Ten wielki boom gospodarczy, jakim był tzw. "cud irlandzki", jest moim zdaniem nie do skopiowania w Polsce. Możemy wzorować się na pewnych posunięciach Irlandczyków, ale musimy wypracować własną metodę. Możemy przejąć know-how , ale nie możemy zastosować irlandzkich wariantów.
Po pierwsze, Irlandia ludnościowo i terytorialnie znacznie różni się od Polski. Po drugie, Irlandia stała się beneficjentem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej - czyli ówczesnej Unii - dopiero w połowie lat 80. Przez 15 lat uczestnictwo w tej strukturze niczego konkretnego Irlandczykom nie dało, a pamiętajmy, że Polska jest członkiem UE dopiero od maja 2004 roku. Po trzecie, Irlandia wchodząc do EWG była krajem zdecydowanie rolniczym. Przemysł był zacofany i w zasadzie prawie wcale nie istniał.
Polska jest krajem mocno uprzemysłowionym i ma problemy, z którymi kolejne rządy nie dają sobie rady. Przedstawmy sobie rzecz obrazowo: Irlandczycy nie mieli problemu, by wskazać zagranicznym inwestorom łąkę lub pastwisko i powiedzieć "Proszę, zbudujcie tu fabrykę". Przestrzeni było mnóstwo, a do tego rząd zaoferował kilkuletni okres swobody podatkowej. Wielki kapitał, szczególnie amerykański, nie dał się długo prosić. W ten sposób rodził się przemysł irlandzki.
Irlandczycy nie mieli problemu z przestarzałymi technologiami, nie mieli problemu z ludźmi pracującymi w anachronicznych i nierentownych zakładach pracy. A my mamy. Przykładem rozbudowane i niezwykle roszczeniowe górnictwo, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić. Co prawda mieliśmy krótki renesans kopalni, ten jednak powoli się kończy, a roszczenia górników nie maleją. W Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher podobny problem rozwiązała brutalnie. Były masowe zwolnienia, były zamieszki, regularne bitwy z policją. Ludzi siłą przekwalifikowano. Dziś, czego by nie mówić, Wielka Brytania problemu z górnikami nie ma.
Nasz stary, często postkomunistyczny przemysł to trochę takie "śmierdzące jajo", którego lepiej nie ruszać, aby nie pękło. Cokolwiek zrobimy, to mamy od razu konflikty społeczne. Nie można po prostu zamknąć przestarzałych fabryk. Nie można po prostu zamknąć kopalni. To ciężar, który wciąż ściąga nas w dół. Możemy oczywiście kusić inwestorów, ściągać kapitał z Azji, ale musimy liczyć się z tym balastem. Bilans wychodzi na zero albo trochę na plus.
Tak. Można powiedzieć, że Irlandia trafiła na właściwy moment dziejowy. W czasie, gdy stała się beneficjentem UE, gospodarki Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec były w pełni rozkwitu. Żartobliwie mówi się, że Niemcy utrzymywali wówczas całą EWG ze swych składek. To właśnie wtedy nastąpiła w Irlandii swoista eksplozja inwestycji. To wówczas - od początku lat 90. - niemieckie firmy wybudowały irlandzkie autostrady.
Hasło "powtórzmy irlandzki cud" to dobre hasło, pod warunkiem, że oznacza dążenie do rozumnego działania politycznego, opartego na porozumieniu ponad podziałami różnych sił społecznych. W Irlandii najpierw doszło do swoistego paktu o współdziałaniu pomiędzy rządem i związkami zawodowymi. W rezultacie tego porozumienia związkowcy nie torpedowali rządowych pomysłów na przebudowę gospodarki. Najpierw była zgoda, dopiero potem nastąpił rozkwit.
Podobieństwa podobieństwami, ale to nie jest kluczowy element. Prawda jest taka, że imigranci są Irlandii po prostu potrzebni, a Polacy mają wiele do zaoferowania. W chwili, gdy Polska przystępowała do Unii, Irlandia robiła tak wielką liczbę inwestycji, że nie była w stanie poradzić sobie własnymi środkami. Ściągano więc fachowców z zagranicy, np. Niemiec, ale szybko okazało się, że Polacy są równie dobrzy, a zadowalają się niższymi płacami. Irlandia wciąż potrzebuje specjalistów w różnych dziedzinach. Przykładem służba zdrowia. Nasz personel medyczny zmusza Irlandczyków do podnoszenia własnych kwalifikacji! Jesteśmy po prostu lepiej przygotowani do pełnienia wielu zawodów.
Chyba nie. Sądzę jednak, że w pewnym momencie rynek pracy ustabilizuje liczbę imigrantów. To nie jest worek bez dna. Moim zdaniem rynek irlandzki powoli się nasyca. Orientacyjna liczba 300 tys. Polaków w Irlandii to będzie ta średnia, która już pozostanie.
Nie. Myślę, że nie będzie większych ekscesów. Jakieś jednostkowe incydenty mogą się zdarzać, ale sądzę, że nie na dużą skalę.
Irlandczycy nie mają uprzedzeń etniczych czy rasowych. Sami mają zakodowany swoisty etos, bo przecież oni też do niedawna wyjeżdżali z kraju za chlebem. Przeciętny Irlandczyk kojarzy, że Polacy robią po prostu to, co jego rodzice i dziadkowie jeszcze 30 lat wcześniej.
A poza tym... Polaków i Irlandczyków trochę jednak łączy. Obie nacje uchodzą za cwane i lubiące dobrą, suto zakrapianą zabawę. W tym sensie dobrze się dogadujemy, co może niekoniecznie się wszystkim podobać.
źródło: http://www.polskiexpress.ie