Najnowsza książka Witolda Jurasza "Demon zza miedzy" to klasyczna literatura faktu. Tym razem dziennikarz przygląda się Aleksandrowi Łukaszence i udowadnia, że po 30 latach jego prezydentury wciąż wiedzieliśmy niewiele o arkanach absolutnej władzy białoruskiego przywódcy, którego kandydaturze wsparcia udzieliła… Polska. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czerwone i Czarne publikujemy fragmenty książki.
Procesy polityczne w Mińsku były wyjątkowo obrzydliwym spektaklem. Oskarżeni siedzieli w, jak to jest w zwyczaju na Białorusi, ale też i w Rosji, metalowych klatkach ustawionych na sali sądowej. Prokuratorzy nawet nie próbowali udawać, że to, co robią, ma cokolwiek wspólnego z jakimkolwiek wymiarem sprawiedliwości, a i sędziowie nieszczególnie dobrze grali swoje role.
Najbardziej kuriozalny proces polityczny, w którym uczestniczyłem, odbywał się w Witebsku. Był to proces mało znaczącego co prawda opozycjonisty, ale zarazem człowieka, który ogłosił strajk głodowy. Sala sądowa wypełniona była omonowcami i kagiebistami, którzy robili za tłum. Chodziło o to, żeby nie wpuścić na salę rodzin i zwolenników oskarżonego. Mnie jako dyplomatę oczywiście musiano na salę wpuścić. W pewnym momencie, jako że i sędzia, i prokurator sprawiali wrażenie całkowitych półgłówków, szeptem zwróciłem się do siedzącego obok mnie człowieka z pytaniem, czy do tych procesów zawsze muszą dobierać najgłupszego prokuratora i najgłupszego sędziego.
Siedzący obok mnie major KGB powiedział: „No tak, wie pan, bo nikt nie chce w tych procesach sądzić i rzeczywiście wybierają największych idiotów". Po czym również szeptem powiedział, że bardzo przeprasza, bo się nie przedstawił. Podał mi swoją rangę i nazwisko, więc ja również się przedstawiłem. Mój sąsiad odpowiedział, że oczywiście wie, kim jestem, bo mu kazali obok mnie siedzieć. Odpowiedziałem, że to w pewnym sensie zaszczyt, że usadzono aż majora obok mnie, co z kolei wywołało atak śmiechu siedzących obok nas zwykłych omonowców. W tym momencie sędzia zwróciła nam uwagę, że przeszkadzamy w obradach sądu, na co wstałem i powiedziałem, że bardzo przepraszam, ale po prostu zagadałem się z majorem z KGB. To spowodowało kolejny wybuch śmiechu, tym razem już całej sali sądowej i również oskarżonego.
Kilkanaście minut później siedzący obok mnie kagiebista spytał mnie, jakie są dokumenty potrzebne, żeby wyrobić wizę Schengen. Odpowiedziałem, że trzeba mieć świadectwo z miejsca pracy (co nie było, dodajmy, prawdą). Na to dictum dżentelmen ów zadał mi pytanie, czy może być to świadectwo z KGB. Odparłem, że nie jestem do końca przekonany, czy to jest najlepsze świadectwo pracy i czy mógłby ewentualnie jakieś inne sobie załatwić, co wywołało kolejny atak śmiechu siedzących obok omonowców i kolejny atak furii sędzi, która zadała mi pytanie, czemu ponownie przeszkadzam, na co odpowiedziałem, że bardzo przepraszam, ale KGB chce dostać wizę, bo najwyraźniej też im się tu nie podoba. Powyższe było oczywiście odpowiedzią bezczelną, ale prawdę powiedziawszy, podłość sędzi, która kazała ledwie stojącemu na nogach w wyniku głodówki oskarżonemu stać, wywoływała we mnie rosnącą irytację i chęć zrobienia czegoś, a nie tylko oglądania, jak niszczy się człowieka. W pewnym momencie oskarżony osunął się na ławkę, która znajdowała się wewnątrz klatki, a ja wiedziony jakimś instynktem wstałem, podszedłem do niego i poprosiłem go „w imieniu Unii Europejskiej" (co swoją drogą było sformułowaniem całkowicie absurdalnym) o to, żeby przerwał głodówkę. Oskarżony powiedział, że głodówki nie przerwie. Odpowiedziałem, że proszę go o to osobiście, również w imieniu jego żony i jego dzieci, bo liczy się tylko to, żeby przeżył. Sędzia powiedziała, że za moment mnie wyrzuci z sali sądowej, bo zachowuję się niedopuszczalnie. I wówczas zrobiłem coś, czego jako dyplomata zrobić absolutnie nie powinienem. Mianowicie powiedziałem, że to sędzia przeszkadza mi w rozmowie z niewinnym człowiekiem, a ja nie przeszkadzam w żadnych obradach sądu, dlatego że znajduję się w teatrze, a nie w sądzie, a spektakl jest wyjątkowo kiepski. Następnie wyszedłem z sali sądowej, trzaskając drzwiami. Przed salą sądową kłębili się dziennikarze, którym udzieliłem kilku wywiadów. Gdy doszedłem do samochodu, którym przyjechałem do Witebska, mój białoruski kierowca (polski był akurat na urlopie), niezwykle sympatyczny, ale też niewątpliwie pracujący nie tylko w naszej ambasadzie, lecz również dla białoruskich służb, powiedział: „Oj, pan Jurasz, no tym razem to pan przesadził. Ale ja też pana rozumiem, no bo to okropne, co tutaj wyprawiają".
Z białoruskimi kierowcami z jednego podstawowego powodu bardzo lubiłem jeździć. Otóż ilekroć nie byłem w stanie do czegoś przekonać Białorusinów, wdawałem się w luźne rozmowy z kierowcami, którzy zadawali niezwykle inteligentne pytania. Wynikało z nich jasno, że bardzo dobrze orientują się w polityce i nie są, choć takich udawali, prostymi ludźmi. Ja zaś często mówiłem, jak to ciężko mi było namówić Warszawę na określoną propozycję i jak nierozsądne jest to, że białoruski MSZ mojej propozycji nie przyjmuje. Przynajmniej dwa dni później Białorusini zmieniali punkt widzenia, z czego wnioskowałem, że w KGB powstała notatka, że szef polskiej placówki naprawdę szczerze uważa, że dana propozycja jest obopólnie korzystna. Oczywiście mówię tu o sprawach drobnych, a nie pierwszoplanowych.
Jeśli chodzi o poważniejsze sprawy, stosowałem inny trik, którego nauczyłem się od mojego ojca. Kiedy miałem dziesięć czy jedenaście lat, pojechałem z tatą do Mosulu w Iraku. Pewnego dnia obudziłem się rano w pokoju hotelowym i ku swojemu zdumieniu usłyszałem tatę, który w sąsiednim pokoju mówił do mnie (mimo że mnie tam nie było). Kiedy otworzyłem drzwi, tata położył palec na usta, wskazując, żebym niczego nie mówił i kontynuował swoją opowieść, w której tłumaczył mi, że Saddam Husajn naprawdę dba o ludzi, że buduje szkoły i szpitale. I że na pewno jest oczywiście dyktatorem, ale że w tym regionie przecież demokracji nie ma i że najważniejsze jest to, ile stara się zrobić dla zwykłych Irakijczyków. Kiedy wyszliśmy z hotelu, tata powiedział mi, że to, co zrobił, to dość nachalny co prawda trik, ale zarazem, że z tego, co „mi" mówił, niemal na pewno powstanie notatka, a bezpieka, która cały czas informuje Saddama o tym, kto przeciwko niemu spiskuje, z największą przyjemnością dostarczy mu autentyczny raport o tym, że polski ambasador nawet własnemu synowi mówi, jaki to pan prezydent jest przyzwoity, dobry i jak dba o ludzi.
Zaadoptowałem tą sztuczkę, wdając się czasem w wyreżyserowane rozmowy z moją żoną, której opowiadałem tym, jak Aleksander Łukaszenka w gruncie rzeczy nie jest taki zły, chociaż trochę go krytykowałem w tych rozmowach, bo inaczej nagranie byłoby całkowicie niewiarygodne. To, że mieliśmy podsłuchy w domu, było bowiem całkowitą oczywistością. Mieliśmy zresztą również kamery wideo. Jeden z ambasadorów UE, w którego rezydencji odkryto kamery nawet w sypialni, oficjalnie poprosił Białorusinów o kopie nagrań, dodając złośliwie, że oczywiście wie, że liczyli na nagrania z jego gosposią, a nie z żoną. Swoją drogą pamiętam rozmowę telefoniczną z moim rozwodzącym się wówczas kuzynem, któremu żartobliwie powiedziałem, że Białorusini cały czas usiłują mi podstawić jakąś młodą panią (rzeczywiście próbowali), ja nie skorzystam, ale może kuzyn miałby ochotę. Mniej więcej tydzień później po jednym ze spotkań w białoruskim MSZ, kiedy już wychodziłem, dyrektor departamentu z uśmiechem powiedział mi, żebym dał znać, gdyby mój kuzyn zamierzał mnie odwiedzić na Białorusi. Innymi słowy gospodarze nawet nie kryli się z tym, że stosują podsłuchy.
W czasie jednego z urlopów poprosiłem moją mamę, żeby mi kupowała losy lotto. Numery mama podawała mi przez telefon. W żartach wyobrażaliśmy sobie z żoną białoruskich łamaczy kodów, którzy usiłowali odszyfrować ten supertajny szyfrogram i dwa głuche wystrzały w siedzibie KGB, kiedy dowiedzieli się, że szyfr, którego od lat nie mogą złamać, to jedynie numery z loterii w Polsce.
Wracając do prób podstawienia młodych kobiet: z takimi próbami spotkałem się dwukrotnie (albo jedynie dwa razy je zauważyłem). W obu przypadkach było to realizowane w sposób niebywale nachalny. Żartobliwie mówiłem mojej żonie, że Białoruś jest najlepszą placówką z punktu widzenia wierności małżeńskiej, bo trzeba byłoby być absolutnym idiotą, żeby skorzystać z którejś z owych okazji. Szczególnie że w czasie pracy na Białorusi byłem co najmniej trzydzieści kilogramów cięższy niż jestem dzisiaj i nie byłem szczególnie podobny do Georga Clooneya, w związku z czym zainteresowanie moją osobą znacznie młodszych pań wyglądających jak supermodelki wydawało mi się cokolwiek sztuczne.