Bunkier z Albanii

Podobno Enver Hodża nie był szaleńcem. Po przekroczeniu granicy Albanii zaczynam jednak wątpić, czy to prawda
Niemal pół wieku dyktatorskich rządów odcisnęło na tym kraju ogromne piętno. Lata izolacjonizmu doprowadziły Albanię na skraj zapaści gospodarczej. Hodża panicznie bał się, że jego przeciwnicy będą chcieli odsunąć go od władzy. Opozycję w kraju likwidował przy pomocy Sigurimi - brutalnej służby bezpieczeństwa. Z uporem godnym maniaka starał się też przygotować kraj na inwazję nieprzyjaciół z zagranicy. To on rozpoczął budowę niezliczonych fortyfikacji, które przez 30 następnych lat pokryły prawie cały kraj. Szacuje się, że dziś na terenie Albanii wciąż znajduje się 800 tys. różnego rodzaju umocnień. Zdecydowaną większość z nich stanowią niewielkie, kilkuosobowe bunkry. Na pierwszy rzut oka przypominają betonowe grzybki.

Budowano je głównie na granicach i wzdłuż wybrzeża, ale można się też na nie natknąć w przydomowym ogródku, na środku pola z żytem, czy nawet na miejskim trawniku. Ich pierwotne zalety - trwałość i wytrzymałość - z czasem stały się dla Albańczyków największym przekleństwem. Bez ciężkiego sprzętu bunkrów nie dało się usunąć. Trzeba się więc było do nich przyzwyczaić. Dziś służą jako spiżarnie, graciarnie czy miejsca schadzek zakochanych.

Z czasem bunkry stały się też nieformalnym symbolem kraju, który sprzedaje się - oczywiście w wersji zminiaturyzowanej - w sklepach z pamiątkami. Taka pamiątka - poza widocznymi na pierwszy rzut oka walorami ozdobnymi - może także pełnić funkcję popielniczki. Choć nie palę, nie mogłem się oprzeć pokusie i kupiłem to "cudo". Dziś stoi na półce obok innych pamiątek. Kiedy odwiedzają mnie znajomi palacze, zawsze podsuwam im tę kuriozalną popielniczkę, bo stanowi doskonały pretekst do rozmowy o Albanii, o Enverze Hodży i jego bunkrach.