Moja przygoda z Samarią rozpoczęła się w Chanii, drugim co do wielkości mieście Krety. Stąd do wąwozu jest tylko 36 km. Do Omalos, gdzie wchodzi się do Samarii, prowadzi kręta droga nad przepaścią - to pierwsze wyzwanie. Całe szczęście, że jest ciemno, bo jedziemy bardzo wczesnym rankiem. Ze słońcem pojawia się strach, zwłaszcza po zapewnieniach przewodnika, że kierowca jest bardzo doświadczony, bo wczoraj odebrał prawo jazdy...
Po niecałej godzinie dojechaliśmy na wysokość 1235 m n.p.m. Na szczęście mam wygodne buty turystyczne z grubą i twardą podeszwą - to podstawa. Coś do jedzenia trzeba kupić przed wejściem do wąwozu. W sklepiku połączonym z kafenionem są kanapki, słodycze, domowe wypieki i kawa, wybawienie o siódmej rano. Później nie kupimy nic do jedzenia, bo w parku narodowym, jakim jest Samaria, nie ma sklepów. Koniecznie trzeba zabrać butelkę wody mineralnej. Przy wejściu do wąwozu kupujemy bilet - na nim kozica górska agrimi, którą, przy odrobinie szczęścia, spotkamy na szlaku.
Zaczynamy od Xyloskalo (Drewniane Schody). Ten trzykilometrowy odcinek trasy, jeden z najtrudniejszych, prowadzi stromo w dół. Po siedmiu kilometrach dochodzimy do opuszczonej wioski Samaria, której mieszkańców wysiedlono przed powstaniem parku. Teraz to ulubione miejsce piknikowe turystów i... agrimi. Zwierzęta wiedzą, że ludzie przyniosą jedzenie i podzielą się z nimi. Niektóre pozują do zdjęć w zamian za batonika z orzeszkami. W wiosce jest kościółek, niestety najczęściej zamknięty. Podobno zbudowała go w XIV w. mieszkająca w Samarii zakonnica.
Po odpoczynku w Samarii stajemy twarzą w twarz z prawdziwym wąwozem. Wielkie głazy, skalne ściany, osiągające nawet pół kilometra wysokości. Do tego wspaniała roślinność: cedry, cyprysy i kwiaty wężowe.
Zmęczenie i upał (kiedy pada deszcz, kierownictwo parku decyduje, czy otworzyć wąwóz dla turystów). Mam ochotę zakończyć wędrówkę tu i teraz, ale jest to niemożliwe. Gdy się weszło do wąwozu, trzeba z niego wyjść, a "osiołki czerwonego krzyża" są tylko dla tych, którym stan zdrowia nie pozwala iść dalej (po drodze widziałem trzy, a na końcu trasy jeden z nich niósł turystkę ze zwichniętą kostką). Niektórzy przewodnicy żartują, że osiołkami transportuje się tylko ciała...
Wielu turystów biegnie przez wąwóz ile sił w nogach. A nie o to przecież chodzi. Warto zatrzymać się dłużej między dziewiątym a dwunastym kilometrem i poobserwować przyrodę. Samaria zachwyca kolorem skał (różne odcienie czerwieni), roślinnością, z wolna płynącym potoczkiem (który wiosną się powiększa), ale przede wszystkim wielkością. Skłania do refleksji - w tak pięknych miejscach człowiek czuje się taki mały...
Przed nami Stalowe Wrota, najwęższe miejsce w wąwozie - trzy metry szerokości. To tutaj w czasie rewolty 1770 r. Ioannis Bonatos, dowódca 200 powstańców, zatrzymał Turków, ratując życie blisko 4 tys. greckich kobiet i dzieci uciekających przed okupantem (Turcy pozostali na wyspie do 1898 r., kiedy to Kreteńczycy odzyskali niepodległość).
Ci, którzy chcą zobaczyć tylko Stalowe Wrota, mogą wybrać się na wycieczkę "Lazy Samaria" ("Samaria dla leniwych"). Wtedy dostajemy się do wąwozu od strony Morza Libijskiego. Takie rozwiązanie jest wprawdzie mniej męczące, ale traci się najpiękniejsze widoki.
Po 13 km opuszczamy wąwóz. Należy okazać bilet, aby kierownictwo parku mogło sprawdzić, czy wszyscy, którzy danego dnia weszli do Samarii, również z niej wyszli.
Przed nami wędrówka do miejscowości Agia Roumelii. Ten ostatni odcinek chyba jeszcze trudniej pokonać niż sam wąwóz. Nie ma kamieni czy krętych ścieżek, jest za to lejący się z nieba żar. Ale już tylko trzy kilometry do końca trasy.
Nagroda czeka dopiero w Agia Roumelii - szklanka świeżego, zimnego soku z pomarańczy w jednej z tawern to prawdziwe ukoronowanie naszych wysiłków. Z restauracyjnych tarasów podziwiamy ruiny antycznej osady Tarra, znanej z ucieczki króla i rządu greckiego do Egiptu w 1941 r. po niemieckim ataku na wyspę.
Z Agia Roumelii prom zabierze nas do Paleochory (lub Chora Sfakion), potem autokarem wrócimy do hotelu. Ale mając trochę czasu, idziemy popływać w Morzu Libijskim. Kąpiel z pewnością przyda się naszym nogom.