Nepal.

"Papierowe sieroty"

Z autokaru wysypują się turyści. Najpierw urlopowicze zatrzymują się przy lokalnym sklepie, w którym mogą kupić prezenty dla biednych sierot. Obsypują nimi dzieci wieszające się im na szyjach, robią sobie z nimi zdjęcia, często płaczą, dadzą datek. Alicja Kosińska, ekspertka w projekcie "Zanim pomożesz" pisze, że po wyjeździe podróżnych prezenty bywają zabierane na nowo do sklepu (który jak się okazuje nie był przypadkowy) i sprzedawane ponownie kolejnym turystom, którzy odwiedzą go przed swoją wizytą w sierocińcu. "Kto na tym zyskuje? Właściciel sklepu sprzedający parokrotnie ten sam towar, właściciele sierocińców, którzy dostają z tego profit oraz przewodnik, który przywiózł w jedno i drugie miejsce turystów. Zyskują też poniekąd turyści, którzy w błogiej nieświadomości opuszczają ośrodek, z poczuciem, że zrobili coś dobrego. Jedynymi osobami, które nic nie otrzymują z tego kręgu generowania pieniędzy, są teoretyczni beneficjenci pomocy, czyli dzieci" - tłumaczy Kosińska.

 

Najgorsze przypuszczenia się sprawdziły

Kate van Doore to prawniczka z Australii, która ponad dziesięć lat temu razem z grupą młodych obcokrajowców prowadziła sierociniec Forget Me Not. Do czasu. Dzieci zaczęły się do niej przywiązywać i ujawniać prawdę o swojej tożsamości. 

Dzięki temu, że pracowała w sierocińcu stale przez dobrych kilka lat, a nie jako wolontariusz przez miesiąc czy dwa, zyskała akceptację dzieci, które zaczęły przyznawać, że nie są sierotami, że mają rodziców, że często zmieniono im imiona i tożsamość. Gdy prawniczka zaczęła zgłębiać tę sprawę, okazało się, że dokumentacja dzieci została sfałszowana, że przebywają tu "papierowe sieroty", a dom dziecka nie ma nic wspólnego z instytucją dobra publicznego, a jest fałszywym sierocińcem wpisującym się w tzw. biznes sierocy.

- To był bardzo emocjonujący czas, gdy potwierdziły się nasze przypuszczenia - mówiła Kate w zagranicznych mediach. - To był prawdziwy szok.

Kate van Doore po tym odkryciu zmieniła profil działalności Forget Me Not - sierociniec przekształciła w organizację, która ponownie łączy dzieci z rodzinami. Prawniczka musiała zmierzyć się z czymś jeszcze. Musiała spotkać się z darczyńcami i przyznać, że darowizny, które składali w najlepszych intencjach, w rzeczywistości prowadziły do oddzielenia dzieci od ich rodzin. Po przedstawieniu im faktów i zmiany profilu organizacji okazało się, że o wiele więcej darczyńców zaczęło wspierać działalność jej organizacji.

Kate nie ukrywa, że martwi ją niewiedza, że nadal tak wielu ludzi decyduje się na wolontariat w sierocińcach i tak wielu wspiera wielomiliardowy światowy przemysł - biznes sierocy.

Devi - miała udawać sierotę

- W Nepalu po zakończeniu wojny domowej rzeczywiście określona grupa dzieci pozostała bez opieki. Zaczęto budować dla nich domy dziecka, działania finansowały organizacje z Europy Zachodniej czy Ameryki Północnej. Były na dość wysokim poziomie. Osoby o nieczystych intencjach zorientowały się, że prowadzenie takiej placówki to świetny, intratny biznes. Zaczęto więc zakładać coraz więcej sierocińców. To jest nasz zachodni mit, że w biedniejszych krajach dzieci można zbierać z ulicy. To nie tak. Jeśli dzieci są na ulicy, to są tam dlatego, że ich rodzina jest prawdopodobnie bardzo biedna i nie może im zapewnić utrzymania, ale to nie znaczy, że są sierotami. Mamy więc sytuację, że handlarz ludźmi zakłada dom dziecka po to, aby na nim zarobić, a ponieważ nie ma dzieci, które mógłby w nim umieścić, zaczyna je werbować. Towaru, na którym mógłby zarobić, szuka u najbiedniejszych rodzin - opowiada Szymańska.

I właśnie taki werbownik pojawił się m.in. w domu Kalawati i jej męża w wiosce Humla leżącej wysoko w Himalajach.

"Zakładamy w Katmandu w Nepalu szkołę z internatem. Dajcie nam swoje dziecko, my je wykształcimy i zapewnimy lepszą przyszłość" - usłyszała matka, która zapewne w dobrej wierze powierzyła swoją córkę przedstawicielowi nowo otwartej szkoły - jak się przedstawił.

Dziewięcioletnia wówczas Devi zamiast do szkoły trafiła do oszustów, do fałszywego sierocińca. A wraz z nią również inne dzieci z górskiej wioski. Umieszczono je w ruderze, ni to oborze, ni to domu. Spały na ziemi. Były zaniedbane, brudne i głodne. Kierownikowi sierocińca nie udało się pozyskać sponsorów, więc przestał się nimi zajmować. Zostały pozostawione same sobie. "Nie podobało mi się to wszystko" - wspominała Devi. "Byliśmy głodni. Ciągle chorowaliśmy".

W takich warunkach trzymano dzieciW takich warunkach trzymano dzieci Stopklatka / Youtube / Aljazeera

W Nepalu w domach dziecka mieszka ponad 15 tys. dzieci, ale ponad 80 proc. z nich nie jest  sierotami. Rząd próbuje rozprawić się z tym procederem, zaostrzył wyroki za handel dziećmi i utworzył specjalną jednostkę policyjną, która przeprowadza naloty na nielegalne sierocińce i ratuje dzieci. Devi została znaleziona podczas jednego z nich.

Biznes sierocy niestety się rozrasta. Według UNICEF-u liczba sierocińców w Kambodży w ciągu pięciu lat wzrosła o 75 proc. W samym zaś Katmandu, stolicy Nepalu, jest ich prawie 600, nie licząc wielu nielegalnych placówek. A to wszystko pomimo spadku liczby samych sierot.

Dzięki organizacji Forget Me Not - Devi udało się wrócić do domu.

Devi z mamąDevi z mamą Stopklatka / Youtube / Aljazeera

Wiele osób zastanawia się, czy jest to dobra praktyka, aby dzieci wracały do środowiska, w którym nie ma perspektyw. Co robić po zakończeniu wojny, katastrofach naturalnych, kataklizmach?

- Dziecko powinno się wychowywać w rodzinie, więc jeśli zdarza się katastrofa naturalna, trzeba szybko stworzyć chociażby budynki, w których dzieci zostaną zabezpieczone. Kolejnym krokiem jest odszukanie najbliższych krewnych tych dzieci, żeby mogły jak najszybciej wrócić pod opiekę rodzinną. Instytucja nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem dla dzieci. Nigdy. Po katastrofie naturalnej dzieci powinny trafić do swoich rodziców, jeśli to nie jest możliwe, to do dalszych krewnych. Dlatego w perspektywie dwóch-trzech lat liczba domów dziecka w regionie dotkniętym katastrofą powinna spaść. Jeśli tak się nie stało, to znaczy, że zadziało się coś bardzo złego - tłumaczy Szymańska.

Nie bądźmy zatem naiwni. Na naszej wrażliwości na krzywdę innych wzbogacają się nikczemni ludzie. Co robić, jeśli chcemy pomagać słabszym i potrzebującym w krajach Globalnego Południa? - Wspierajmy rodziny. Wpłacajmy datki lokalnym organizacjom, które działają na rzecz konkretnych środowisk i rodzin. Wtedy będziemy mieć większą pewność, że nikt nie będzie żerować na naszym dobrym sercu.

Niestety kilka polskich biur podróży również oferuje zwiedzanie sierocińców w krajach Globalnego Południa. 

Zobacz wideo Dach świata tonie w śmieciach. Zebrano 11 ton opadów