Cape Clear - prowincjonalny rąbek Irlandii

Podczas gdy Dublin osiągnął już status wielonarodowej metropolii, w Irlandii nadal istnieją nieodkryte zaścianki. Im dalej na zachód kraju, tym mniej wydaje się on światowy i postępowy. Na samym zachodnio-południowym cypelku kraju tkwi maleńka wysepka zamieszkana przez niespełna 120 osób - Cape Clear.

8 mil, które dzielą ją od Baltimore, pokonują trzy niewielkie łódki. Dowożą po falach wszelkie dobra, a pasażerowie podróżują w towarzystwie mebli i sadzonek, siedząc na stertach opon lub workach torfu. Rząd Irlandii dofinansowuje transport morski dla małych wysepek, które rozsypane są wszędzie wzdłuż zachodniego wybrzeża. Życie lokalnych społeczności toczy się w rytmie, w jakim odbijają i przybijają promy łączące je z cywilizacją. Wokół przystani koncentrują się również zwykle dostępne sklepy i usługi.

Niall trzęsie wyspą

Na nadbrzeżu Cape Clear nie ma wiele. Betonowy pomost mieści się w zatoczce okrążonej wzgórzami. U wylotu drogi prowadzącej wgłąb wyspy znajduje się domek z palmą w doniczce. To interes-kombajn, którego właścicielem jest Niall O'Reilly. Właściwie nie da się odwiedzić Cape Clear i nie poznać Nialla. Można powiedzieć, że Niall trzęsie wyspą. W mikroskopowej skali gminy skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze przedsiębiorstwa oraz ulokował się w najdogodniejszym możliwym punkcie. Jego sklep, An Siopa Beag, stoi na drodze każdego turysty, który zszedł na ląd. Z drugiej strony żaden miejscowy nie może go ominąć po drodze do przystani. Sam sklep, o powierzchni dużego pokoju, prowadzi wszystkie możliwe artykuły spożywcze i gospodarcze: świeże warzywa i owoce, mrożone gotowe dania, słodycze, detergenty, słoiki z masłem orzechowym, a nawet polską kapustą kiszoną Krakus. Przy ladzie można kupić gazety, losy na loterię, doładować telefon, skosztować ciasta marchwiowego domowej roboty, a także rozmówić się z właścicielem, jeśli ma się jakiekolwiek inne potrzeby. Niall zadzwoni po miejscowego świadczącego usługi taxi, zabukuje nocleg w jednym z domów na sąsiednich pagórkach, a jeśli trzeba skontaktuje się z załogą promu. Ściany u niego są szczelnie obwieszone ogłoszeniami, świstkami i karteluszkami. Na każdym wydnieje informacja w stylu "FRYZJERSTWO damskie, męskie. Pierwsza sobota miesiąca, od 11.00" a poniżej imię i numer telefonu. Można wyobrazić sobie pogodną fryzjerkę, przypływającą ze szczotką i suszarką w podróżnej torbie.

Siopa Beag jest jednocześnie pizzerią i kafejką internetową. Ulokowany za półkami sklepowymi kucharz obraca na palcu ciasto albo pichci chowder z owocami morza. Wzdłuż okna, z widokiem na pomost, zamontowane są ławy i stoły dla klientów. W rogu stoi komputer z dostępem do sieci, a jeśli ktoś przytaskał na wyspę własnego laptopa, może nawet skorzystać z miejscowego hot-spota. Nie trzeba dodawać, że pierwsza wyświetli mu się strona internetowa Nialla O'Reilly.

Jakby tego było nie dość, na piętrze mieści się lokalny pub, a jednocześnie świetlica i dom kultury. Osobne wejście prowadzi na przestronne poddasze pełniące wszystkie te funkcje. Całą ścianę zajmuje bar pełen alkoholi, Guinessa i mocniejszych. Wyspiarze raczą się nimi wieczorami. Dekoracją są oprawione fotografie miejscowych wykonane przez profesjonalnego reportera, które uwieczniły ducha wyspy. Jej prawdziwa nazwa to Oileán Chléire, a jej mieszkańcy są dumni, że wciąż używają języka galickiego. Pomarszczone twarze rybaków na czarno-białych zdjęciach sprawiają, że przyjezdni ukradkiem rozglądają się szukając ich wśród obecnych. Niektórych można rozpoznać podczas wieczornych śpiewów, gdy przy akompaniamencie gitary lub bębna bodhran intonują tradycyjne przyśpiewki. Siopa Beag jest filarem tutejszej wspólnoty.

Kapryśne słuchotki i kozi biznes

Tak swojsko zapyziałe miejsce budzi wspomnienia rodzimej prowincji. Jak to się stało, że uchowało się przed współczesną transformacją Irlandii? Otóż jej rykoszety uderzyły nawet tam.

Martin O Mealoid żył z hodowli turbotów, dopóki dyrektywa Unii Europejskiej nie kazała mu wszystkich wybić ze względu na pojawienie się rzadkiego wirusa, który mógłby je zaatakować. Gdy się o tym dowiedział, klął los wracając do żony i dopiero co urodzonego syna. Na ratunek przyszli mu jednak zagraniczni inwestorzy, którzy pragnęli ulokować w Irlandii farmę słuchotków - egzotycznych ślimaków pochodzących z południowej Afryki. Są one uznawane za wykwintny przysmak i kosztują 65 Euro za kilogram - co wystarczyło, żeby przekonać Martina do zainwestowania we wszystkie potrzebne wanny, rury, napowietrzacze i mikroskopy. Zadaszone baseny przemeblowane zostały na potrzeby mięczaków w zielonych muszlach mieniących się masą perłową, nigdy nie spotykanych przy irlandzkim wybrzeżu. Obecnie Martin klnie, że o kapryśne stworzonka jest diabelnie trudno dbać, żeby rosły jak należy. Mimo to razem z kilkuletnim Martinem juniorem przelewają niezbędne mikstury, kręcą zaworami i czujnie obserwują rosnące słuchotki. Tak oto międzynarodowa gospodarka dotarła do małej rybackiej osady na skraju hrabstwa Cork.

Również zagranicznym przybyszom udało się wmieszać w lokalną społeczność, a to za sprawą miejscowego hodowcy kóz. Stary ślepiec potężnej postury, Ed, uwielbia swoje stado i swojego owczarka-przewodnika. Doprowadził kozi biznes do perfekcji, nie tylko oferując zwiedzanie turystom, ale też częstując ich kozimi serami, kozią czekoladą a nawet kozimi lodami. Jako mistrz w skali kraju oferuje też kursy dla zainteresowanych utrzymaniem zwierząt, które cieszą się dużą popularnością. Jego farma jest jedną z największych atrakcji na wyspie. Do tego wszystkiego regularnie przybywają na nią wolontariusze, którzy pracują w zamian za wikt, opierunek, zdobywaną wiedzę i możliwość poznania niezwykłości Oileán Chléire. Wieczorem młodzi ludzie odwiedzają również pub, gdzie siedzą przy stoliku w małej grupce i zaśmiewają się z dziwaczności losu. Dzięki entuzjastycznej sile roboczej oraz sprytnemu marketingowi, niewidomy Ed może również spokojnie sączyć Guinnessa, którego przynoszą mu z baru uczynni znajomi. Oczywiście w Club Chléire, pubie Nialla O'Reilly.