Piraci z Wysp w potrzasku!

Tysiące mieszkańców Wysp otrzymało pocztą pozwy sądowe za nielegalne ściąganie gier z internetu. Międzynarodowe działa wytoczył wrocławski producent oprogramowania.

Walka z piractwem komputerowym stała się faktem. Przekonało się o tym kilka tysięcy internautów z Wielkiej Brytanii, którzy nielegalnie pobierali z sieci gry komputerowe. Renomowana kancelaria prawna z Londynu zasypała piratów pozwami sądowymi. Jest wśród nich również wielu Polaków.

"Ratunku! Dostałem list, w którym zostałem oskarżony o ściągnięcie z internetu gry "Call of Juarez"" - pisze na forum internetowym Tomek z Brighton.

Pismo przyszło do niego z firmy prawniczej znajdującej się w samym centrum Londynu. Dysponowała ona pełnymi danymi osobowymi Polaka, w tym miejscem zamieszkania, a nawet unikalnym adresem IP jego komputera. Tomek dostał ultimatum - dobrowolnie zapłaci karę w wysokości 574 funtów albo sprawa trafi do sądu. Gdyby kupił grę w sklepie, kosztowałaby jedynie 30 funtów.

"Nie wiem, co mam robić. Może ktoś próbuje wyłudzić ode mnie pieniądze? Napiszcie, czy da się z tego wybrnąć" - apeluje do innych internautów Polak.

Jego post nie jest jednak jedyny. Pod wiadomością wpisało się kilkadziesiąt innych, przyłapanych na internetowej kradzieży gry osób, w tym kilku Brytyjczyków. Nikt nie dowierzał, że sprawiedliwość mogła w końcu zapukać do ich drzwi.

Czy wiesz, że.. sprawy karne Polaków na Wyspach nie zawsze kończą się wraz z zapadnięciem wyroku?

Nie tylko Anglia

Tym razem akcja wobec internautów była jak najbardziej prawdziwa. Pisma procesowe nadała kancelaria Davenport Lyons, specjalizująca się w ochronie praw autorskich. Jak czytamy w korespondencji, podejrzani o piractwo dostali szansę ugodowego załatwienia sprawy. W zamian muszą podpisać oświadczenie, że nigdy więcej nie będą próbowali pobierać z sieci nielegalnych programów, wykasują ściągnięte już aplikacje, a do tego dobrowolnie zapłacą odszkodowanie producentowi gry. Jest nim spółka Techland z siedzibą we Wrocławiu.

- To prawda, zdecydowaliśmy się na międzynarodową walkę z piractwem - przyznaje Przemysław Marmul z działu sprzedaży zagranicznej w spółce Techland.

Produkty rodzimego producenta stały się rozpoznawalną marką w większości krajów Europy. Tworzone przez wrocławskich informatyków gry leżą na półkach największych sklepów komputerowych. Niestety, w parze z popularnością idzie piractwo na masową skalę. Właśnie dlatego firma zdecydowała się wytoczyć działa prawne wobec osób ściągających je z internetu.

- Nawiązaliśmy współpracę z kancelariami prawnymi w kilkunastu krajach - ujawnia Przemysław Marmul. Przyznaje, że o ile w Polsce egzekwowanie praw autorskich ciągle idzie jak po grudzie, to na Zachodzie zadanie jest dużo łatwiejsze. - Już teraz mogę powiedzieć, że działania przyniosły zadawalające efekty.

W ocenie informatyków prawo w Wielkiej Brytanii pod względem ochrony twórczości jest bardzo rygorystyczne. Do problemu nie tylko poważnie podchodzi brytyjski rząd, ale również dostawcy internetu, którzy coraz chętniej udostępniają dane klientów naruszających przepisy. Tak było właśnie w przypadku piratów pozwanych przez Techland. Korzystanie z sieci w wynajętym mieszkaniu wbrew pozorom wcale nie chroni nas przed namierzeniem i pociągnięciem do odpowiedzialności.

W większości przypadków głównym podejrzanym jest właściciel mieszkania lub osoba, która podpisała umowę z operatorem sieci. Dlatego żyjąc pod jednym dachem z obcymi ludźmi, lepiej zastanowić się, czy udostępnić jeszcze komuś innemu domowy broadband. W razie kłopotów problemy spadną bowiem na właściciela łącza.

Jesteś wykształcony, znasz języki? I tak przegrasz rywalizację z Anglikiem!

Pogróżki to za wiele

Piractwo komputerowe od kilku lat jest istną zmorą producentów oprogramowania. Jak przyznaje adwokat Roger Billens z kancelarii Davenport Lyons, jeden z ich klientów sprzedał zaledwie 800 sztuk legalnych nośników, a program tylko w pierwszym tygodniu od premiery pobrano z sieci 12 tysięcy razy. Straty producentów idą w miliardy funtów, a do niedawna nikt nie był w stanie zapewnić im ochrony prawnej.

- Mamy nadzieję, że ludzie zaczną się wreszcie zastanawiać nad swoim postępowaniem, mając świadomość, że mogą stanąć przed sądem - stwierdza prawnik.

Dziennikowi "The Times" udało się ustalić, że kancelaria Davenport Lyons jest w posiadaniu co najmniej pięciu tysięcy adresów sieciowych piratów. I na tym nie koniec, bo zamierza ona wystąpić do Sądu Najwyższego o możliwość udostępnienia kolejnych 25 tysięcy nazwisk i adresów. Wszystko wskazuje na to, że ściganie piratów jest zyskownym interesem, bo w samej Wielkiej Brytanii powstało kilkadziesiąt firm, które na własną rękę zbierają dowody przeciwko piratom. Wiedzą, o której godzinie internauta zaczął pobierać plik, jaką wersję programu zdobył nielegalnie, a nawet w jakim była języku. Wyniki śledztw odsprzedają poszkodowanym producentom. Przy tak udokumentowanym materiale dowodowym nawet rachunek za kupno oryginalnego nośnika niewiele nam pomoże. Informatycy są w stanie udowodnić, kiedy dokładnie ukończono ściąganie i że zrobiono to przed pójściem do sklepu po oryginał.

Jednak nie we wszystkich krajach wymiar sprawiedliwości walczy z piratami z takim zacięciem. Szwajcarski sąd odsunął w ubiegłym miesiącu od zawodu prawniczkę Elizabeth Martin, której zarzucono zbyt agresywne postępowanie. Adwokat straszyła ogromnymi kosztami procesów, a na dokładkę stwierdzała, że jeśli pozwani nie będą w stanie pokryć należności, straty zostaną zrekompensowane licytacją ich majątku. Elizabeth Martin na pół roku będzie musiała rozstać się z zawodem prawnika. Jak podaje niezależny serwis Torrentfreak, jej kancelaria reprezentowała między innymi wrocławski Techland.

Jak kradzież w sklepie

Co robią przyłapani na piractwie polscy internauci z Wysp? Dzwonią do polskiej siedziby firmy Techland i próbują "jakoś się dogadać". Niestety, próby negocjacji nie przynoszą skutków. Spółka odsyła ich do kancelarii prowadzącej sprawę.

- To oni wzięli pieniądze za to, by załatwić za nas tę sprawę - tłumaczy Przemysław Marmul.

Za ściągnięcie gry o wartości 30 funtów prawnicy żądają aż 574 funtów. Przedstawiciel firmy zastrzega, że odszkodowaniem będzie jedynie mała część żądanej sumy. Większość kwoty idzie na pokrycie obsługi prawnej, która w Wielkiej Brytanii jest wyjątkowo droga.

Prawnicy Davenport Lyons radzą nie lekceważyć ich pism. Zarzekają się, że następny list jest już napisany w dużo ostrzejszym tonie, a trzeci krok to wniesienie pozwu do sądu. Koszty postępowania mogą wzrosnąć wtedy do kilkunastu tysięcy funtów.

Co czują programiści, gdy wyniki ich pracy w kilka godzin po premierze trafiają do internetu? - To strasznie frustrujące. Nad jedną grą pracujemy około trzech lat. Ściągnięcie jej z sieci trwa kilka minut. To jest jak kradzież z półki w sklepie - rozkłada ręce Przemysław Marmul.

Pracujesz na własny rachunek? Pilnuj sąsiadów. Możesz dużo stracić.

Płacić czy nie płacić?

Po otrzymaniu pisma z żądaniem zapłaty reakcje internetowych złodziei są zróżnicowane. Jedni niemal biegną do banku z pieniędzmi, inni pukają się w czoło. O ile jednak pismo z brytyjskiej kancelarii prawnej może zrobić na szarym człowieku wrażenie, niektórzy podchodzą do sprawy bez emocji. Ich zdaniem wyliczenie całego wachlarza paragrafów jeszcze nie oznacza, że zostaną przeciwko nim użyte.

Warto pamiętać, że przestępstwem jest jedynie udostępnianie treści chronionych prawem autorskim innym użytkownikom sieci. Co więcej, strona pokrzywdzona musi udowodnić, że w materiałach tych faktycznie znajdowała się kradziona aplikacja. Sama nazwa pliku jeszcze o niczym nie świadczy. Sęk w tym, że jego zawartości ciężko ustalić w legalny sposób.

Na celowniku znaleźli się przez to przedstawiciele firm, które trudnią się zbieraniem dowodów przeciwko piratom i odsprzedają je później producentom oprogramowania. Zapewniają swoich klientów, że wiedzą, jaki program piraci udostępnili w sieci, a nawet która to była wersja. Są tylko dwa sposoby, aby zdobyć takie informacje. Albo pobrać plik z sieci i sprawdzić jego zawartość, albo zdalnie przejrzeć zasoby czyjegoś komputera. Obie te opcje są na granicy prawa.

Głos w sprawie zabrali szefowie jednego z wiodących dostawców internetu. Tłumaczą, że zabezpieczenie adresu IP nie jest w ich ocenie wystarczającym dowodem popełnienia przestępstwa. Na naszym łączu internetowym mógł bowiem działać haker, który złamał hasło sieci bezprzewodowej. Właśnie dlatego według pracowników pionu bezpieczeństwa należy udowodnić, że pozwana osoba faktycznie posiadała nielegalną grę na swoim dysku komputerowym.

Poznaj polskie sposoby na spiralę długów.

Prawnik kontra prawnik

Niektórzy Brytyjczycy poszli w zaparte i odmówili zapłaty żądanych kar. Poprosili za to o pomoc własnych prawników. Ci zaś mieli wątpliwości, czy sieć bezprzewodowa w domach ich klientów faktycznie musi być zabezpieczona. Powołali się więc na ustawę Regulation of Investigatory Powers Act z 2000 roku, w którym nie ma ani słowa o obowiązku posiadania programów antywirusowych czy chronienia zawartości domowego komputera lub laptopa. Idąc tą drogą, łatwo wywnioskować, że pozostawienie otwartej sieci bezprzewodowej nie jest przestępstwem i obywatel wcale nie ma obowiązku odpowiadać za to, że ktoś użył jego adresu IP do popełnienia przestępstwa.

Ci sami prawnicy podkreślają, że osoba, która otrzyma takie pismo, nie musi udowadniać swojej niewinności. Przedstawiciel Techlandu nie chciał ujawnić, czy którykolwiek z przypadków zakończył się skazaniem polskiego pirata. Mimo wszystko znaczna część internautów kary ze strachu już zapłaciła. Być może dlatego Przemysław Marmul z Techlandu mówił, że ze skutków akcji firma jest zadowolona.

Dla tych, którzy nielegalnie ściągają z internetu gry, przestrogą może być przykład osoby, która już została skazana na karę grzywny w wysokości sześciu tysięcy funtów za udostępnianie on-line gry "Pinball". Dodatkowo musiała pokryć także należność w wysokości 10 tysięcy funtów kosztów sądowych.

Tekst z serwisu

Zastanów się... może warto wrócić? Jest praca!