Po chwili kładzie przed nami sporą drewnianą szkatułkę z drewna różanego i otwiera ją. Nagle wszystko stało się jasne! Prawie codziennie widzieliśmy tu ludzi grających w taką grę. Wilimina zaczyna więc pierwszą lekcję bao, gry dla dwóch osób. Skrzyneczka zawiera 32 otwory - po 2 rzędy dla gracza. Do każdego otworu wrzuca się na początek po dwa ziarenka wielkości wiśni. Wilimina tłumaczy nam dokładnie kolejność ruchów i zasady zabierania przeciwnikowi ziarenek - trzeba zdobyć ich jak najwięcej i wyczyścić mu cały rządek. Gramy z żoną do późnej nocy i końca nie widać. Wilimina po kilku godzinach przychodzi pogasić światła i ze zdumieniem widzi, że jeszcze nie skończyliśmy pierwszego rozdania! Okazuje się, że niedokładnie zrozumieliśmy reguły bao. Ale nie szkodzi, tak nas wciągnęło, że byliśmy gotowi przekładać te ziarenka choćby do rana.
Wiedzieliśmy, że wracając do domu, musimy zabrać ze sobą bao. Świetnie się nadaje na długie jesienne wieczory. Przypomina nam tę część świata, gdzie czas biegnie inaczej, ludzie się nie spieszą, a nad planszą bao można siedzieć godzinami. Gramy 64 ziarenkami (można grać np. kamykami czy fasolkami), ale dostaliśmy drugie tyle na zapas. Do dziś nie zgubiliśmy jeszcze ani jednego.